Welcome in tattwaland. Fashion is OH! so unfashionable!
Co mnie NIE inspiruje, czyli post anty-modowy

Rozochocona komentarzami pod poprzednim postem (i nie tylko), dowodzącymi, iż nie tylko ja uważam, że nieźle piszę (hell yeah), postanowiłam po raz kolejny podzielić się doświadczeniem życiowym, które – chociaż ma tylko 23 lata, jest w niektórych kwestiach ogromne. Jak np. w kwestii farbowania czupryny. Tym razem na zdjęciach występuję ja i moja siostra młodsza ukochana – Kath Frankie. Kath dlatego, że Kasia, a Frankie – bo ma dużą głowę (na zdjęciach tego nie widać aż tak bardzo, ale naprawdę ma łeb jak wiadro i nie pasują na nią nigdy czapki) i powiedziałam jej kiedyś, że po kształcie twarzoczaszki przypomina Frankensteina. Normalne dziecko by się obraziło, ale Kath ukuła sobie z tego ksywkę i obecnie wiele osób myśli, że ma na imię Franciszka, a Frankie (lub Fran) to naturalnie zdrobnienie. Ponieważ nasi rodzice byli NIESŁYCHANIE kreatywni logując nas w Matrixie, ja dostałam równie oryginalne i wdzięcznie brzmiące imię Madzia, którego nie znoszę jak zarazy – między innymi dlatego, że tylko w ogólniaku było nas w klasie 5, z tego 4 figurowały w dzienniku jedna pod drugą, bo nazwiska też miałyśmy brzmiące całkiem z jednej bajki. I tak oto siostra moja została Frankie, a ja po niezliczonych „rudych” ksywkach zostałam w końcu tattwą i o ile wiele osób na mojej uczelni słyszało ten nick przynajmniej raz, do dziś nie kojarzą go z mą rudą osobą, a swoje imię słyszę tak naprawdę głównie z ust mamusi i dziadków.

Ale miało być o farbowaniu. Na zdjątkach prezentuję, w kolejności prawie całkowicie losowej, jak z Kath zmieniałyśmy barwy, zaczynając od gimnazjum (pierwszy raz zafarbowałam włosy na stałe w wieku 13 lat – jestem naturalną szatynką o paskudnym „mysim” kolorku, a Kath zwykła być ciemną blondynką, póki jej się nie znudziło). Niestety nie ma tu wszystkich naszych ekscesów – z części pomysłów nie zachowały się zdjęcia – np. kiedy rozjaśniłam włosy na biało i chciałam uzyskać niebieskie, a wyszedł mi morski a’la ogon małej syrenki Arielki, albo kiedy na długiej do połowy pleców,czarnej gładkiej i lśniącej czuprynie miałam czerwone pasemka. Nie ma tu też mojej fantastycznej fryzury a’a sekretarka z Playboya (jak stwierdził mój ówczesny chłopak), ale to co jest, mam zamiar pokazać i skomentować. Można się śmiać i szydzić, nie krępujcie się, my same mamy czasami niezły ubaw – zwłaszcza kiedy przypominamy sobie, jaki ubaw był wtedy. Wybaczcie jakość niektórych zdjęć, wiele było robionych spontanicznie komórką; btw te, które wyglądają na postarzane itd, nie są po hipstersku przerabiane – po prostu pochodzą z czasów, kiedy zdjęcia robiłam starym Kodakiem i z zazdrością patrzyłam na nieliczne bogate dzieci, które miały cyfrówki.  

2

3

33

Po primo jeden – włosy zniszczone. Moje nie. Kath ma trochę gorzej, bo utleniła je na biało (pod tym niebieskim z nowszych zdjęć jest prawie śnieżna biel), ale nie jest aż tak źle. Moje znosiły farbowanie, utlenianie, kilkakrotnie zdejmowany kolor (z czarnego na rudy) i są jedwabiaszcze w dalszym ciągu. Rzadko je prostuję, prawie nigdy nie używam suszarki, chodzę spać z mokrymi (rano są prawie idealnie proste), zwykle lśnią, błyszczą i robią „bling”. Szampony i odżywki – jakie są pod ręką, preferuję Dove do farbowanych, żadnych maseczek, kuracji ani w ogóle nic. Po prostu są jak terminator – po mamusi. ALE, co uważam za istotne, jem: orzechy, łososia, siemię lniane (do płatków) i takie różne cuda w ilościach hurtowych i widzę efekt na swojej cerze i włosach, zatem polecam.

Dlaczego farbujemy – bo wisi nam kobieca naturalność i wdzięk, bo nam się nudzi i dlatego, że bywamy nienormalne i mamy różne głupie pomysły, z których niebieskie włosy nie są nawet w pierwszej dziesiątce. Dlaczego takie dziwne kolory – bo jesteśmy puste i lubimy, jak ludzie na nas patrzą, nawet jeśli patrzą z odrazą lub dezaprobatą. Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek miały problemu z powodu włosów, a w przypadku Kath – kolczyków i tatuaży, wierzę, lub chcę wierzyć w to, że intelygencja broni się sama, więc nie muszę starać się inteligentnie wyglądać. W gimnazjum i liceum nauczyciele patrzyli i milczeli, dwa razy zostałam wezwana przed oblicze i rozmowa wyglądała mniej więcej tak (w obydwu przypadkach, dwie różne szkoły):
– Magda, czy nikt nie zwracał Ci uwagi z powodu wyglądu?
– Nie, raczej nie.
– Bo wiesz, niektórym nauczycielom może to przeszkadzać. Mnie osobiście nie robi to różnicy, ale niektórzy mogą Cię gorzej traktować z tego powodu, gorzej oceniać. (tak jakby się babka bała, że jak mi powie wprost, że dla niej jestem nie halo, to jej poprzebijam opony w Fiacie)
– Nikt mi nic nie mówił i wydaje mi się, że jest to wszystkim obojętne, bo mam same piątki i czwórki.
– Hm…no cóż…to dobrze…
I tak to się kończyło. Pamiętam, że raz przyszłam do szkoły (II klasa gimnazjum) w wersji ciężko gotyckiej, z malinowymi włosami i kreskami na powiekach aż po skronie, po czym kobieta z polskiego zawezwała mnie, żeby powiedzieć, że mam piękne spodnie (czarne jakby takie szarawary), ale chyba są zbyt „strojne” do szkoły. Wtedy padłam – bo na temat mojej twarzy a’la upadły anioł nie usłyszałam ani słowa. A przecież byłam miłym dzieckiem i skończyłabym z tą tapetą gdyby ktoś tylko grzecznie poprosił – chociaż gdyby mnie zmuszali, pewnie zmieniłabym szkołę.

2 3Jeśli chodzi o uczelniany dress code – egzaminuję się zwykle w dżinsach, bo u mnie na wydziale – mam wrażenie – wszyscy mają gdzieś nobliwość UJotu i chodzą jak im się podoba, czy to egzamin czy nie. Mój ulubiony profesor przyszedł na ostatni egzamin w wielkim, puszystym swetrze i dżinsach, przy czym traktował nas, biednych petentów z taką atencją, że nie śmiałabym swetrowi zarzucić braku szacunku. Inny powiedział kiedyś, że jeśli o niego chodzi, studenci mogą przychodzić na egzaminy nawet w pidżamie, bo on się czuje lekceważony tylko wtedy, kiedy przyłażą zabłysnąć ordynarną ignorancją i żebrzą o nędzną trójcę. I ja to sobie cenię – że nie muszę przebierać się w sesji za pingwina i moim obuwiem egzaminacyjnym są trampki marki Adidas. Ja się czuję na luzie, profesor czuje się na luzie, rozmawiamy sobie sympatycznie o religii Słowian dawnych, po czym uśmiechamy się, podajemy sobie indeks i odhaczamy na liście „do zdania”. I muszę przyznać, że podobnie ubieram się zawsze, kiedy załatwiam jakieś oficjalne sprawy – jeśli ktoś nie traktuje mnie z tego powodu poważnie, zwykle kończy się to po wymianie pierwszych zdań. I nie raz już słyszałam – „zobaczysz, że jak tam pójdziesz, to będą się czepiać ciuchów albo będą Cię traktować jak śmiecia” i jakoś nigdy mnie to nie spotkało, a byłam w podobnym stroju już nawet w sądzie. Osobiście twierdzę, że szacunek wyraża się zachowaniem i słownictwem, a nie marynareczką czy butkami – i zamierzam to forsować. Na wypadek, gdybym miała się kiedyś złamać i zacząć pracować w miejscu, gdzie wymagają noszenia pingwina (pingwinem nazywam klasyczny czarny kostium z białą bluzką), w tym roku idę się tatuować i nakłuwać w widocznych miejscach, co by tą opcję wykluczyć ze swojego życia i żeby kasa nie kusiła do zdrady światopoglądu. Trudno, najwyżej będę pracować w seks-telefonie.

Piszę tego posta w ramach pewnego podsumowania – bloga założyłam niedługo po przefarbowaniu się na rudo z głębokiej czerni, a niebawem zmieniam barwy jeszcze bardziej radykalnie. Często czytam i słyszę, że wiele kobiet obawia się zmiany koloru – że nie będzie pasować, że się włosy zniszczą… Ja osobiście namawiam, moim zdaniem kolor włosów niesamowicie wpływa na samopoczucie – w czerni zawsze czuję się bardziej enigmatyczna, refleksyjna, piszę bardziej depresyjnie, ale tez i poważniej, w rudym jestem naładowana pozytywną energię i optymizmem, z różowym pasmem byłam po prostu stuknięta. W moim odczuciu rudy pozwala poczuć się pewniej, uwierzyć w siebie, dodaje energii i w ogóle podnosi atrakcyjność towarzyską. Bo rudy to nie kolor – to osobowość. A włosy? Jak to mówią – to nie… hmmm… palec. Odrastają 🙂

1 5489765537_75ddfe7e65_bBtw – jeśli będziecie kiedyś w Londynie, odpuście sobie muzeum figur woskowych – to najgorzej zainwestowane pieniądze i czas w całym moim życiu (a kosztuje niemało, za moich czasów było to ok. 15 funtów, za tyle możecie kupić sobie dżinsy Wranglera w londyńskim TkMaxx): dno, dno i nuda. Przy rozrywkach, jakie Londyn oferuje za darmo, wydawanie takiej kasy na jakieś woskowe lalki, które niby są jak żywe, ale chyba przy wadzie wzroku -10, to naprawdę żenada (tak mi się przypomniało podczas przeglądania starych albumów ze zdjęciami)

P.S. Kath Frankie mówi: napisz ze ja do zmasakrowanyh włosów polecam gliskur. Czy jak mu tam.

PS.2. Kolorów oczywiście przewinęło się nam o wiele więcej i jest to tylko skromna próbka, zwłaszcza w moim przypadku. Może coś jeszcze kiedyś znajdę, to pokażę 🙂

 

Welcome in tattwaland. Fashion is OH! so unfashionable!
Co mnie NIE inspiruje, czyli post anty-modowy