To dye or not to dye? Owłosione metamorfozy
Candy is dandy, but liquer is quicker

Zdjęcia – kontynuacja sesji z poprzedniego posta, czyli znowu o tym, jak buszuję – tym razem w zbożu. Posta dedykuję Kath Frankie siostrze mojej, która zapytała wczoraj z wyrzutem, dlaczego w ogóle nic o niej nie piszę. Napiszę. Niebawem.

Ponieważ w moim życiu nie ma żadnych świętości poza snem,świętym spokojem i Świętym Walentym – patronem osób chorych psychicznie, nadszedł czas żeby dokopać jeszcze trochę politycznej (a właściwie modowej) poprawności. Szafiarką będąc młodą, acz czujną i spostrzegawczą, podczas buszowania po blogach zauważyłam kilka prawidłowości, o których nie wiem, co myśleć (żartuję. oczywiście, że wiem). A że napadła mnie refleksja, to napiszę, co mi tam. Ostatnio parę osób nawet przeczytało (ludzie, szacunek, jestem pod wrażeniem), to może teraz też się uda – zatem dzisiaj będzie o tym, co MNIE (niech żyję ja) NIE INSPIRUJE. No to lecimy.

1. Anna Dello Russo, albo jak mawia moja siostra ukochana niebieskowłosa (samozwańcza Królowa Facebooka) – "Anna jaka? pierwsze słyszę". Cokolwiek Anna ubierze, choćby był to ręcznik, rzesza ludzi ma mokro w majtkach, hormony szaleją, słychać dookoła jęki i westchnienia. Zaskakujące, bo wspomniana Anna – jak sama powiedziała w jakimś tam wywiadzie, którego pochodzenia nie pomnę  – kupuje gotowe zestawy ubrań od projektantów i nigdy ich nie miesza, bo są już doskonałe. Jakże inspirująco! Czuję się całkowicie gotowa do zostania ikoną mody, niech tylko ktoś załatwi mi ciężkie miliony, krzesełko w pierwszym rzędzie i umięśniony palec wskazujący do wskazywania palcem gotowych zestawów, które sobie kupię i założę, żeby świat mógł lać po nogach z zachwytu. Annie serdecznie gratulujemy doskonałego decyzji – wykorzystania projektantów jako stylistów, co by się przypadkiem nie narobić przy kreowaniu własnego wizerunku.

6155946212_c19eac9982_b

2. Rihanna. O ile jej stylistce można faktycznie pozazdrościć wyczucia, nie jestem w stanie pobudzić swojego mózgowego ośrodka inspiracji patrząc na dziewczę, które samodzielnie wybiera co najwyżej pidżamę i majtki, a i też niekoniecznie. Powiedzieć, że "Rihanna ma świetny styl" brzmi równie zabawnie co "stylizacje Anny Dello Russo" (patrz wyżej).

3. Worker boots, czyli po polsku takie traperki, co to je noszą robole przy kopaniu rowów. Pamiętam, że miałam takie w podstawówce – teraz zapewne byłyby wrzaskiem mody, ale wtedy wrzaski wydawałam z siebie ja, kiedy Mamut mój ukochany wyznaczał granice mojej wolności osobistej nie pozwalając dziecięciu odmrozić sobie w zimie stóp. Dałam się naciągnąć na różne mody, ale do kroćset, są pewne granice. Jeśli za rok do mody wrócą sztruksy w gruby prążek będzie to znaczyło że czas mi umierać, bo coś, co nosiłam kiedyś, jest już retro i zalicza come-back. W ciągu ostatnich lat do łask wróciły wszystkie koszmary mojego dzieciństwa: czerwone spodnie, kolorowe rajtki, plisowane spódnice, teraz wspomniane trapery – milczałam, ale na sztruksach wyznaczam finał, bo wciąż budzą we mnie skrajne emocje.

4. Vogue – chociaż nie każdy. Widziałam większość edycji z całego świata i za każdym razem padam twarzą w piasek (a jak nie ma w okolicy piasku to po prostu padam), jak widzę hamerykańskiego Vogue'a na blogasku z podpisem "Biblia mody". Jeśli moda jest religią, a Anna Dello Russo jest jej bogiem, to może i Vogue być Biblią, co mi tam. Ale zastanawiam się, czy któreś dziewczę z tych biblijnych czyta w ogóle tego wołga czy oglądają one obrazki jedynie? Bo tam o modzie to niespecjalnie wiele już od dawna się pisze, głównie o rozwodach, plotkach, celebrytkach i o tym, dlaczego Brad rzucił Jennifer. Sesje przedstawiają natomiast głownie nie modelki, a aktorki (chociaż to takie wielkie słowo, myślę sobie, patrząc na wspomnianą Jennifer), ostrzelane botoksem, karczochami, kwasami i cholera wie czym jeszcze, grunt, że jak się uśmiechają, to widać jak im twarz szwankuje. I po lekturze numerów z tego roku zdanie to podtrzymuję. Brytyjski nie wygląda lepiej, z tym że tam pisze się obecnie głównie o jednej i drugiej Kate a także o Pippie, sesje jednak lepsze, ale ciągle koło poziomu biblijnego nie stały nawet. Przestałam kupować bo szkoda mi tych kilku dolców czy funtów, nawet jak jestem w Królestwie. Poza tym z tego co widzę tam, Vogue ma opinię siermiężnego i takiego raczej do tyłu niż do przodu, młodzi i kreatywni kupują raczej bardziej niszowe magazyny, jak Purple Fashion Magazine. Przed włoskim, francuskim i japońskim (tu Annie muszę oddać sprawiedliwość) chylę natomiast czoła, francuski jest Biblią pełną gębą i zmiana kierownictwa nie zaszkodziła mu wcale. Nad australijskim, chińskim, indyjskim, tureckim czy hiszpańskim pochylać się nie będę bo i tak są prawie nie do zdobycia w tym naszym kochanym Mozambiku prasowym, więc właściwie po cóż. Ale szokuje mnie fakt, że zamiast se kupić co miesiąc rodzimego KMaga, którego nie dość, że można pooglądać, to jeszcze POCZYTAĆ, zaopatrzyć się w Fashion Magazine i Vivę Modę co kwartał (dają radę moim zdaniem), to kupa ludzi się ślini do tego Vogue'a z Hameryki co to ani odkrywczy, ani ładny, ani ciekawy. Spoko, nie kupujcie polskich magazynów, nie dość, że się polskiego wołga nie doczekacie, to jeszcze wykończycie te gazetki, co już mamy. O Elle polskiej nie piszę, bo pisać nie ma o czym, ot takie tam apokryfy, ale do pociągu czasem kupię – bo lubię podczas jazdy słuchać muzyki, a nie mogę tego robić, kiedy czytam coś wymagającego myślenia.

2

5. Lilou, Pandora i inne blaszki na sznurku. Że to się komuś podoba – rozumiem, kwestia gustu. Ale że ktoś wydaje kilka stów na kawałek sznurka z blaszką czy kilkoma koralikami, tego do końca nie kumam, bo jak to wyjaśnić inaczej niż płaceniem za metkę i lansem? Mogę zapłacić za unikatowy projekt, ale kurde, jak będę chciała mieć kubek ze swoim imieniem to se pójdę i se zrobię, a nie kupię za 200 złotych z powodu LOGA jakiegoś tam zioma, co to przed miesiącem go nie było a teraz robi słodkie kubeczki. Lubię markowe rzeczy i nie widzę nic złego w wywaleniu ogromu kasy na ciuch od projektanta. Ale na kawałek sznurka? Zazdroszczę natomiast Paniom, które na te pomysły wpadły, podziwiam z całego serca tak genialny w swej prostocie pomysł trzepania kasy na sznurkach. Do tego kwestia marketingu – daj blogerce sznurek, a zrobi ci kampanię. Eh, gdyby Bill Gates miał te Panie po swojej stronie kiedy rozkręcał biznes, dzisiaj rządziłby światem. Nie chciałby ktoś kupić haftowanych chusteczek do nosa? Bo ja całkiem nieźle haftuję (proszę, nie pytajcie) – cena JEDYNE 50zł za sztukę, unikatowa, ręczna robota!

6. Konkursiki na blogach. Nie będę się już odnosić do artykułu z Newsweeka, bo temat przestał mnie bawić, ale co prawda to prawda. Ja rozumiem, że blogerka dostaje buty – blogerka reklamuje buty. Serio, ogarniam. Ale na widok konkursików z wisiorkiem za piątaka w roli głównej mam ochotę zapytać gdzie są rodzice, co temu dziecku nie chcą dać tego piątaka, żeby sobie kupiło normalnie jak człowiek, zamiast robić coś, czego się będzie kiedyś wstydzić? Kiedyś się mówiło "kup mi dżinsy, to zrobię ci loda" (uwaga, to była uwaga tylko do czytelników powyżej 18. roku życia), dzisiaj się mówi "daj mi sznurek / pierścionek z jelonkiem / dezodorant za dychę, to ci zrobię reklamę". I tak, oczywiście, że zżera mnie zazdrość, bo mnie nikt nic nie daje w zamian za reklamę. Najbardziej smutno było mi po konkursie Activii (na wielu blogaskach), który polegał na opisywaniu swoich problemów gastrycznych – nagrodą był zapewne roczny zapas tejże Activii, jak mniemam. Żal mi, bo jak zakładałam bloga, to zakładałam że właśnie o tym będę pisać i o tym chcę rozmawiać z moimi czytelnikami. O gazach i wzdęciach. Mhm. Sprzedać się to jedno – ostatecznie każdego da się kupić. Ale sprzedać się tanio? Boże uchowaj. 

7. Dziwne słowa. Co to są kolory "nude'owe" ? Albo odcień "camelowy"? Nie żebym była jakąś purystką językową, a w życiu. Ale jest takie fajne słowo w języku polskim – "CIELISTY" lub ew. "KREMOWY", chociaż nie jestem do końca pewna, czy znaczy to samo co "nude", bo wg wielu blogerek "nude" jest także popielaty, ecru, a nawet błękit. Hitem tego tygodnia są dla mnie jednak "wedgesy", które zapewne są "koturnami", ale pewności nie mam, chociaż słownik jest po mojej stronie. "No i poszłam w wedgesach…" i w tym momencie zaryłam głową w blat. Sama używam czasami obcych słów – nie chce mi się teraz myśleć, jakich, ale używam niewątpliwie. Jednak muszę poprosić siostrę moją Kath Frankie, żeby zastrzeliła mnie na miejscu, jeśli kiedykolwiek powiem, że poszłam gdzieś w "wedgesach". 

6155941438_6a12739419_b

8. H&M, Zara, TopShop, Romwe. Mam kilka rzeczy, chociaż naprawdę niewiele. W Zarze byłam ostatnio ok. 2 lat temu, w H&M tego lata, ale tylko dlatego, że dawali kiecki po 20zł i grzechem było sobie odmówić. 80% rzeczy, jakie mam z H&M kupiłam na allegro, bo nie dość, że odrzuca mnie od samych w sobie galerii handlowych, to jeszcze od H&M podwójnie. Obrzydzenie to trzyma mnie od czasy, kiedy weszłam kiedyś na bloga AlicePoint (którego notabene uwielbiam) i zobaczyłam tam sweterek, który zapadł mi w pamięć z powodu takiego, że wybitnie mi się nie spodobał. Tego dnia nieopatrznie wybrałam się do najźlejszego wówczas miejsca w Krakowie (nie było jeszcze Bonarki), czyli Galerii Krakowskiej i w samym tym przybytku takich sweterków zobaczyłam 5 [sic!], oczywiście nie na wieszakach tylko na ludziach.Od tamtej pory nie potrafię się przemóc, co więcej, wcale nie próbuję. A poza tym, idąc do H&M nie jestem w stanie wydać stówy na kieckę chińską szytą przez dzieci 10-lenie w fabryce, która jest warta co najwyżej dolca bo dobrej jakości ubrań z H&M nie wmówi mi nikt. Zara lepsza, ale także droższa, niestety, a mogłyby chłopaki spuścić trochę z tonu, bo przecież nie muszą zatrudniać projektantów, skoro i tak nic sami nie projektują (nie żeby H&M czy TopShop były lepsze). Do Romwe skutecznie zniechęciły mnie blogi, zalane ubraniami stamtąd – moim zdaniem sklep przyjął zbyt agresywną strategię promocyjną i jak dla mnie, kojarzą się nie z wyjątkowymi, nietypowymi ciuchami, tylko z masówą, którą nosi każdy. Jak H&M.

9. Seks w wielkim mieście. Widziałam wszystko, wszystkie sezony, filmy i dodatki (uprzedzając pytanie, dlaczego w takim razie oglądałam – bo mam głód wiedzy o zjawiskach popkultury). Znienawidziłam Carrie – płaczliwą, niezaradną, kompletnie niewydarzoną pustą laseczkę, która ma pojęcie tylko o butach, knajpach, przygodnym seksie i papierosach. Zachwyty nad felietonami jakie w serialu produkowała każą zastanawiać się – kurde, co wy ludzie czytacie? Przemyślenia na poziomie 15-latki, wychodzące z ust infantylnej, egzaltowanej wiecznej imprezowiczki bez pomysłu na życie, bez pieniędzy, mieszkania (aż jej musiał chłopak kupić, cudowny wzorzec dla kobiety współczesnej), ambicji. Nie, to nie zazdrość – to litość. Chociaż, może trochę i zazdrość – o życie nieskalane problemami większymi niż :"buuuuu….a on powiedział że mnie nie kochaaaaaa" (cyklicznie przez 6 sezonów). Nie, nie rozumiem podziwu i uwielbienia dla Carrie – ot taka sobie panienka, ani specjalnie zdolna, ani specjalnie ładna, której jakimś cudem udało się zahaczyć w magazynie dla mas w kolumience z poradami o seksie, a która w wieku 30 lat nie jest w stanie wziąć kredytu na mieszkanie, bo cały swój dorobek rozwaliła na ciuchy i buty, I nawet to jest jeszcze spoko – ale trafiał mnie szlag za każdym razem, kiedy Carrie znajdowała się w czarnej d… i czekała z palcem w usteczkach aż przyleci któryś frajer i zrobi porządek z jej życiem, po czym albo dostawała kopa, albo zachowywała się jak rozwydrzona smarkula "no pooooowiedz mi że jestem jedyna, bo jak nie, to nigdzie nie jadę", tupanie nogą, rzucanie się na ziemię z płaczem, foch. 30 lat. Mamy obraz kobietki, która jest tak niezaradna, naiwna i głupiutka, że bez mężczyzny zginie i przepadnie w tym wielkim drapieżnym mieście. Dostała męża, ustawiła się – i super. Kopciuszek wins again. A że niby ciuchy? No jakieś tam były. Zapamiętałam nawet ze dwie kiecki, ale z późniejszych sezonów bo moda lat 90. do mnie ogólnie nie przemawia.

collage

10. Plotkara. Myślałam, że żadna postać nie wkurzy mnie bardziej niż Carrie. Do czasu, kiedy zaczęłam oglądać Plotkarę – tu, przyznam, ciuchy mnie zachwyciły. Co zachwyciło mnie mniej, to Blake Lively, która nie dość że jakoś dziwnie cedzi przez zęby, to podczas mówienia używa tylko jakby jednej połowy twarzy – mam wrażenie, że drugą część ma sparaliżowaną, czy coś. Urodą mnie także nie powaliła, serialowa Blair bije ją na głowę. Nogi ma świetne – i w sumie tyle. Za to postać w serialu jest jeszcze głupsza niż Carrie, chociaż można jej to wybaczyć, bo ma niby 17 lat. Niby jakieś tam dramaty były w życiu, ale wniosków wyciągniętych – zero, dziewczę dalej żyje chłopakami, kieckami i intrygami, chociaż wydawałoby się, że po próbie samobójczej w rodzinie zwykle trochę się dojrzewa emocjonalnie. Serio, rozwalał mnie ten serial – nie wiem, może tak się żyje w USA w wyższych sferach, ale moim zdaniem każda matka przy takiej córci w końcu odrzuciłaby zasady zen i lała na goły tyłek do czasu, aż dziecięciu rogi by się nie schowały. I nie chodzi mi bynajmniej o dragi, seks-skandale czy ucieczki na ostrą bibkę na mieście. Ale zapadła mi w pamięć sytuacja z powrotem ojca Sereny – naprawdę byłam wstrząśnięta (nie zmieszana), bo nie sądziłam, że gdzieś się robi takie głupie dzieci. Mówię niejako z autopsji, jest to praktycznie nierealne, chyba że wspomniana 18-latka ma mózg młodszy o jakieś 5 lat, co w tym serialu wydaje się dość logicznym wyjaśnieniem postępowania głównej bohaterki. Patrząc na obydwa seriale razem – jeśli takie się teraz wzorce podsuwa młodym kobietom, to facepalm po stokroć, nie chcę mieć dzieci. Carrie i Serena są krokiem milowym w sposobie postrzegania kobiet interesujących się modą – krokiem wstecz oczywiście. Dzięki takim postaciom kobieta modna to durna blondynka bez wykształcenia, na cudzym utrzymaniu, mająca rozliczne talenty w zakresie łóżkowym i odzieżowym. A, i jeszcze ładnie pachnie. Pozwala mężczyźnie czuć się panem, władcą, zdobywcą, rozwiązywaczem problemów. I po cholerę nam było to równouprawnienie? Po co takiej Carrie czy Serenie prawo wyborcze, skoro potrafi wybierać jedynie między Blahnikiem a Choo? Dać jej kasę, służbę, świecidełka i już wszystko gra i tańczy. Bo świat należy do mężczyzn, nie do blondynek.

11. Coco Chanel, Audrey Hepburn, Marylin Monroe. Bo ja to w ogóle dziwna jestem, żadna ikona mody mnie nie inspiruje. Może dlatego, że czas, który mogłam poświęcić na śniadania u Tiffany'nego przeznaczyłam na "Mechaniczną pomarańczę". I ot, cała zagadka, wiadomo już czemu jestem neurotyczna i psychodeliczna, a ludzie zamiast pytać mnie "co się stało", pytają "tattwa, na czym ty jedziesz"?

6155399743_2512a5cab2_b

photography by Karolina Rejdych

haircut & dying by Piotr Piskorowski 
 

 

To dye or not to dye? Owłosione metamorfozy
Candy is dandy, but liquer is quicker