Wrocław, bejbe!
Co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to...

Robię się na starość coraz bardziej sentymentalna. Za oknem wciąż deszcz, a ja przeczytałam artykuł, który odesłał mnie daleko w przeszłość. I inspirując się – to znaczy bezczelnie zżynając pomysł – postanowiłam zrobić własną listę. Nie wszystko pochodzi z lat 90., ale who cares – zamysł był taki, żeby urządzić sobie tour de moja młodość dumna i durna.

A

A jak Aladyn. Nie byłam nigdy fanką bajki, ale kiedy dostałam pierwszy komputer, oszalałam na punkcie gry komputerowej. Nigdy nie przeszłam jej do końca – najdalej udało mi się dobić do szóstego poziomu, gdzie nieodmiennie kasowały mnie mordercze nietoperze. W każdym razie przewaliłam przy komputerze długie, długie godziny, zamieniając się chwilami w totalnego nerda. Fajna gra. Zagrajcie sobie – na pewno można ją ściągnąć gdzieś za free z internetu.

lata 90. - tattwa

B

B jak boks. To historia innej gry – kiedy miałam kilka lat, chodziłam do sąsiadów mieszkających w domu naprzeciwko i dawałam wycisk ich nastoletniemu synowi, grając w BOKS na konsoli. Ewentualnie w Mortal Kombat. Do dzisiaj z rozrzewnieniem wspominam te chwile.

B jak BMX. Inne dzieci miały „górale”. Ja miałam BMXa, ale nie potrafiłam docenić właściwie tego skarbu i nie skakałam po rampach, co pewnie cieszyło moich rodziców. BMX był niebieski i wzbudzał ogólny szacun na dzielni. Było się równym ziomem.

B jak badminton. Dzieci z bloków nie mają tego problemu. Ale mieszkając na przedmieściach, zawsze powstaje pytanie – gdzie się bawić? Nie myślcie sobie, że podwórko rozwiązuje ten problem – moi rodzice nie mieli akurat obsesji na punkcie trawnika, ale dla wielu moich kolegów te pasy zieleni stanowiły nienaruszalne sanktuarium, na które nie wolno było nadepnąć, a co dopiero po nich biegać. Paranoja. Niemniej jednak, wychodząc na własne podwórko, trudno było oczekiwać, że spotka się tam kolegów. Spotykaliśmy się więc na ulicy („mamo, idę na ulicę!” jako motyw przewodni mojego życia) i tak tłukliśmy w badmintona, dając się pożerać żywcem komarom do późnych godzin nocnych. Czasami nawet do 1. w nocy, przy świetle latarni. W przerwach siedzieliśmy pod płotem, jedliśmy czereśnie zerwane w ogrodzie i pluliśmy pestkami na ulicę.

C

C jak Chio Chips. Najlepsze chipsy jakie jadłam w życiu – niestety, firmę wykończyły wielkie koncerny i teraz, kiedy mam ochotę na paprykowe, mogę tylko smutno pociągać nosem w kierunku Laysów, które nieudolnie udają ten smak. Najlepsze były te ostre. I Taccos – czy ktoś pamięta Taccos? Z tego co wiem, Chio zostały oficjalnie wycofane w 2008 roku – ponoć można je jeszcze dostać w Niemczech, ale w praktyce to zupełnie inny produkt. W sklepach wciąż jeszcze są dostępne nachosy Chio, ale kto normalny kupiłby nachosy za tyle kasy, skoro można dostać lepsze w Lidlu za połowę ceny. Be serious.

lata 90. - tattwa

C jak Czarodziejka z Księżyca. Wiadomo. Człowiek leciał jak głupi z podwórka, żeby zdążyć na pokaz spuszczania manta oprychom w imię Księżyca. No i na Tuxedo. Parę lat temu dorwałam wszystkie sezony na płytach i urządziłam sobie tygodniową nasiadówkę z czarodziejkami. I wiecie co? To naprawdę jest w dechę bajka.

C jak Casio. Tym razem nie zegarek, tylko keyboard. Mając 7 czy 8 lat uparłam się strasznie, że będę grać na pianinie. Gdyby rodzice zapisali mnie wtedy do szkoły muzycznej, prawdopodobnie grałabym dzisiaj całkiem nieźle technicznie, chociaż nie mam za grosz talentu. Ale jako że opłacali prywatne lekcje, nie czułam aż takiej presji (w postaci egzaminów, występów itd.) i lekko sobie olewałam. Dwa czy trzy lata później zmieniłam nauczyciela i przesiadłam się na organy elektroniczne – niestety, talentu mi nie przybyło, a nie starałam się wcale bardziej. Mama nie zmuszała mnie do grania, wymagała tylko, żebym chodziła do końca roku szkolnego na zajęcia, które sobie wybiorę. I tak co roku w okolicy kwietnia krzyczałam z nienawiścią, że niedobrze mi się robi, kiedy patrzę na te cholerne nuty, w czerwcu z ulgą rzucałam je w kąt, a we wrześniu… cóż, wypoczęta po wakacjach, nabierałam nowego – słomianego – zapału. I w efekcie grałam przez jakieś 7 lat. Wciąż jestem do bani.

D

D jak Disney – w sobotę, przed południem. O 11.00? O 10.00? Nie pamiętam dokładnie. Bardzo rzadko oglądałam telewizję, ale nie odpuszczałam tych półgodzinnych disney’owskich bajek. Pamiętam Aladyna, ale były też na pewno jakieś inne. Po bajce, jeśli dobrze pamiętam, był też odcinek serialu dla młodzieży w stylu dzisiejszego High School Musical, ale seriale były tak lamerskie, że nie było sensu się męczyć. Jak High School Musical. Na bajeczkę przychodziło się w pidżamce, przecierając zaspane oczęta, a mamusia serwowała śniadanie. Arkadia, panie.

D jak DOS. Jedna z wielu nieprzydatnych umiejętności, jakie nabyłam. Wcześnie dostałam komputer i lubiłam uczyć się różnych rzeczy związanych z jego obsługą. Na przykład DOSa – mówimy tu o czasach, kiedy Win95 był WYPASEM. Zaczęło się od tego, że dostałam na urodziny od wujka książkę „DOS nie tylko dla orłów”, zaczynającą się od słów: „Mój tata to całkiem bystry facet. Potrafi naprawić toaletę za pomocą taśmy klejącej”, czy jakoś tak. Dzisiaj nie za bardzo mam gdzie zabłysnąć tym talentem, ale ostatnio przydał mi się, kiedy musiałam korzystać z konsoli odzyskiwania systemu. I skorzystałam, używając poleceń DIR, DEL i COPY. Ha!

D jak dyskietki. Te duże! Wielkością dorównywały mniej więcej opakowaniu wedlowskiego ptasiego mleczka i były giętkie. I z tych magicznych dyskietek odpalałam moje świetne gry. Potem, gdy wyszły z użycia, przez długie miesiące znajdywałam je jeszcze w szufladach i pod łóżkiem.

E

E jak Eurobusiness. No ba! Monopoly ssie – it’s official. Eurobusiness kojarzy mi się z wyjazdami w Beskidy, do domku letniskowego dziadków. Razem z kuzynkami spędzałyśmy wieczory, zostając rekinami biznesu, grając w karty i w Rummikuba. Do dzisiaj okrutnie lubię te gry, a pudełko z Eurobusinessem wożę ze sobą przy każdej przeprowadzce z mieszkania do mieszkania, gdziekolwiek rezyduję.

lata 90. - tattwa

F

F jak Flirt towarzyski. To był podryw, panie. Podsuwało się wybrankowi serca kartę, podając numerek hasła i spuszczało się skromnie oczęta. A na policzki bił pąs. Było niezmiernie dużo chichotania i trzepotania rzęsami, zwłaszcza kiedy grało się w – przykładowo – 10 osób i każdy podrywał każdego. Efektem flirtu towarzyskiego było nierzadko „chodzenie” (do piwnicy po ziemniaki), które objawiało się tym, że na widok ukochanego na szkolnym korytarzu z piersi wydobywał się nerwowy śmieszek i udawało się, że się go nie widzi. W przypadku bardziej dojrzałych osobników występowały też: odprowadzanie po szkole do domu (+ noszenie plecaka) i romantyczny prezent na walentynki. Trzymanie się za ręce było natomiast wydarzeniem, którym żyła cała klasa. Biegająca dookoła z okrzykami w stylu „zakochana para, Jacek i Barbara…”. Ostatnio w ramach nostalgii kupiłam talię kart do Flirtu Towarzyskiego (parę złotych na allegro) i powiem Wam jedno. Zorganizujcie taką talię, do tego sporą ilość piwa i fajną muzykę. To może być jedna z najlepszych domówek waszego życia. Ja sama nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo spłakałam się ze śmiechu.

G

G jak guma. Jedna z najbardziej dziewczyńskich zabaw ever, razem z grą w klasy. Wystarczyło mieć dwie koleżanki (albo przynajmniej jakieś słupki) i gumę. Albo kredę. Po wręczeniu dziecku tych niedrogich i łatwo dostępnych akcesoriów rodzice mieli wolny wieczór. A dziecię – poobijane kolana i łydki smukłe jak łania.

G jak Gadu-Gadu – ja zrezygnowałam z niego dopiero w zeszłym miesiącu, po ostatnim formacie komputera. Głównie dlatego, że była to najłatwiejsza (i darmowa!) forma kontaktu z moją mamą – bo nienawidzę Skype jak zarazy. Ach, pamiętam czasy, kiedy GG było osią życia towarzyskiego po szkole – zwłaszcza w zamierzchłych czasach, kiedy to byłam w gimnazjum, bo telefon komórkowy nie był wówczas czymś, co dawało się w prezencie 12-latkom. Dzisiaj GG oznacza już serial „Plotkara”, a nie kultowy komunikator. Ale… Gadu Gadu – PAMIĘTAMY.

G jak gwiazdki Milky Way – dlaczego, ja się pytam, nie mogę tego nigdzie kupić? Skandal. Jedna z najlepszych rzeczy wyprodukowanych z czekolady ever. Podobnie krem do smarowania Milky Way – taki biało-czarny, w postaci puszystej pianki. Nutella odpada, jak mamę kocham.

G jak gra telewizyjna – Pegasus, Commodore, pierwsze Play Station. Mama kategorycznie odmawiała mi kupienia takiej zabawki z powodów wychowawczych (fakt, mądre to nie było), więc spędzałam wiele czasu u sąsiadów z naprzeciwka, spuszczając bokserskie manto Rafałowi albo pod postacią Mario ratując księżniczkę. Niedawno postanowiłam, że poświęcę te 15zł i kupię sobie coś takiego na najbliższą zimę. Oldschool pełna gębą.

lata 90. - tattwa

H

H jak Harlequin. Ogrody miłości. Szaleńczej, namiętnej i pełnej erotyki. Jednym słowem – tandeta jakich mało. Do czytania nikt się nie przyznawał, ale prawie każda kobieta chowała te małe, różowe książeczki po szufladach, wzdychając tęsknie do Antonia o mięśniach ze stali. Niewiele wyższy poziom reprezentowały kultowe Sagi o Czarnoksiężniku, Ludziach Lodu i czymś tam jeszcze – w wieku 15 lat przeczytałam pierwszą część do połowy i na długie lata obrzydziło mi to literaturę określaną mianem „kobiecej”. Bo, kurde, było to kobiece jak cholera, chociaż nieudolnie udawało fantastykę.

H jak Hi-fi wieża. Marzenie melomana – dwie kasety, płyta CD, radio, dwa boczne głośniki. W wersjach super wypasionych – 3 płyty CD z możliwością zmieniania nośnika. Większa wieża = większy wypas. Niedobitki tych wspaniałości czasami jeszcze rezydują w samczych kącikach w garażach, w otoczeniu plakatów z gołymi cyckami albo stanowią wyposażenie kuchni. Głównie dlatego, że wielu młodych i pięknych woli słuchać muzyki na lamerskich głośniczkach wmontowanych w obudowę laptopa niż korzystać ze sprzętu bez logo Apple.

H jak Harry Potter. Nie załapałam się na pierwszą falę trendu – z tego co pamiętam, sięgnęłam po przygody czarodziejskiego okularnika dopiero po wydaniu czwartej części cyklu, wcześniej głośno deklarowałam sprzeciw przeciwko czytaniu czegoś, co czytają wszyscy. Do dzisiaj cenię sobie Harry’ego jako świetną literaturę do wanny lub do obiadu, albo wtedy, kiedy czuję się tak intelektualnie zużyta, że potrzebuję zająć czymś myśli bez uruchamiania mózgu. Bo to ładna i nieźle napisana bajka jest, chociaż literacko nie przedstawia większych wartości.

I

I jak internet. Nie było go. To znaczy, ja nie miałam bardzo długo – jeden z nielicznych minusów mieszkania w domku jednorodzinnym poza centrum miasta. Zazdrościłam dzieciom z bloków (szalona), że mają stałe łącze. Kiedy wreszcie mnie podpięto, długo nie mogłam się oderwać od monitora. Właściwie, do dzisiaj mam z tym problem.I jak Ich troje. Wierzcie lub nie, ale Michał Wiśniewski nie zawsze wyglądał jak eksplozja w banku krwi. Śpiewać nigdy nie potrafił, a teksty prezentowały poziom grafomanii, przy którym Doda jest wirtuozem słowa. Ale nikomu to nie przeszkadzało, Ich troje słuchała cała Polska. Ja też, chociaż jestem niezmiernie wdzięczna ludziom, którzy uświadomili mi, jak bardzo kiepska to była muzyka.

J

J jak jajka niespodzianki. Hell yeah. Genialna czekolada i ludziki. Moja mama doszła do takiego stopnia profesjonalizmu, że potrafiła obczaić, w którym jajku będzie figurka, ważąc je w dłoni lub lekko potrząsając. Wszystko po to, żeby ucieszyć swoje dwa skarby, które posiadały całe pudło tych cudów. Kinderki były jedną z moich ulubionych zabawek – nigdy w życiu nie trzymałam w dłoni lalki Barbie przez dłużej niż godzinę, za to ludzikami mogłam bawić się całymi dniami. Najfajniejszą częścią zabawy było tworzenie przestrzennych makiet-domków, z mebelkami domowej roboty. Świetne wspomnienie, ale – jako, że nie jestem przesadnie sentymentalna – w tym roku kinderki powędrowały na allegro. Część się już sprzedała. Niesamowite.

lata 90. - tattwa

K

K jak Kinder Biovital – to był taki owocowy żel w tubkach. Zalecało się spożywanie łyżeczki dziennie, podczas gdy ja mogłabym po prostu odchylić głowę do tyłu i wycisnąć całą tubkę na raz do paszczy. Dzisiaj też – to jest po prostu pyszne.

K jak karteczki do segregatora. Zbierali wszyscy – chłopcy i dziewczyny, bogaci i ci niezamożni. Oprócz książek nosiło się do szkoły segregator, w którym najcenniejsze okazy były zapakowane w specjalne koszulki. Pamiętam, że maniacko zbierałam serię ze zwierzątkami i wszystko, na czym była Czarodziejka z Księżyca. Karteczki, rzucone po latach w kąt i odnalezione w okolicy ogólniaka, przydały mi się niezmiernie do robienia notatek, bo zeszyt przedmiotowy był dla mnie zawsze instytucją lekko niezrozumiałą (kto normalny nosi przy sobie 5 zeszytów??). Czasami jeszcze znajduję pojedyncze sztuki.

K jak Keen4e – pierwsza gra komputerowa. Mały komandos przemierzał kolejne plansze, strzelając do toksycznych ślimaków i omijając ich toksyczne kupy. Najbardziej grywalna platformówka, w jaką miałam przyjemność tłuc przez długie, długie godziny. Nie pamiętam, ile razy przeszłam całą grę, ale myślę, że znalazłam w niej wszystkie możliwe ukryte poziomy, sekretne komnaty i dodatkowe życia.

K jak kasety MC. Wielu słuchało w tym czasie The Kelly Family. Ja słuchałam Piaska. Wiecie, M.A.F.I.A. Ostania kaseta jaką kupiłam, to „Brave New World” Iron Maiden, bo dość wcześnie zostałam metalowym dzieckiem, a nie dorobiłam się jeszcze wówczas discmana. Zatem ja i mój walkman Sony przemierzaliśmy daleką drogę do szkoły, patrząc z pogardą na ludzi, którzy nie słuchali takiej dobrej muzy.

L

L jak literacka Nagroda Nobla. Mając około 10 lat postanowiłam, że zostanę wybitną pisarką. Nobel nasuwał się na myśl w sposób oczywisty. Później chciałam być dziennikarką (praca w redakcji wyleczyła mnie z tego pomysłu) i zainteresowałam się Pulitzerem, ale ostatecznie wracam do korzeni. Chociaż Nobel jest dla mnie atrakcyjny już tylko z powodów finansowych, któregoś dnia napiszę książkę. Tak mi dopomóż Bóg.

M

M jak Mino guma. Mino guma, mino guma – kto pożuje, ten zakuma. Czy coś w ten deseń. Mino guma kojarzy mi się z wycieczką do Bielska Białej, do nieistniejącej już Wytwórni Filmów Animowanych. Bogowie, jak to było dawno! Miałam może z 7 czy 8 lat, lekko kropił deszcz, a ja żułam Mino gumę z moimi ziomkami, trzymając w ręku suweniry – klisze filmowe z postaciami z kreskówek. Szkoda, że się nie zachowały.

M jak Maoam. Jeden ze smaków dzieciństwa. Była tańsza niż Mamba, co dzisiaj nie ma dla mnie większego znaczenia, ale wtedy miało. I żuło się to na tony, na każdej przerwie i po szkole. Ostatnio kupiłam sobie spory zapas na allegro, z założeniem, że starczy mi na jakiś czas. Nie wystarczyło, zeżarłam wszystko w ciągu tygodnia, bo odkryłam, że oprócz mojej ukochanej gumy o smaku coli są też super kwaśne. Boskość. A tyłek rośnie, oczywiście.

M jak Mario. Wąsaty hydraulik, kumpel Luigiego. Miał uratować księżniczkę. I ratował, moimi rękoma, prawie codziennie przez długie miesiące. Na Play Station Patrycji i na Gameboy’ach kolegów. I uratowaliśmy tę księżniczkę nie raz i nie dwa!

M jak Muminki. Środowe wieczory. Telewizor w dużym pokoju (czyli w salonie), moja siostra i ja, pidżamy, podłoga i stosy poduszek. I frytki, smażone na patelni, na oleju. To był zwyczaj, który przeobraził się niemal w rytuał. Smak dzieciństwa w stężeniu 100%. I Buka, która nigdy nie była dla mnie straszna, a smutna.

lata 90. - tattwa

N

N jak Niekończąca się opowieść. Co roku na Wielkanoc (bo na Boże Narodzenie leciał Kevin) – i nikomu nie przeszkadzało to, że znał historię na pamięć, za każdym razem oglądało się z zapartym tchem i łzami w oczach. A ten latający futrzasty smok do złudzenia przypominał z pyska mojego bernardyna, biegnącego z rozwianymi uszami przed podwórko. Święta, podczas których po raz pierwszy olałam przygody Atreyu, były początkiem końca mojego dzieciństwa, wieku niewinności.

N jak Niemcy. Kraina luksusu i bogactwa. Kiedy po raz pierwszy znalazłam się we Frankfurcie (a to i tak tylko tym nad Odrą), szczęka opadła mi w okolice kolan. Pamiętam, że z tej wyprawy przytargałam bogactwo łupów – kolorowe cienkopisy Hertliz, sztuk milion, futrzasty notesik Nici, koszulki Fishbone, całe pudła żelków Haribo. Dzisiaj ciężko to może zrozumieć, ale w Polsce tego po prostu nie było. A nawet jeśli było w jakiejś odległej Warszawie, kosztowało majątek. W Niemczech wtedy płaciło się w markach, a przy wjeździe do kraju pokazywało paszport. Złote czasy.

N jak no to Frugo. No to było Frugo. Reklama, skierowana do pięknych i młodych, czyli roczników ’77 i okolic, uderzyła także i w nas, kompletnych leszczy. Niedawno Frugo wróciło do sklepów, ale po chwilowym hajpie zostało po prostu jednym z wielu dostępnych produktów na półkach.

N jak Nivea. Zima, mróz, kolorowe kombinezony, sanki i twarz wypaćkana kremem Nivea, który miał rzekomo chronić przed mrozem. Ostatnio coraz więcej mówi się o tym, że kosmetyk ten w analogicznej sytuacji bardziej szkodzi niż pomaga, bo zawiera sporą ilość wody, ale cholera tam wie – ostatecznie wszyscy jakoś przeżyliśmy i mamy się nieźle. Może po prostu teraz delikatniejsze dzieci robią.

lata 90. - tattwa

O

O jak ospa wietrzna. Przynajmniej ja przechodziłam w latach 90., nie wiem jak Wy. Ospę przynosiło się z przedszkola lub od zarażonych znajomych, do których chętnie wysyłali nas rodzice, wierzący, że lepiej uodpornić dziecię naturalnie niż szczepić. Ja i moja siostra załapałyśmy się na ospę w sezonie świątecznym, co zaowocowało piękną sesją fotograficzną – choinka, prezenty, my i plamy białej mazi na twarzyczkach, wyszczerzonych w szczerbatych uśmiechach. Moi podstępni rodzice próbowali zarazić mnie także świnką syna sąsiadów, ale ich misterny plan poległ w starciu z moim organizmem.

P

P jak piekło-niebo. Czyli taka składanka z papieru, w którą wkładało się dłonie i sylabizowało „piekło, niebo, Abraham, xxx [tu wstaw imię delikwenta] pójdzie TAM”, przepowiadając komuś rodzaj życia po śmierci. W sumie nie wiem co w tym było takiego zabawnego, ale internet wtedy był na wagę, kosztował krocie i nic w nim nie było, więc człowiek bawił się czym popadnie. Była jeszcze taka zabawa ze sznurkiem, w sensie, że brało się związany na końcach sznurek i przeplatało się go w palcach w różne wzory. Pamięta to ktoś jeszcze?

P jak poker. Nauczyłam się grać w pokera na pieniądze, kiedy miałam około 10 lat. Były to pieniądze z Eurobusinessu, a uczył mnie mój wujek – ten sam, od którego dostałam książkę o DOSie. Podczas pamiętnych rodzinnych wypadów w Beskidy ja i moje dwie kuzynki doskonaliłyśmy się w tej szlachetnej grze, jako że remik zdążył się już nam dawno znudzić, podobnie jak tysiąc. Dzisiaj niespecjalnie lubię grać w karty – za często wygrywam.

P jak prezenty komunijne. Rower, zegarek, encyklopedia PWN, złote łańcuszki z krzyżykiem (dla chłopców) lub z Bozią (dla dziewczynek), w porywach komputer Atari. I Pismo Święte w ilościach hurtowych – ja dostałam tylko 3 sztuki, ale moja rodzina nie była jakaś przesadnie religijna. Nie to, co dzisiaj – bo jeśli artykuł, który czytałam jakiś czas temu, nie kłamał, to współczesna młodzież (bo obecnie młodzież zaczyna się ponoć już od 5. roku życia) otrzymuje w prezencie obiekty o wiele bardziej finezyjne. Na przykład gokarty. Albo konie wyścigowe. Telefony komórkowe czy laptopy to absolutne minimum i pasują rzekomo bardziej do mniej hucznych uroczystości, jak urodziny czy gwiazdka. Jeszcze gorzej, jeśli człowiek jest chrzestnym – wtedy bez wycieczki do Disneylandu albo konta oszczędnościowego z kwotą wystarczającą na zakup małego królestwa ani rusz. Pytanie, po co 9-latkowi koń wyścigowy?

R

R jak rożki. Kultowe lody, zaraz obok lodowych sandwichów Śnieżka, czy też Śnieżynka. Kosztowały mniej więcej złotówkę i nie musiały być firmowe – głównie dlatego, że w TV leciało o wiele mniej reklam i ludzie nie mieli tak wypranych mózgów. Dzisiaj można je jeszcze czasami dostać w małych sklepikach poza centrum miasta, ale na pewno nie kosztują już 1zł.

R jak Randka w ciemno – z Jackiem Kawalcem. I „Czar par” – rodzice uważali, że ten ostatni program leciał zbyt późno i nie pozwalali mi go oglądać. Więc czaiłam się boso w korytarzu, zaglądając przez uchylone drzwi do pokoju z telewizorem. Wymiana Jacka Kawalca na Tomasza Kammela w „Randce” odebrała programowi całą magię i pchnęła go na tory współczesności. Kończąc tym samym pewną erę.

S

S jak Scrabble. Lubiłam bardzo, chociaż wolałam Eurobusiness. Dzisiaj mam z tą grą problemy, bo nikt nie chce się ze mną bawić. Zawsze zaczyna się tak samo – przez kilka pierwszych razy przypominam sobie o co kaman i przestawiam myślenie, a potem idę jak burza. Jedyna osoba, która zawsze potrafi spuścić mi ciężki łomot, to moja przyjaciółka Gosia. Dlatego lubię grać z Gosią.

S jak siedzenie na murku. Nasz murek znajdował się naprzeciwko kościoła. Był to punkt zborny naszej paczki – w lecie wiadomo było zawsze, że ktoś tam siedzi. Czasami wyruszaliśmy stamtąd poszlajać się po dzielni, ale najczęściej siedzieliśmy po prostu, pijąc oranżadę i opowiadając sobie ploteczki. I tak to trwało właściwie do końca gimnazjum, kiedy zaczęły się już wśród nas pojawiać pierwsze pary, pierwsze papierosy, pierwsze wypite wspólnie piwo. Czasami zamawialiśmy na murek pizzę. Byliśmy solą w oku proboszcza. Badass company.Ś

Ś jak śmierć Mufasy. Nie obeszła mnie jakoś specjalnie, co sprawiło że rodzina zaczęła przyglądać mi się z niepokojem. Umarł król, niech żyje król! Wszystkie dzieci płakały – a ja nie. Poryczałam się za to na „Gdzie jest Nemo”, która to magiczna bajka wzrusza mnie do dzisiaj. Mufasa ostatnio powrócił w glorii chwały i wraz z syrenką Ariel stał się ikoną popkultury, przywoływaną często na FB i na okolicznościowych tiszertach.

T

Teczka z przyborami plastycznymi. Yay! Kto tego nie miał, naprawdę wiele stracił. Człowiek mógł się rozwinąć artystycznie, chociaż materiały z teczki nie grzeszyły jakąś niesamowitą jakością. Prawdopodobnie jedną z zalet tego zestawu miało być to, że dziecko sprzątałoby swoje gadżety do pojemnika, zamiast rozwalać je po całym pokoju. Cóż mogę powiedzieć – to nie działało.

lata 90. - tattwa

U

U jak USA. A raczej – paczki z USA, które przychodziły od ciotki, szczęśliwej emigrantki. Ja i moja siostra, biedne polskie dzieci, każdą paczkę komentowałyśmy radosnym kwikiem, rozszarpując między siebie zabawki, słodycze i ubrania, których u nas NIE BYŁO. Co ciekawe, do dzisiaj mam kilka t-shirtów, które ciotka wysłała na początku lat 90. Do dzisiaj nie mają żadnych dziur, mimo, że moja mama nosiła je przez długi czas, a obecnie ja w nich śpię. Zaskakujące, biorąc pod uwagę, że wczoraj odkryłam, że mój roczny t-shirt z Esprita ma po praniu dziurę na szwie.

V

V jak VHS. Czyli kasety wideo, i wycieczki do wypożyczalni, i wszystkie części „Rocky’ego”, które oglądałam z ojcem wieczorami. I „Dirty Dancing”, nagrany na kasetę, którą puszczałam raz za razem, aż do porzygu. Do dzisiaj mam w domu kilka VHSów, m.in. „Króla Lwa” i nie za bardzo wiem, co z tym zrobić…

W

W jak Wolfenstein. I Duke Nukem 3D. Wiadomo, przemoc. W pierwszej strzelało się na nazistów i ich psów, w drugiej – do bliżej nieokreślonych bestii, w genialnej (jak na tamte czasy) grafice. I grało się – oj, grało! Do dzisiaj jeszcze czasami ciągnie mnie, żeby odpalić na kompie jakąś przemoc i postrzelać do czegoś – zresztą, moi chłopcy usilnie mnie do tego namawiają. Kto wie, może kiedyś.

Z

Z jak zbieranie kasztanów. Nie wiem, czy ta moda trwa do dzisiaj, ale za moich czasów siedziało się na ostatniej lekcji jak na szpilkach – wraz z wybiciem ostatniej minuty wszyscy zrywaliśmy się z ławek i pędziliśmy pod kasztanowce, żeby zgarnąć najbardziej dorodne sztuki. Jeśli nie spadały dobrowolnie, pomagaliśmy im, rzucając patykiem albo kamieniem. Razem z Kath Frankie przynosiłyśmy do domu całe kilogramy, pozwalając im potem pleśnieć lub wysychać w wiklinowym koszu. Bo przecież o zbieranie tu chodziło, a nie o jakieś lamerskie ludziki. Zrywało się także jarzębinę, która służyła później do produkcji biżuterii artystycznej.

 

Wrocław, bejbe!
Co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to...