Co mnie NIE inspiruje, czyli post anty-modowy
Na tropie zagadek ludzkości. Glany - fakty i mity

Moje wielkie odkrycie modowe z początku tego roku – Kazaky. Chłopaki na szpilkach – czyż nie są boscy? :)) Muzycznie nic wielkiego, ale, na bogów, jak oni się ruszają! 

 

***


Poniższa sukienunia jest dowodem na to, że jak człowiek ma swój styl, to się go nie próbuje na siłę naprostować. Pojechałam robić zdjęcia, a na miejscu moja kumpela Baśka wymyśliła, że KONIECZNIE muszę zmierzyć tę sukienkę (jej własność). Pomysł mnie nie przekonał, ale ostatecznie nic mnie to nie kosztowało, jednak efektem jest moja – wystająca każdą możliwą stroną – bielizna. Nie był to cel zamierzony, bo nie planowałam hasać po trawie w przezroczystościach, ale na mój protest "całe majtki mi widać!" laski stwierdziły, że "no co ty, na zdjęciach to nie wyjdzie". Otóż wyszło. Widać je w całej (zielonej) krasie (na zdjęciu obok można się dopatrzyć), co ograniczyło mi mocno ilość zdjęć nadających się do pokazania komukolwiek. Stąd też obrazków jest dużo, ale raczej skupione na twarzy. Jakże trudno jest być szafiarką… Napchałam sporo zdjęć, bo akurat trafiło nam się boskie światło i jestem zachwycona efektem.

Nie mam nic przeciwko kieckom, ale ta to zdecydowanie nie moja bajka. Jeśli komuś przyjdzie do głowy powiedzieć, że wyglądam w niej nieźle, to odpowiadam zawczasu – tak, owszem, laski robią fajne foty, a przy 200 zdjęciach zawsze się znajdzie jakieś, które wyszło spoko. Podobają mi się natomiast zbliżenia, chociaż sprawiam wrażenie miłego dziewczęcia, a nie chciałabym nikogo wprowadzić w błąd. Buty już debiutowały przy okazji kombinezonu (swoją drogą, mają szczęście do nie do końca trafionych ciuchów), innych gadżetów – oprócz naszyjnika – nie ma, bo jak wspominałam, nie planowałam tego wyskoku. Mam jeszcze więcej tych zdjęć, głownie jak buszuję w zbożu tudzież innych trawach, ale wrzucę je w kolejnym poście, żeby mieć pretekst do powymądrzania się na  jakiś inny temat.

Minionego lata lansowałam styl "na zioma", co znaczy, że przełaziłam całe wakacje, słuchając hip-hopu, odziana w poliestrowe oldschoolowe bluzy, obuwie sportowe marki Adidas i takie tam. Planowałam kupić nawet skejtowskie dżinsy z krokiem w kolanach, ale spłukałam się na Martensy, więc może innym razem. Ta stylówa już mi się znudziła, podobnie jak rude włosy – serio, nie jestem w stanie zrozumieć, jak można wytrzymać z jednym kolorem i fryzurą dłużej niż pół roku, mnie już szlag trafia – więc na jesień zaplanowałam sobie kompletną metamorfozę. Na razie zbieram gadżety i szukam odpowiedniej farby, ale planuję naprawdę przegiąć – jesiennymi trendami mogę się zatem nie przejmować, i tak nie będą mi do niczego potrzebne.

Zapomniałam już, jak bardzo nienawidzę się przeprowadzać – nie mam nic przeciwko zmianom miejsca, nie przywiązuję się specjalnie do budynków i pomieszczeń, ale to pakowanie…przenoszenie…rozpakowywanie…yhh. W takim chwilach mam ochotę zostać buddystką i wyrzec się doczesnych dóbr, żeby podróżować z jednym małym plecakiem. Ponieważ jesteśmy weteranami hardcore'u, oczywiście moja ekipa nie ma jeszcze mieszkania na nadchodzący rok akademicki, więc może skończyć się też tak, że będziemy mieszkać pod którymś krakowskim mostem. Bóg raczy wiedzieć.

Pozwolę sobie polecić dobry film – ostatnio oglądałam "Pozwól mi wejść" (oczywiście szwedzką wersję) i pozostaję pod wrażeniem. Jako zadeklarowany wróg tematyki wampirycznej, stwierdzam, że jest to jedyny film jaki w życiu oglądałam, w którym pojawia się wampir i który nie jest tragicznym gniotem (nie umieszczam w rankingu 100-letnich filmów o Drakuli z początku XX wieku bo jak mam ochotę na wykopaliska, to preferuję greckie). Niby jest wampir, ale tak naprawdę mógłby (a raczej mogłaby) nim nie być, tak naprawdę rzecz dotyczy samotności – dla fanów szwedzkiego kina pozycja obowiązkowa, zwolenniczkom (bo nie znam żadnego zwolennika płci męskiej) "Zmierzchu" polecam omijać z daleka, bo odkrycie, że wampiry nie świecą w słońcu i nie robią "bling bling" może być kulturowym szokiem. Osobiście jestem prawie wzruszona (bo autentycznie wzruszyłam się podczas seansu tylko raz w życiu, na "Gdzie jest Nemo" ^^), głęboko poruszona i ogólnie ah i oh. W tle piękne szwedzkie krajobrazy, surowość obrazowania, chropawa, momentami trudna prawda, na pierwszym planie blondwłose aryjskie dziecko cierpiące w milczeniu. Z tym, że, zastrzegam sobie – nie chodzi o takie hollywoodzkie cierpienie "ach, jakże jestem piękny i bogaty, jakież to tragiczne, że jestem takim idiotą i nie wiem co zrobić z własnym życiem i z tymi pieniędzmi, które mi się wysypują z szafy". "Pozwól mi wejść" ma w sobie wszystko to, co lubię w szwedzkim kinie, a czego Amerykanie tak naprawdę nigdy nie zrozumieli. Tu nie ma miejsca na botoksy, na plastikowe uśmiechy, na "zwykłych ludzi" o twarzach Brada Pitta albo Jennifer Aniston. Jeśli Skandynawowie robią film o "ludziach, takich ja my", to na ekranie widzimy postaci, jakie mijamy każdego dnia w kolejce do warzywniaka. I co więcej, z tego co widzę, nie panuje tam filozofia jednego aktora, polegająca na tym, że bierzemy jednego Szyca albo Żmudę – Trzebiatowską i ciśniemy z nimi 15 filmów w sezonie, tak żeby widza zdążyło zemdlić i żeby mógł ich spokojnie znienawidzić z powodu przesytu. Polityka polskich mediów sprawia, że obecnie naprawdę zaczynam nie lubić np. Anji Rubik – tylko i wyłącznie dlatego, że otwierając jogurt, mam wrażenie, że tam TEŻ ją zobaczę. Tak że tego, wracając do meritum, film wspaniały, polecam i w ogóle.

6148256934_67e2d86dcc_b

6147705717_4caef05d33_b

6148261640_e0f4373922_b

Co to ja jeszcze chciałam…a tak. Wiem, że to było dawno i nieprawda, ale jakiś czas temu było dość głośno o Thylane Blondeau, małoletniej modelce, która ma czelność chodzić po wybiegu, zamiast bawić się lalkami. Naczytałam się na różnych stronach oburzonych komentarzy na temat tego, że odbierają dziecku dzieciństwo, że skandal, że zgroza i takie tam. Wypowiadałam się kilkakrotnie w tej sprawie, a teraz zrobię to tutaj, na własnym kawałku podłogi. Z całego serca chcę powiedzieć wszystkim, których to oburza, że komuna się skończyła i czasy, kiedy dziecko 11-letnie biegało po podwórku z kawałkiem kijaszka w roli konika, minęły na szczęście bezpowrotnie. Urodziłam się w 1988 roku i NIGDY w życiu nie wspominałam z rozrzewieniem czasów, kiedy internet kosztował krocie, a telefon komórkowy był oznaką luksusu. Jako dziecko nie miałam gadżeciarskich klocków, lalek Barbie i im podobnych, bo nie posiadałam babci w Niemczech jak większość dzieci na Śląsku. Czy mi tego brakowało? Nie, bo odkąd nauczyłam się czytać w wieku 5 lat, 90% mojego życia stanowiły książki. Ale mam świadomość tego, o ile byłabym obecnie mądrzejsza, lepiej wykształcona, gdybym od dziecka miała dostęp do czegoś takiego jak internet, do nowoczesnych technologii, do INFORMACJI. Nie tęsknię za niewinnym wiekiem dziecięcym, co więcej, żałuję z całego serca że moi rodzice, którzy kierowali się podobnie naiwną filozofią "nieodbierania dzieciństwa" nie posłali mnie do szkoły 2 lata szybciej, kiedy mieli taką możliwość. Dla mnie są to dwa lata zmarnowane na tańcowaniu w kretyńskim przedszkolu, w którym nie miałam dostępu do książek, poza jedną sytuacją kiedy czytałam dzieciom bajkę bo przedszkolance padło gardło. I tak, wiem, że to co piszę brzmi zarozumiale – ale mając świadomość swoich wad i ułomności (np. jestem wybitnym beztalenciem muzycznym i plastycznym), wiem też, w czym jestem dobra. I być może, gdyby moi rodzice zapytali psychologa zamiast słuchać opinii nadwrażliwych matek, miałabym już w tej chwili tytuł magistra (nie, żebym uważałam, że ten tytuł ma jakąś wymierną wartość). Dlatego też uważam, że w przypadku Thylane jedynym pytaniem jest – czego ona chce? Jeśli chce pracować jako modelka, robi to z własnej woli i ma zapewnione warunki odpowiednie dla dziecka – super! Dla dziewczynki w jej wieku przebieranie i lansowanie się przed tłumem może być świetną zabawą, więc dlaczego na siłę wciskać jej lalki Barbie? Poza tym, dlaczego nikt nie oburza się, kiedy dzieciaki o wiele młodsze pojawiają się w filmach – czy to nie jest ciężka praca? Siostry Olsen spędziły całe życie pracując, a jakoś nie widzę żeby wyrosły na zakały społeczne. Co więcej, Paris Hilton, która na pewno miała wspaniałe dzieciństwo, pełne zabawek i lalek, pokazuje co się dzieje z dzieckiem, które pozostaje nim zbyt długo. W efekcie takiego wychowania mamy pokolenie 20-paro latków, którzy wożą co tydzień pranie do mamusi i nie potrafią zarobić na własne utrzymanie, mimo, że co roku mają 3 miesiące wakacji, w czasie których DA SIĘ naprawdę zarobić. Moi znajomi potrafią utrzymać się sami, będąc na dziennych studiach. Ja potrafię. W czym problem? Ano, w tym jak tu się oderwać od mamusinej spódnicy. Przepraszam, ale naprawdę – kiedy widzę 28-latków mieszkających wciąż z rodzicami, nie jestem w stanie usprawiedliwić tego bezrobociem w kraju – jedynie brakiem samodzielności i zaradności. To nie jest kwestia tego, że "myślę", "wydaje mi się". Widzę, wiem – jak moi znajomi zakładają firmy, wyjeżdżają za granicę, bombardują kreatywnymi pomysłami na życie, i to bez ojca dyrektora i pakietu mieszkanie + samochód na start.

Nie sądzę, żeby Thylane zarzuciła kiedyś rodzicom, że zmarnowali jej dzieciństwo. Dostała coś za coś i jeśli dobrze nią pokierują, może zajść daleko. Gdyby robiła to wbrew sobie, zapewne zachowywałaby się tak nieznośnie, że szybko podziękowano by jej za współpracę. Inna kwestia – głośna, kontrowersyjna sesja zdjęciowa, z dziewczynkami wystylizowanymi na dorosłe kobiety. Rzekomo wyzywają i epatująca seksem. Osobiście nie miałam skojarzeń erotycznych, patrząc na zdjęcia – jeśli ktoś miał, to od siebie samego powinien zacząć naprawianie świata, bo jak dla mnie, to te odczucia są chore, a nie obraz [tu uświadomiono mi, że pojechałam za ostro, więc małe wyjaśnienia w komentarzu]. Obraz jet neutralny, to, jakie wyzwala w człowieku emocje i skojarzenia, są kwestią jego światopoglądu, wartości, wychowania, kręgu kulturowego. To tyle. Bo w moim odczuciu sztuka nie ma i nie powinna mieć granic – gdyby miała, prędzej postawiłabym jedną na "Piramidzie zwierząt" Kozyry niż na smarkulach na szpilkach. A co jest sztuką? Cóż, fajnie by było, gdyby dało się odpowiedzieć – niestety jak dotąd nikt nie potrafił zrobić tego jednoznacznie.

Idąc jeszcze o krok dalej, ostatnio na FB poruszenie wzbudziło zdjęcie 5-letniej Suri Cruise z ustami pomalowanymi szminką. Chociaż uważam, że akurat to dziewczę, z powodu szurniętego ojca – fanatyka, zahukanej mamy i bezstresowego wychowania skazane jest na bycie skończoną idiotką, to akurat sama szminka niespecjalnie mnie oburza. Nie wiem, czy jest to jakiś kosmetyk dla dzieci, czy nie, ale wiem, że są takie produkty (bo czegóż w tej Hameryce nie ma). Skoro nie szkodzi to skórze – WTF? Z ręką na sercu, która z Was nie malowała ponętnych usteczek sokiem z jagód albo innych owoców, nie paćkała się kosmetykami mamy, nie błagała żeby pomalować jej paznokcie? Fakt, że w wieku 5 lat nie posiadałam własnej szminki, ale już mając lat 12, chodziłam do gimnazjum (a zdarzało się że i wcześniej do podstawówki) w pełnym makijażu, tzn. z podkładem na paszczy i zaczernionymi oczętami. Moja mama pozwalała mi na to, o ile makijaż był naturalny, nauczyciele dostawali spazmów, a ja radośnie rozwalałam konkursy i olimpiady (niestety, w okolicy ogólniaka poziom geniuszu gwałtownie mi spadł) i kończyłam każdą klasę z paskiem. Do gimnazjum przyszłam z włosami pofarbowanymi na malinową czerwień, w glanach, codziennie z obowiązkową kreską na powiece namalowaną linerem, wyglądając na ok. 18 lat (znudziło mi się to dopiero kiedy miałam naprawdę 18 i zrozumiałam, że to wcale nie jest takie śmieszne jak się wydawało). Nauczycieli trafiał znowu szlag, ale ostatecznie nikt NIGDY nie zwrócił mi bezpośrednio uwagi i nie powiedział, że wyglądam niestosownie. Po tych wszystkich zbrodniach wydaje mi się, że wyrosłam na w miarę sensownego człowieka i nie mam żadnej traumy z dzieciństwa, moja cera ma się świetnie, nie mam zmarszczek i nie wyglądam na 40 lat, jak mnie straszyły stare ciotki, które ZAWSZE WIEDZĄ LEPIEJ. Każdego dnia dziękuję bogom za moją mamę, która praktycznie puściła mnie zupełnie na żywioł i miała do mnie bezgraniczne zaufanie, zawsze jednak stała za mną i była gotowa rzucić się do walki za swoje dziecię. Dziękuję za brak dyscypliny, idiotycznych zakazów "bo tak", za dużo rozmów i traktowanie mnie zawsze jako pełnoprawnego człowieka, któremu należy się szacunek. Polecam każdej nadopiekuńczej mamusi.

2

photography by Donia Sierociuk 

haircut & dying by Piotr Piskorowski 

dress – from my friend's closet 
sandals – Zara 
necklace – New Yorker 


P.S. Nie założyłam sobie jeszcze strony na FB bo za każdym razem coś staje mi na przeszkodzie, np. lenistwo, ale za to zaszalałam i mam Tumblra, gdzie oczywiście zapraszam, bo wrzucam tam różne fajne obrazky z sieci. Tematyka rożna, od szeroko pojętych inspiracji do "po prostu fajnych" albo śmiesznych, ogólny klimat lekko psychodeliczny. Uprzedzam lojalnie, że wrzucam tam wszystko jak leci – ponieważ lubię sobie ściągać na kompa foty z moim ulubionych blogów, a nie zawsze pamiętam potem, które jest z którego bloga, to większość zdjęć jest niepodpisana. Jeśli ktoś zobaczy tam swoje zdjęcie bez podpisu i będzie miał z tym straszny problem, niech napisze bezpośrednio do mnie na maila, dodam linka do bloga.

P.S.2 Bardzo dziękuję tym, którzy przedzierają się przez mój słowotok i jeszcze mają ochotę skomentować, a tym bardziej jeśli w tym komentarzu wyrażają własną opinię. Nie jestem w stanie nie pisać, o wiele większą frajdę mam z wymądrzania się i polemiki z czytelnikami niż z szafiarstwa – i być może nie o to chodzi w tych blogach, ale chcę swojego zachować właśnie w takiej postaci. Pozdrawiam tych, którzy czytają, tych, którzy nie czytają – nie pozdrawiam, bo i tak tego nie przeczytają.

Ave.

Co mnie NIE inspiruje, czyli post anty-modowy
Na tropie zagadek ludzkości. Glany - fakty i mity