Legalize it!
To dye or not to dye? Owłosione metamorfozy

No to mamy jesień. Nie żeby robiło mi to jakąś wielką różnicę, poza tym, że nie mdleję już w autobusie i mogę wychodzić z domu przed zachodem słońca (w zeszłym roku w lecie mój współlokator za każdym razem, kiedy mijał mnie w mieszkaniu, na mój widok osłaniał się wyimaginowaną pelerynką i szczerzył z sykiem wyimaginowane wampirze kły, z tego co pamiętam raz rzucił też we mnie dowcipnie czosnkiem – pozdrowienia dla Karola 🙂 ). Nie ukrywam, że nie jestem fanką lata – przynajmniej w polskiej wersji, co roku mam ochotę uciec stąd, najlepiej do Anglii, gdzie temperatura rzadko przekracza 25 stopni, i co roku COŚ mnie powstrzymuje przed wyjazdem, nierzadko jest to sesja, którą przeciągam do granic możliwości.

Ostatnio usłyszałam, że moje całe życie jest tattwalandem (pozdro Paula), co wydaje mi się dość adekwatnym określeniem na moją zeschizowaną, pokręconą rzeczywistość, w której niemożliwością jest wstać z łóżka przed godziną 10 (religia mi zabrania) i której naczelnym hasłem jest "wali mnie to". Nie żeby wszystko było mi obojętne – po prostu staram się być okrutnie zen i nie zwracać uwagi na każdego, kto brzęczy mi nad uchem nie mając nic do przekazania. Nie jestem przyzwyczajona do nakazów i zakazów, dlatego na każdy reaguję instynktownym "nie". Można mnie o coś poprosić (i jestem takim frajerem, że zwykle nie umiem odmówić, jeśli kogoś lubię), można negocjować, ale złamać można mnie tylko głodem.

Wujo, jeden z moich przyjaciół, na widok tych zdjęć stwierdził ostatnio: "najbardziej mi się podoba – wyglądasz tam jak tattwa", co miało znaczyć chyba że, tak jak wspominałam, dziewczęce wyskoki z barwną kiecką wśród łanów zbóż nie są dokładnie tym, co określiłabym mianem "mojej stylówy". 

Mam dzisiaj dobry nastrój, niski poziom cynizmu we krwi i żadnej myśli przewodniej, więc rzucam sobie tylko takimi luźnymi uwagami – chciałabym pisać krótko jak Kominek, ale ale po dziadku odziedziczyłam słowotok i trudno mi nad tym zapanować – w bezpośredniej rozmowie nie jest tak źle, moi znajomi też nie są jacyś specjalnie milczący i zawsze ktoś w końcu wejdzie mi w słowo albo każe zamknąć paszczę, bo nie wytrzyma moich herezji bez wygłoszenia swoich. Ale pisanie – kiedy człowiekowi nikt nie przerywa – jest pokusą ogromną i czasami trudno skończyć. 

A teraz, żeby nie było, że taka nędzna ze mnie szafiarka, będzie o ciuchach. Buty nie są za duże i nie kłapią mi na stopie, po prostu tak to wygląda zwykle jak się stanie na nierównym podłożu – widziałam na wielu blogach takie komentarze przy podobnych ujęciach i mam wrażenie, że panny komentujące w życiu nie miały na stopie czółenek na szpilce, ew. nigdy nie widziały własnej w nich stopy na zdjęciu. Zakup torebki z Simple zabił mnie finansowo na jakiś miesiąc, wypełniony późniejszym tęsknym gapieniem się na ciuchy przez szybę, ale i tak kocham ją tak bardzo, że mogłabym z nią spać. W moim mniemaniu pasuje mi do wszystkiego i do wszystkiego też ją noszę, łącznie z tenisówkami, chociaż teraz jak o tym piszę to brzmi nieco kiepsko. Sweter kupiłam już jakiś czas temu w sh (ha! wreszcie udało mi się coś tam znaleźć!) i skusiłam się (mimo że jak na używany ciuch był zdzierczo drogi), bo jest z czystej wełny merynosa, co oznacza że jest mięciusi, milusi (oraz jakieś 4 rozmiary za duży, co uwielbiam) i najlepiej skubańca prać ręcznie (niedoczekanie jego). Dopiero teraz, przy pisaniu posta, zauważyłam że ma metkę Bitte Kai Rand, której to rzekomo renomowanej firmy nie znam zupełnie, jednak google twierdzi że jest duńska i nawet załapała się na prezentację kolekcji na stronie Vogue'a UK, ale poza tym tabula rasa i brak danych. W sumie wisi mi to, ale niech już mam tą satysfakcję że mi się udało coś drogiego kupić w sh, bo zawsze jak wchodzę to tylko tradycyjny polski strój ludowy, czyli polary, kresze i dżinsy marchewy z lat 90, zapinane zaraz pod biustem niemalże.

I na tym poprzestanę, jest sobota, godzina 11.30, wychodzę z domu nacieszyć świat swoją osobą. Za dnia. A właściwie jeszcze przed południem. Kocham jesień. Dziękuję za uwagę.

1

32

photography by Donia Sierociuk and Karolina Rejdych

haircut & dying by Piotr Piskorowski

 

P.S. Jakiś czas temu Oriflame wypuściło okularki zaprojektowane przed duet Paprocki&Brzozowski – są jeszcze dostępne np. na allegro. Jeśli komuś wpadłoby do głowy zakupić je, serdecznie odradzam, bo wyglądają fajnie (mi się okrutnie podobają), ale badziew niemiłosierny, pękają od samego patrzenia właściwie.

P.S. 2. Założyłam se fejsbuka, bo jestem dzieckiem uzależnionym od internetu, mam parcie na szkło i w ogóle. Jeśli ktoś chce mnie na owym fejsbuku pokochać, niech się nie krępuje.

P.S. 3 Stwierdziłam, że oryginalne Lity od JC są mi absolutnie niezbędne. Nie dość, że będą mi pasować do wszystkich ciuchów (jak nie po dobroci, to po złości), to jeszcze po prostu mam taki kaprys. Ponieważ przełom września i października to ten czas, kiedy płaci się za świeżo wynajęte mieszkanie wraz z kaucją, rozważam sprzedaż jakiegoś organu, np. duszy. Nie chce ktoś kupić duszy? Mint condition, prawie nieużywana. 

 

Legalize it!
To dye or not to dye? Owłosione metamorfozy