MOVE Showroom vol.2 w Krakowie. Demitologizacja.
Wrocław, bejbe!

Nigdy nie udawałam, że jest inaczej. Jestem uzależniona od komputera i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jestem też zdecydowanie zwierzęciem miejskim i stadnym – lubię samotność tylko wtedy, kiedy jest efektem mojego wyboru, czyli prawdopodobnie palnęłabym sobie w łeb, gdybym miała ochotę wyjść na piwo w piątkowy wieczór i nagle okazałoby się, że nie mam z kim. Odpukać.

Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko wsiom, lasom i łanom zbóż. Lubię wiedzieć, że gdzieś (oczywiście, w rozsądnym oddaleniu ode mnie) jest ta wieś i w każdej chwili mogę tam pojechać – a potem, oczywiście, wiać stamtąd czym prędzej.

Z tego powodu i te zdjęcia są w przestrzeni miejskiej, głównie dlatego, że zieleń drzew nie pasuje mi do włosów. A przecież o włosy tu chodzi. Dzisiaj pierwsza partia zdjęć, druga część po weekendzie – wybaczcie tę ilość, ale naprawdę mi się podobają.
7211598040_29413c95bb_b

Uprzedzając pytania – jak uzyskać taki efekt, odpowiadam od razu, że te włosy w realu mają odcień bardziej w klimacie My Little Pony, tzn. taki pastelowy błękit jak na zdjęciach całej sylwetki. Na zbliżeniach kolor wyszedł trochę bardziej intensywnie, bo było już dość ciemno, a poza tym na potrzeby słodkich foteczek podbarwialiśmy z Pawłem pojedyncze pasma cieniami do powiek Sleek (btw fajny patent) z palet Bad Girl i Acid. Ale owszem, taki kolor da się uzyskać. W tym celu należy:
– utlenić włosy prawie do białości, niszcząc je przy tym okrutnie i płacząc, że utleniacz swędzi jak cholera a nie można się drapać, bo niby jak;
– zafarbować na chłodny odcień blondu, lub – jak w moim przypadku – na siwo (Joanna Gołębi popiel);
– przygotować niebieską płukankę do włosów i zamiast płukać włosy, po prostu pochylić się i zanurzyć cały łeb w misce na kilka minut – czynność powtarzać przy każdym myciu;
– lub użyć tonera.

Naprawdę ważne jest, żeby przed nałożeniem tonera dokładnie usunąć żółty odcień – bez tego może Wam wyjść coś w klimacie ogona syrienki Arielki niż kucyka Rainbow Dash. Zresztą, co kto woli – ja chciałam kolor kucykowy. I mam. Nie zdecydowałam się na toner, bo wydałam pieniądze na papierosy i piwo, zatem farbka za prawie 30zł nie zmieściła się w budżecie. koszt farby Joanna – ok 5-6zł, koszt płukanki Celia – ok 7zł (wystarcza na min. 6 użyć przy dawkowaniu zgodnym z opisem na opakowaniu). Strzyże mnie jak zwykle Piotrunio i niech padnę trupem jeśli kłamię – nikt inny nie dotknie moich włosów.

7211584328_53fbbcdcdb_b

7211591888_a63350ff1e_b7211586856_a991fcc103_bOstatnio Venila naprowadziła mnie na dwa dobre posty – u Styledigger i na blogu Eve-r-Green. Jak wiadomo, raźno i ochoczo bojkotuję sieciówki kradnące projekty z wybiegów – chciałabym móc powiedzieć, że nie zaglądam w ogóle do takich sklepów, ale aż tak twarda nie jestem. Chociaż, w sumie, na autentyczne zakupy ciuchowe wypuszczam się maksymalnie 2-3 razy do roku, w sezonie wyprzedaży – zawsze bez pieniędzy, za to w wygodnych butach i z iPhonem w dłoni. Przez cały dzień oglądam, mierzę i fotografuję, najlepsze rzeczy odkładam w kasie, idę się przespać z całą sprawą, a jeśli rano jeszcze chce mi się zwlec leniwy tyłek i iść do sklepu specjalnie po tę jedną rzecz, wiem, że jest naprawdę fajna. W praktyce 90% ubrań kupuję przez internet. A właściwie powinnam powiedzieć „kupowałam”, bo chwilowo jestem na odwyku i w tym miesiącu skusiłam się tylko na świetną kieckę za 4zł (allegro). Czasami zaglądam do szmateksu (tak mówiła moja babka, moja matka, więc i ja tak będę mówić, a nie jakieś tam second-handy), ale…dobra, bądźmy szczerzy. Robienie zakupów to nie jest moja ulubiona zabawa. Poza tym, zwykle wydaję małe kwoty – za to często; gdybym miała do wydania jednorazowo np. 1000zł, dzikim pędem poleciałabym kupić sobie nową płytę główną, procesor i kilka zabawek do mojego kochanego misia pysia (mowa o komputerze) – ewentualnie pojechałabym w jakieś fajne miejsce.

W efekcie wiele moich ubrań to dzieci spontanu – kupione na jakiejś wyprawie albo wypatrzone przypadkiem podczas szlajania się po mieście. Dzisiejszy post jest w 100% wolny od H&Mu i Zary, co – mam wrażenie – jest spotykane coraz rzadziej. W tym własnie momencie wychodzi ze mnie typowa pusta baba – nie lubię mieć ubrań „takich samych jak wszyscy”. Nie po to gardłowałam przeciwko mundurkom w szkole, żeby teraz wciskać się w nie dobrowolnie. Gdyby było inaczej, zostałabym harcerką. Albo zatrudniłabym się w wysysającej duszę korporacji.

7211852382_c8725f76eb_b

7211581550_57fe9caeb6_b

7211588984_abc026afdc_b

Wiadomo, niektórym nie przeszkadza to, że w autobusie jedzie druga dokładnie taka sama kurtka, jaką mamy na sobie. Kwestia nastawienia. Ja po prostu jestem wrogiem uniformizacji. I nie ma to nic wspólnego z modą. Podobnie jak Styledigger, mam w szafie swoje ukochane rzeczy, z którymi nie chciałabym się rozstać – i chyba żadna z nich nie pochodzi z sieciówki. Nie tylko z powodu szemranej jakości tych ostatnich – mimo, że nie jestem sentymentalna, pamiętam ile wysiłku kosztowało mnie znalezienie niektórych z tych przedmiotów. Jak długo musiałam na nie oszczędzać lub też ile czasu spędziłam w poszukiwaniu dokładnie tego, o co mi chodziło. Lub też – jakie niesamowite szczęście miałam, znajdując coś tak fantastycznego w niskiej cenie.

Czarną satynową koszulę z Banana Republic znalazłam kiedyś w szmateksie – nie była aż tak tania jak powinien być używany ciuch, ale zaszalałam i mam. Niesamowicie trudna w pielęgnacji, po każdym praniu przyprawia mnie o zawał serca przechodzący w napad szału przy prasowaniu. Nietypowe spodnie LitFashion, o długości zabójczej dla moich nóg (dlatego podwijam, ha!), za to z fajnymi płetwami na wysokości ud, ustrzeliłam jesienią podczas otwarcia nowego sklepu IdeaFix na ul. Bocheńskiej w Krakowie – polecam to miejsce, mają naprawdę sporo fajnych rzeczy. Buty, o których już kiedyś pisałam, upolowałam w londyńskim TkMaxxie jeszcze za czasów, kiedy tych sklepów nie było w ojczyźnie, za szaloną kwotę 20 funtów, co jest naprawdę fajną ceną jak na najwygodniejsze (i skórzane!) szpilki w moim życiu – dwa tygodnie temu byłam w nich na weselu i mimo, że zabezpieczyłam się, targając ze sobą zapasowe buty na niższym obcasie, przetańczyłam w nich całą noc. Żelowe wkładki Scholl, alleluja i do przodu. Z torbą mam natomiast mały problem – kocham ją miłością wielką i namiętną (ostatecznie przez tydzień jadłam tynk ze ścian, żeby ją kupić – a i tak udało mi się ustrzelić ją na wyprzedaży z 50% zniżką), ale rzadko mam okazję ją nosić. Jak się zapewne domyślacie, nie biegam radośnie w takich butach codziennie – ja wiem, że są takie, które biegają, ale ja po mieście chodzę głównie pieszo i z obciążeniem (bo w torbie mam, jak prawdziwa kobieta, cały dobytek), a po kilku kilometrach KAŻDE szpilki stają się narzędziem tortur. Niby do wszystkiego można przywyknąć, ale ponoć był kiedyś taki facet który chciał odzwyczaić osła od jedzenia – i byłby go odzwyczaił, tylko że osioł wziął i zdechł. Problem z torbą polega na tym, że jest naprawdę ogromna i przy wzroście 165cm w płaskich butach wyglądam z nią jak przedszkolak z workiem na kapcie. Z bólem serca zostawiam ją zatem tylko na okoliczności zawierające element lansu i dyskretną nutę dekadencji.

PS – jeśli chcecie polubić Pawła na FB, nie krępujcie się: Paweł Herman Photography

7211600232_66ea7081f7_b


MOVE Showroom vol.2 w Krakowie. Demitologizacja.
Wrocław, bejbe!