Telemaniak. Jak odchamić się latem vol. 4.
Code blue. Role model.

Dupa ze mnie, nie fashion blogger – tak sobie myślę, porównując się do standardów. Bo ostatnio naszła mnie myśl, że może fajnie byłoby poznać osobiście jakieś blogerki, zbratać się nieco i podłapać jakieś nowe koleżanki, bo u mnie panuje wieczny deficyt koleżanek. Sami kumple. I to jest fajne, owszem, bo i piwo otworzą o blat stołu, i ogień podadzą kobiecie w potrzebie, i mam komu zwisać z ramienia kiedy przedzieram się w obcasach przez krakowskie bruki. I za każdym razem, kiedy wracam od rodziców, dzwonię spod drzwi do klatki schodowej po moich dzielnych mężczyzn, aby wykazali się tężyzną fizyczną i wnieśli moją walizkę, która waży czasami w przybliżeniu tyle co ja. Czyli niemało.

photo by Karolina Rejdych Photography

Ale z drugiej strony, jeśli chcę pogadać o ciuchach, trendach i kosmetykach, to mam tylko Gosię, która mieszka w Zakopanem, a telefon ma to do siebie, że nie widać obrazków. I powstaje problem, bo ja nienawidzę Skype, a Gosia wciąż patrzy nieufnie na FB, mimo, że zmusiłam ją przemocą do założenia konta. Dlatego moich odzieżowych jęków wysłuchuje głównie fotograf mój ukochany Paweł, za co chwała mu i cześć. Bo koleżanki moje, z którymi czasami (ostatnio coraz rzadziej, niestety) wypuszczam się w miasto na lanczyk, są chętne do dyskusji, owszem, o ile ta dyskusja dotyczy czegoś ciekawego – np. problemu kary śmierci. Albo dychotomii dobra i zła, ewentualnie jakiejś fajnej koncepcji, dajmy na to, Ricoeura. I jest fantastycznie, ale to próżne dziewczę we mnie czasami też ma ochotę pochichotać i pogadać o tym, jakież to kolory są trendy w obecnym sezonie.


I tu rodzi się problem. Bo po pierwsze – w przeciwieństwie do większości blogosfery (takie mam wrażenie) nienawidzę kawy. I szczerze mówiąc, setki słodkich foteczek kawusi z pianką i usypanym na niej wzorkiem, jakie przewijają się przez moją tablicę na FB, dziwią mnie nieodmiennie. Ale może to ze mną jest coś nie tak, bo zdjęcia rozkosznych bobasów też we mnie nie budzą specjalnych emocji. Po drugie – mam wrażenie, że większość blogerek wpiernicza jedynie muffinki, z rzadka przegryzając pancake’ami (bo stary, dobry naleśnik wyszedł z użycia). Do tego ta kawa, pewnie też na słodko. Bogowie! Nie wiem co musiałoby się stać, żebym zjadła takiego muffinka zabarwionego na zielono nie wiadomo czym (zakładam że jakąś chemią, ale pewnie znowu się mylę), ale myślę, że ta sytuacja zawiera w sobie jakieś mocne liny i Iwana, który wpycha mi to przemocą do gardła. Fajnie te babeczki (sorry, nie babeczki – MUFFINKI) wyglądają, ale patrząc na nie, widzę jedynie szczytowe osiągnięcia sztuki operowania konserwantami, a nie produkt spożywczy. W dodatku nie wiem czy byłabym w stanie zjeść coś, co zawiera dawkę cukru zdolną powalić konia, skoro nawet czekoladę jem tylko gorzką (Lindt, min. 70%). Cukrowy wyjątek robię tylko dla Coca-Coli (od święta, bo nie stać mnie na takie luksusy) i Milki (od naprawdę wielkiego święta). Zawsze lubiłam też lody, ale odkąd do gry weszły mrożone jogurty, nie waham się ani chwili. 

Reasumując, dla mnie opcja fajnego wypadu to raczej piwo w pubie, papierosek i dobra szama na mieście, np. coś z dużą ilością zieleniny i kurczakiem – a nie impreza pod hasłem: cukier, cukier, cukier. W ogóle to niesprawiedliwe jest – jestem wrogiem cukru do tego stopnia, że posłodzoną podstępnie herbatę czy piwo z sokiem wypluję bezczelnie do najbliższego zlewu. Nie, że dieta, czy coś – po prostu nie lubię. A dookoła mnie blogerski świat opycha się łakociami, przy czym wszyscy noszą rozmiar 34, max 36. GDZIE JEST SPRAWIEDLIWOŚĆ, ja się pytam? 

Nie, nie ma w tym frustracji, wbrew pozorom. Po prostu wszystko to sprawia, że perspektywa pójścia na blogerską kawę napawa mnie przerażeniem. Bo ja mam paskudne poczucie humoru, nie znoszę Kuby Wojewódzkiego i Rihanny (Boże, uchowaj), nie ubieram się w H&Mie i Zarze, dostaję dreszczy na dźwięk słowa „biżu” i czasami mam ochotę wyjść po prostacku NA FAJKĘ, jak to się mówi poza salonami. Czyli tam, gdzie lubię funkcjonować na co dzień. Poza tym, jeśli ktoś mnie pyta, czy go kiecka pogrubia, a pogrubia, to mówię wprost – no, pogrubia. Bo zakładam, że na proste pytania są równie proste odpowiedzi, a mama mnie uczyła, że brzydko jest kłamać. 

Nie owijamy w bawełnę – pomijając moje rzadkie ciągoty do burżujstwa, bliższe mi są klimaty żulerskie. A nawet jeśli już idę na lans, to popijam Mojito albo Jamesona w wersji dla prawdziwych mężczyzn, czyli bez dodatków, a nie Pinacoladę, Sex on the Beach czy inne słodkie świństwo dla lasek. Szydzę nieustannie z moich chłopców, że piją piwo dla panienek, jakieś Reddsy czy miodowe wymysły i jeśli zepsuje mi się komputer (sam, oczywiście), wołam o pomoc dopiero wtedy, kiedy siedzę już nad jego rozbebeszonymi wnętrznościami ze śrubokrętem w dłoni i po wykorzystaniu dostępnych mi opcji stwierdzam, że problem przerasta moje umiejętności.

Po co ja to właściwie piszę – oto jest pytanie. Bynajmniej nie po to, aby podkreślić że jestem niesamowicie super w przeciwieństwie do tabunów pustych, plastikowych lasek. Bo z jednej strony wiem, że jestem w dechę, a z drugiej – bywam też cholernie pusta. Bo mogę. I wychodzę z założenia, że z ludźmi, którzy są intelektualistami 24h/ dobę, po prostu nie da się wytrzymać. Wiem to, bo kiedyś strasznie dbałam o zachowanie takiego wizerunku i byłam naprawdę nieznośna. Co do żeńskiej części populacji – cóż, po prostu nie dogaduję się z bardzo dziewczęcymi dziewczętami. Może dlatego, że w moim świecie zwiewna, romantyczna dziewczęcość to coś, co przytrafia się innym. Jak rzeżączka, dajmy na to. Na potrzeby tego zjawiska stworzyliśmy kiedyś ze znajomymi przy piwku teorię Paulinki. Nie żebym była złośliwa. No, może troszkę.

W realu jestem – przynajmniej tak myślę – naprawdę sympatycznym człowiekiem. Może tylko za bardzo bezpośrednim i do bólu szczerym. A to nigdy nie przysparza fanów. Zwłaszcza żeńskiej proweniencji – i może właśnie dlatego wolę męskie towarzystwo. Bo jeszcze żaden facet nie obraził się na mnie z powodu riposty czy żartu. A jeśli mam do wyboru – uważać na każde słowo i obchodzić się z kimś jak ze śmierdzącym jajkiem czy skasować czyjś numer z komórki, w tym właśnie momencie łapię za telefon.

Ale tak w ogóle – to żartuję. Wszystkich lubię. Peace & love.

A jeśli jesteście z Krakowa i macie chwilę czasu w sobotę, zajrzyjcie do Portobello na Józefa – z okazji otwarcia nowego lokalu odbędą się tam Targi Vintage

Portobello Butik Opening 

TARGI VINTAGE 


Oryginalne ciuchy vintage & retro od połowy lipca dostępne także na Kazimierzu.
Kiedy? 14 lipca, godz. 12- 21
Gdzie? Ul. Józefa 11
Wystawiać się będą :
– Marmalade Clothing www.marmalade-shop.com
Dodatkowe atrakcje na miejscu:
* wegetariańskie przysmaki prosto spod noża kolektywu: 
Foodaua (http://foodaua.blogspot.com/) i knajpy
* coś miłego dla uszu wprost z deków Dubsknit’a, który na co dzień gra w klubie Dobre Bity
* stylistyczne porady od specjalistów z salonu stylizacji Avant Apres
* słodkości w postaci tradycyjnych polskich łakoci od Bombonierki (https://www.facebook.com/SklepBombonierka),
a wszystko to w otoczeniu mebli z lat 60. oraz 70., które zapewni sklep Miejsce (http://www.facebook.com/miejsce.sklep)
Poszerz horyzonty swojej szafy!
Jeśli twoja szafa jest smutna z powodu ciuchów, które nie leżą idealnie, a lustro mówi Ci, że przydałaby się zmienić to i owo, aby nadać im świeżości i blasku, próbowałeś już wszystkiego i nawet pranie w Perwoll’u nie pomaga, rada jest tylko jedna – PRZYNIEŚ JE DO NAS!
Skroimy, przytniemy zwęzimy, a nawet doszyjemy, a wszystko po to, by każde spojrzenie na ulicy było skierowane właśnie na Ciebie!


Serdecznie zapraszamy!


Telemaniak. Jak odchamić się latem vol. 4.
Code blue. Role model.