Być kobietą, czyli muffinki i pancake'i z latte.
NIE JESTEM MARTFA. Jak odchamić się latem vol. 3.

W dzisiejszym odcinku – trzy kolory: niebieski. Z cyklu: „hasam”. Tym razem nie po łanach pszenicy, a po mieście. Jako, że mój włos niebieski nie jest bynajmniej dziełem natury i trzeba nad nim pracować, w obliczu pustej butelki po płukance i paskudnego odrostu stanęłam przed wyborem: co dalej? Z jednej strony znudziłam się już tym kolorem i sądzę, że czas na zmiany, z drugiej – do połowy pełna buteleczka z niebieskim tonerem, podarowana przez Porzeczkę, który sam przechodził niedawno okres błękitny. Jak prawdziwa Polka i pani domu, nie mogłam znieść myśli, że coś się ma zmarnować, więc niewiele myśląc złapałam za opakowanie i wylałam sobie jego zawartość na łeb. I w tym miejscu mam dla Was kilka rad. Po pierwsze, NIGDY nie nakładajcie tonerów gołymi rękoma, bo cholernie ciężko je domyć. Zwłaszcza z paznokci, które potem trzeba pomalować na niebiesko, bo wyglądają jak u trupa po tygodniowym namaczaniu w rzece. Po drugie, raczej nie róbcie tego, jeśli nie macie możliwości, żeby zobaczyć w lustrze, czy robicie to równomiernie. Po trzecie, obliczcie ile potrzebujecie tego magicznego specyfiku w stosunku do ilości i długości włosów. Bo potem jest naprawdę mało śmiesznie.

Tak naprawdę, to wiem jak POWINNO się to robić, żeby wyglądało dobrze. Tylko nie zawsze chce mi się o tym myśleć. I efekty są, jakie są. Zabawne jest też uczucie, kiedy człowiek chce sobie wyprostować włosy przed wyjściem, a nagle przypomina sobie, że przecież nie ma prostownicy, bo cały rok jechał na tej pożyczonej od współlokatorki, która się wyprowadziła. A na głowie ma oczywiście radosny nieład, łagodnie mówiąc. Dlatego właśnie moje włosy na zdjęciach żyją własnym życiem i nie pomagają mi w nędznych próbach zrobienia z siebie pastelowego dziewczątka.

Lubię niebieski. To chyba widać. Założyłam, że skoro już poszalałam z tonerem, grzechem byłoby nie dowalić niebieskiego po całości, skoro w mojej szafie jest rzeczy w tym kolorze prawie tyle samo, co czarnych. Poza tym sukienka z Esprit to jeden z moich ukochanych ciuchów i mimo ceny (a tania nie była, o zgrozo) nie żałuję ani grosza, który na nią wydałam. Tak naprawdę, to chyba jedyna sukienka, w której naprawdę chodzę, a ze względu na pogodę – ostatnio coraz częściej. Buty natomiast kupiłam kiedyś pod wpływem myśli, że chciałabym mieć buty Scholl, bo ponoć czynią cuda i w ogóle überdoskonałość. Trochę się na to naczekałam, bo Scholl zwykle ma wyjątkowo paskudne wzory, ale te mieściły się w mojej interpretacji słowa „spoko” – i naprawdę się z tego cieszę. Gdyby ta firma miała więcej modeli, które by mi odpowiadały, kupowałabym buty chyba tylko tam, na zmianę z Caprice i Geoxem. Uwielbiam. Zwłaszcza to uczucie, kiedy zdejmuję je po całym dniu i bez problemu mogę jeszcze założyć szpilki i iść na melanż. A skoro już tak jesteśmy przy ciuchach i dodatkach, pochwalę się, że dżinsową kurtkę z Levis’a złapałam w szmateksie za szaleńczą kwotę jednego złotego polskiego. To lubię. Zawsze chciałam mieć kurtkę Levis’a, ale jakoś dziwnym trafem zwyciężał zdrowy rozsądek i niechęć do wydania na ciuch 400zł i przeniesienia się w konsekwencji na jakiś czas pod most. Może trochę przesadzam. Ale o ile na buty byłabym pewnie w stanie rozwalić pieniądze przeznaczone na czynsz, to chyba jednak ta kurtka nie była dla mnie aż tak ważna.


Jesteśmy ludźmi, przed którymi ostrzegali nas rodzice – głosi strona na fejsie, a ja z rozbawieniem uznaję słuszność tego stwierdzenia. W południe, kiedy siedzę na parapecie kuchennego okna z papierosem, zagraniczne wycieczki przechodzące pod moimi oknami robią mi zdjęcia – trudno powiedzieć, czy tak bardzo fascynują ich tubylcy, czy naprawdę wyglądam dziwnie. Nie jestem wzorem do naśladowania – ale odpowiada mi ten stan. Bo nie lubię wzorów do naśladowania. Nigdy nie szukałam autorytetów, z których zdaniem mogłabym się liczyć, nie miałam nic przeciwko szarganiu świętości i obalaniu powszechnie przyjętych prawd. Był okres, kiedy rozpaczliwie potrzebowałam mentora, ale ostatecznie jakoś sobie poradziłam – może dlatego tak rzadko mówię o kimś jako o wzorze do naśladowania i nie mam listy 10 ikon mody, które chciałabym naśladować.


Jestem jaka jestem. Kochajcie mnie. Albo nie.


P.S. – ta torebka to taki trochę żart, nie traktujcie jej ze śmiertelną powagą.

Być kobietą, czyli muffinki i pancake'i z latte.
NIE JESTEM MARTFA. Jak odchamić się latem vol. 3.