My little pony. 100% H&M free.
It's so 90's!

Dwóch rzeczy tu na pewno nie będzie – zastępowania nazwy miasta jakimś „Wroclove” i tych kłódek miłosnych, co to są tam gdzieś ponoć poprzypinane. Gdyż, wybaczcie państwo, jedno i drugie mierzi mnie z powodu przekroczenia granicy kiczu i dobrego smaku. Analogiczne kłódeczki mamy też w Kraklove na kładce i przyznam, że nie chadzam tamtędy specjalnie często bo mi nie po drodze, a nie widzę w owych kłódkach nic specjalnie fajnego ani stylowego. I to wszystko pomimo faktu, że ostatnio za sprawą moich magicznych przyjaciół patrzę na sklejone ze sobą pary bez uczucia obrzydzenia i dopuszczam nawet myśl, że może mnie tez na starość przydarzy się coś w tym stylu, kiedy tylko znudzi mi się moje hulaszcze życie. Na co się na razie nie zapowiada. Ale do meritum.

1

Bardzo długi weekend majowy, który wciąż jeszcze trwa, spędziłam częściowo na występach gościnnych we Wrocławiu. Bo to fajne miasto jest. I bawiłam się przednio, głównie hasając na zielonej trawce po Ostrowie Tumskim i Biskupinie, spożywając na świeżym powietrzu posiłki i nie tylko. Po raz kolejny powtarzam, że moim ukochanym miejscem we Wrocławiu jest Galeria Awangarda, do której polecam zajrzeć w środę, bo wtedy wstęp jest za darmoszkę. W tej chwili można tam m.in. obejrzeć fajny film o voodoo haitańskim, sporo rowerów w różnych odsłonach (np. animację o rowerze Hofmanna – tak, dzieci, tego od LSD) oraz wyjebany w kosmos obraz z jednorożcem. Zatem wiecie, polecam – ja się jaram. Jak pochodnia. Ach, i jak zobaczycie taki stosik zwiniętych w rulon plakatów oraz stertę gazetek – to nie jest instalacja. To jest do kupienia – i warto kupić (za złotówkę od zestawu plakat + gazetka). Bo, jak wiadomo, problem ze sztuką współczesną polega na tym, że człowiek nigdy nie wie czy to kosz na śmieci czy jakieś dzieło za grube miliony. Ja na przykład przegapiłam w MOCAKu rzekomo słynną apteczkę Sasnala (i wcale nie naprowadził mnie fakt, że apteczka na kolumnie na środku sali to trochę zaskakujący widok) i wcale się tego nie wstydzę. Zresztą – szału nie było, mnie tam Sasnal nigdy jakoś specjalnie nie rajcował.

Lubię Wrocław, nawet pomimo faktu, że rezyduje tam mój ojciec, który nie jest specjalnie fajnym gościem i mimo tego, że zaliczyliśmy tym razem napad z pobiciem. To znaczy, na nas napadli. W efekcie spędziłam we wtorek 4 godziny na komisariacie + dodatkowa godzina w środę. Mam jedynie nadzieję, że złapane skunksy zgniją w ciemnych lochach czy coś. Gdyby nie ten przykry epizod, wyjazd byłby perfekcyjny, ale ostatecznie – czymże byłyby wakacje bez adrenaliny?

Tym razem wyjątkowo mało słów, dużo obrazków – niektóre obrazki reprezentują jakość wybitnie podłą, bo zostały zrobione ajfonem i to nie tym najnowszym. Wybaczcie. Kolejność totalnie sprzeczna z chronologią wydarzeń, aczkolwiek nie do końca przypadkowa.

biskupin
rower

Frankie

wro3
2
IMG_0646

jasińska
unicorn

wro

wro2

nogi

me

obraz

1

oni

 

My little pony. 100% H&M free.
It's so 90's!