Follow dowolny dzień tygodnia. Wtorek.
Być kobietą, czyli muffinki i pancake'i z latte.

photo by Karolina Rejdych Photography

Chłopcy przyciągnęli już do mieszkania wzmacniacz i gitary elektryczne. Po roku hip hopu oraz klimatów silnie alternatywnych przychodzi era rocka i metalu. I czasami TSA śpiewanego do gitary, w kuchni, przy papierosie i piwie. Tak. Bo tylko zespołu metalowego brakowało mi do szczęścia w chałupie. Ale tak serio – to się cieszę. Lubię zmiany. Powoli zasiedlamy podgórskie kamienicy własnymi znajomymi, w promieniu 50 metrów mamy około sześciu zaprzyjaźnionych kwater, a z miesiąca na miesiąc widzę coraz więcej znanych twarzy w różnych rejonach dzielnicy. Tajest!, jak mawia moja siostra. Skolonizujemy Podgórze!


Ostatnio oglądam sporo filmów. Opadł ze mnie stres związany z uczelnią (mwahahaha) i nareszcie mogę się wyluzować. Załatwiam zaległe sprawy, odnawiam kontakty, dużo siedzę przy komputerze, trochę piszę, trochę pracuję, czytam. I oglądam zaległe filmy, które już dawno chciałam zobaczyć (oczywiście jestem 100 lat świetlnych za resztą świata), a jakoś nie miałam na to czasu albo głowy. Ale ostatnio staram się obejrzeć przynajmniej jeden dobry film dziennie – czasami po przebudzeniu, niekiedy wieczorem. Zwłaszcza gdy, tak jak teraz, pogoda zniechęca mnie do wyjścia na nocny patrol po mieście.

[uwaga spoilery]

1. Przed chwilą skończyłam oglądać „O północy w Paryżu” i…nic. Miałam ogromne oczekiwania wobec tego filmu – może to właśnie to przeważyło? Nie jestem zachwycona. Film ma coś w sobie, jest pięknie zrobiony (nie wiem, czy realistycznie, nie znam się) i ogląda się przyjemnie, ale jest też…czy ja wiem…nachalny? To słowo przewijało mi się przez czaszkę podczas całego seansu. Wszystko tu jest oczywiste – on, niezrozumiany romantyk, idealista z wrażliwą duszą, marzyciel i ona, rozpieszczona, próżna, snobistyczna i przyziemna. Białe i czarne. To, że do siebie nie pasują, widać od pierwszych dwóch minut filmu i widz tylko niecierpliwie czeka na powód, aż coś porządnie trzaśnie. Jest też druga ona, która jest wszystkim czym nie jest pierwsza i do tego ma fajną kieckę i opaseczkę i w ogóle jest taka retro. On też jest retro, ale bardziej w duszy, więc się nią jara. Problem polega na tym, że ona nie rozumie, że jest retro i chce być jeszcze bardziej, i że lepiej by jej było w wielkiej sukni z trenem. A do niego dociera, że trawa zawsze wydaje się być bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma i w ogóle śmierć to nic strasznego, zatem rzuca snobistyczną narzeczoną, podrywa normalną, nie-retro ale klimatyczną laskę i zabiera ją na kawę. Ot, tyle. Do tego przesłanie każdej sceny wytłumaczone łopatologicznie poprzez masowo wprowadzone postaci, których interpretacje nie we wszystkich przypadkach przypadły mi do gustu. Taki Dali. Bogowie! Dali! TEN Dali! Po pierwsze – Aldrien Brody. No proszę ja Was. Facet kojarzy mi się – przepraszam – jedynie z filmami o obozach koncentracyjnych i nie ma w tym ironii, w „Pianiście” naprawdę mi się podobał. Być może jestem psychofanką Dalego, ale po przeczytaniu jego pamiętników i przekopaniu ton materiału na tematy około-dalijskie miałam całkowicie inny jego obraz w głowie. Wiem, że to rekonstrukcja, interpretacja, ale Dali Brody’ego rozdrażnił mnie i trochę zniechęcił. Podobnie zresztą Toulouse-Lautrec. Wydaje mi się, że film bardzo skorzystałby, gdyby oldschoolowych postaci było mniej, za to sylwetki były bardziej pogłębione. Ale co ja tam wiem. Żałuję, bo naprawdę lubię kino Allena i nastawiałam się na coś zaskakującego – z nowszych jego filmów zachwyciły mnie kiepsko oceniany „Scoop” i obłędna „Vicky Cristina Barcelona”. W „O północy w Paryżu” rozczarowało mnie właściwie wszystko, oprócz technicznego wykonania. Paryż Allena jest śliczny, kolorowy, błyszczący i w ogóle słodycz. Tylko trochę za dużo tej słodyczy – a pastelowe postaci nie wnoszą za wiele do historii i wyciągają banalne wnioski. Mam wrażenie, że o ile „Vicky Cristina Barcelona” była – jak mówili krytycy – wycieczką Allena do świata Almodovara, to „O północy…” próbuje tego samego, tyle że z kinem francuskim (którego nie znam na tyle dobrze, żeby zaryzykować ew. do kogo mógłby odnosić się Allen) i próbuje oddać jego lekkość, klimat i urok. I właśnie chyba uroku tu brakuje. Kokieterii. Miała być magia, a wyszła prostolinijna (czy nawet prostoduszna historia) o odnalezieniu sensu życia. 
Allen jest reżyserem tej klasy, że nie musi już starać się z filmu na film udowadniać swoich umiejętności. Nie musi – ale mógłby. Być może „O północy w Paryżu” nie miało być w założeniu kinem ambitnym, a właśnie tym, czym jest – kolorową, śliczną bajką na dobranoc, wywołującą nostalgiczny uśmiech? Być może. Ale wciąż wydaje mi się, że można było zrobić to lepiej. Zwłaszcza nazywając się Woody Allen.



2. Daruję sobie szczegółową opinię o „To tylko seks” (chociaż do obiadu ujdzie w tłumie), bo – wiadomo. Hamerykańska komedia romantyczna z dużą ilością wyszczerzonych w głupawym uśmiechu zębów i całym tym splendorem, pięknymi i bogatymi ludźmi żyjącymi w cudownym mieście New York, którzy – o Boże! – rozpaczliwie łakną miłości, ale coś ich powstrzymuje, chcą, ale się boją, nie chcą ale muszą! Co roku powstaje ze sto takich filmów, a przynajmniej takie mam wrażenie, patrząc po repertuarach kin. Dobrze przynajmniej, że Meg Ryan nie grywa już 20-latek. 
Obejrzałam też „Rango” „Rio” – pierwsze jest przynudnawe, na siłę śmieszne i z niejasną grupą docelową, a drugie to słitaśna bajka dla dzieci. Taka kolorowa i ślyczna, chociaż trochę sporo dekoltów i nagich brzuchów. A stąd, jak wiadomo, już krótka droga, żeby diabeł zaczął się Tobą interesować. Albo, żeby coś zaczęło się dziać, wiedz to.
Zatem – do meritum. „Czarny łabędź”. Byłam do tego filmu nastawiona bardzo negatywnie. Głównie dlatego, że wszyscy dookoła tam się nim jarali, że aż mnie odrzucało. A teraz żałuję, że zwlekałam tak długo. Nie przepadam za Natalie Portman i za baletem, a nie oglądałam wcześniej żadnego filmu Aronofsky’ego (tak, nie widziałam „Requiem dla snu”, to a propos ogromnych moich braków na liście „Przeczytane i oglądnięte”, o których mówiłam ostatnio), ale jestem sceptycznie nastawiona do reżyserów, o których obrazach mówi się  „szalony”, „psychodeliczny” czy „schizofreniczny”. Bo zwykle w realu to straszna bieda jest. Ale tym razem na pewno sięgnę po inne jego filmy, bo jeśli „Łabędź” jest tylko przedsmakiem jazdy, jaką funduje Afonofsky (jak twierdzą moi znajomi), to ja jestem jak najbardziej za. Nie zachwyciła mnie Mila Kunis, ale ona nigdzie mnie nie zachwyca, zwłaszcza w poważniejszym repertuarze, kojarzy mi się tylko z laską w obcisłych dżinsach żującą zawadiacko gumę pod blokiem. Ale Portman – niesamowita. Odpowiednio neurotyczna, po części do bólu infantylna, po części – przerażająco zdeterminowana. Idealna, zdystansowana, sztuczna. Popadająca stopniowo w coraz większy obłęd, powoli tracąca kontakt z rzeczywistością. I matka. Dziwna, trochę straszna (w sensie creepy), momentami niestabilna emocjonalnie, tworząca z córką zastanawiającą i niepokojącą więź. Na tym tle – taniec. Którego ocenić nie jestem w stanie, ale pozostaję pod wrażeniem. 
„Czarny łabędź”, określany jako dramat psychologiczny, wywołał we mnie większe napięcie niż wiele thrillerów. Jestem wgnieciona.




3. George Clooney po raz pierwszy, czyli „Spadkobiercy”. Mamy tu wszystko, czego potrzeba do osiągnięcia katharsis – człowiek sukcesu powalony dramatem rodzinnym, żonę w śpiączce (za to z bogatą przeszłością) oraz dwie trudne córki, jedną zagubioną w meandrach dziecięcego życia jak jadący samochodem turysta w Warszawie (brawa dla Was za oznakowanie miasta, szacun), a drugą lekko przyćpaną (ponoć po odwyku). A w tle – Hawaje. Hawaje! Mam wrażenie, że ta historia nie sprzedałaby się tak dobrze, gdyby nie one. Ale ostatecznie – są i wypadają niesamowicie. A George Clooney, który nigdy nie był moim ulubionym aktorem, nagle staje się niebywale interesujący. Może to tak, jak mówiła moja mama, że do Clooney’a się dorasta? Ale pomijając to, komu się boski George podoba, a komu nie – jako pchany imperatywem ojciec rodziny, rozwiązujący konflikty z potomstwem wypada naprawdę przekonująco, chociaż mam wrażenie, że ze starszą córka poszło mu nieco za łatwo. Podejrzanie łatwo. 
To nie jest bardzo trudny film i zwykle trochę drażni mnie wciskanie takich melodramatycznych historii w kino masowe, popowe – bo szansa na to, że wypadną łzawo i tandetnie, jest naprawdę ogromna. Ale tutaj kupuję całość. Może to Hawaje, może zaczyna na mnie działać legendarna magia George’a Clooney’a, a może to ta scena, kiedy ojciec żegna się z pogrążoną  w śpiączce Elizabeth. Bo ja się wówczas popłakałam, a filmy, którym udaje się sprowokować mnie do tej jakże rzadkiej w moim przypadku reakcji, mają ode mnie z marszu serduszko na Filmwebie. Nawet, jeśli nie odkrywają Ameryki. Bo przecież zawsze jest jakaś przyszłość.



4. George Clooney po raz drugi. Bo „Idy marcowe”. Bez serduszka, ale dalej jestem „za”. Boskość aż się wylewa z ekranu, bo trochę jest boskiego George’a i bardzo dużo boleśnie boskiego Ryana Goslinga (w tym miejscu fanki zdejmują biustonosze). Słowem – prestiż. Pojedynek wizualnych gigantów. Czyli film dla mamy i dla córki. Ale tak serio – to podoba mi się. Jest intryga, ale na poziomie bardziej psychologicznym, nie do końca dosłownym. A Ryan Gosling zmienia się nie do poznania z idealisty z wizją w cynika. Można odebrać to jako gorzką refleksję na temat polityki jako takiej, można skupić się na grze umysłów, jaką prowadzą między sobą bohaterowie w przestrzeni, gdzie zaufanie nie może być opcją. A, i chyba jest tam Ryan Gosling z gołą klatą. Zatem warto zobaczyć.
Podobnie jak w przypadku „Spadkobierców” – to nie jest trudne kino. Ale czy dobre kino zawsze musi być trudne?



5. Wisienka na torcie. „Iron Sky”. Można albo pokochać, albo znienawidzić. Ale w kategorii pastiszu to chyba najlepszy obraz, jaki widziałam. Sięga granicy absurdu, która momentami naprawdę mnie zaskoczyła. Bo powiedzcie sami – co to za pomysł na film: naziści, ukrywający się od czasów II wojny światowej na Księżycu wracają, aby podbić Ziemię i przywrócić nazizm. Z taką fabułą można było zrobić tylko dwie rzeczy: twór kina klasy Z albo genialny obraz porażający groteską. I jak dla mnie, Finowie poszli zdecydowanie w tę drugą stronę. „Iron sky” wymaga od widza automatycznego wyłączenia zdrowego rozsądku i poddania się absurdowi, który bardzo celnie wskazuje, z czego tak naprawdę szydzi reżyser. Bo policzek tak naprawdę nie jest wymierzony w zakonserwowanych w pozostałościach Rzeszy nazistach z kosmosu, tylko w politykę międzynarodową. Z naciskiem na USA – bo przecież wiadomo, że każdy statek obcych i każda zagłada ludzkości tu właśnie zbierają najpierw żniwo. God, bless America. Z drugiej strony – naziści, wyeksploatowani w kinie pod prawie każdym względem. Ale tego jeszcze nie było, a widz oczekuje nowości. 
Film kiepsko przyjął się w Polsce. Trudno powiedzieć, dlaczego. Mam wrażenie, że wielu spodziewało się kapiącej od efektów specjalnych a’la Hollywood i masowej rozpieprzanki laserami w kosmosie. I specyficznego amerykańskiego sposobu obrazowania w stylu „jesteśmy superhero-maczo-męscy, pomrzemy za ojczyznę jak Bóg da i chodźmy napieprzać tych ufoli”. Ironizuję. Ale napaliłam się na ten film przede wszystkim z powodu kraju produkcji. Nie znam innych fińskich filmów i nie mam pojęcia o ichniej kinematografii. I to, na co czekałam najbardziej, to odmienna od amerykańskiej wizja kina sci-fi z przymrużeniem oka. Nie byłam rozczarowana. A fińskie kino naprawdę przykuło moją uwagę.


6. To był fajny wieczór. Poszliśmy z Bartkiem na chińskie żarcie, zahaczyliśmy o Żydowski Woodstock na Szerokiej i wracając, zobaczyliśmy ekran przygotowany do projekcji na Placu Wolnica. Akurat leciały napisy początkowe.  Idealnie o czasie. „Rzeź”, Roman Polański. Siedząc na ziemi, na nagrzanych po słonecznym dniu kamieniach placu, oglądaliśmy.
Wydaje mi się, że niezwykle trudno jest zrobić taki film. Zamknąć kilka osób (lub nawet jedną!) w jednym pomieszczeniu i tak nimi manipulować, żeby stworzyć pełną napięcia historię. Niesamowite. Emocji dostarczają tylko dialogi i historie, które przekazują. Przypomina mi się „Pojedynek”, remake znanego „Detektywa” – Michael Cane i Jude Law (jaram się milion) rozgrywają partyjkę mentalnych szachów, próbując wygrać nagrodę główną – żonę. 
„Rzeź” w kategorii „ilość wielkich gwiazd” ma wynik 100% – niesamowita jak zwykle Kate Winslet, zaskakująca Jodie Foster, John C. Reilly (któremu też się udało parę ról) no i ON. Pułkownik Landa z „Bękartów wojny”. Najlepszy (hołd, hołd, hołd) Christopher Waltz, najbardziej zasłużony Oscar ostatnich lat, mimo, że to badziewna nagroda i tak. Tu w roli sarkastycznego i nieco cynicznego ojca. Jedno mieszkanie (i kawałek korytarza). Jeden czas, tu i teraz, kiedy widz podgląda bohatera bezustannie, nie dając mu czasu na załatwienie nieistotnych dla owego widza spraw. Tutaj wszystko jest ważne, każdy przedmiot wprowadzony do akcji musi mieć swoje uzasadnienie – jeśli Nancy bierze do rąk album malarstwa, to oczywiste, że chwilę później musi puścić na niego spektakularnego pawia. A motyw chomika pojawi się jeszcze niejednokrotnie. 
Filmweb mówi, że „Rzeź” to i komedia i dramat, hybryda taka. A ja się więcej śmiałam. Chociaż czasami był to gorzki śmiech. 



7. „Melancholię” oglądałam zimą. Pamiętam, że Bartek zasnął wtedy ok. 10 minut przed końcem. Pytam się – WTF? Jak można na tym zasnąć? 
„Melancholia” polega z grubsza na tym, że nic się nie dzieje. A jednak obgryza się paznokcie. W części pierwszej Kristen Dunst odbija szajba na własnym weselu, a jej nowo nabyty mąż dowiaduje się, że panna młoda jednak się rozmyśliła, bo ma depresję i w ogóle ciemno, smutno i ponuro. I patrzymy, jak Eric z „Czystej krwi” pakuje manatki i odchodzi, a żeńska część widowni dostaje w tym momencie zawału, że można odrzucić szwedzką miłość Alexandra Skarsgårda.
W części drugiej była panna młoda osuwa się po spirali obłędu coraz bardziej w dół i zaczyna wieszczyć, a Charlotte Gainsbourg jest nieźle wnerwiona, bo ciotka syna jej straszy, bawiąc się w Pytię. Wszyscy są nieźle nakręceni, bo do Ziemi zbliża się planeta Melancholia – niby ma ją ominąć, ale jednak spina jest. Planeta jest przebiegła, bo wykonuje zwód, po czym wraca i wpieprza się w Ziemię. Bum, eksplozja białego światła, śmierć i zagłada.
Ale to wcale nie tak. Bo „Melancholia”, to przede wszystkim cisza. Krótkie, beznamiętne dialogi przeplatane z rzadka napadami histerii lub gniewu, pusty wzrok Kristen Dunst, samobójstwo w stajni. I zdjęcia. Porażające doskonałą kompozycją kadry. Justine w kaloszach na polu golfowym. Justine naga nad rzeką. Justine w wannie. Planeta Melancholia. Dreszcze. I napięcie – jak będzie z tą planetą? Uderzy? Nie uderzy?
Gdyby to był film amerykański, nie uderzyłaby. Główna bohaterka odepchnęłaby ją od Ziemi siłą miłości, swoim nagłym katharsis i odkryciem, że jednak życie jest spoko. A planeta, poruszona, cofnęłaby się i poleciała zniszczyć coś innego. Ale to kino europejskie – być może czasami bardziej cyniczne i pesymistyczne, ale na bogów, Europa ma za sobą jakąś historię, co daje prawa do cynizmu. „Melancholia” może być potraktowana jak studium depresji. Ale dla mnie to przede wszystkim rzecz o nieuchronności. I o sile natury, instynktu, jak zwykle u von Triera – a ja kocham von Triera. 



8. Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, co możecie obejrzeć bez włączania mózgu przed snem, rozważcie „Wyścig z czasem”. Fakt, że jest to kolejna amerykańska produkcja pt. „jak rozkminić naprawdę świetny pomysł na film i nie wykorzystać jego potencjału”, ale dla samego niewykorzystanego do końca pomysłu warto zobaczyć ten film.
Od kina rozrywkowego wymagam rozrywki, a „Wyścig z czasem” mnie rozerwał. Może dlatego, że lubię motyw utopii i antyutopii, a ta konkretna przedstawiona w filmie naprawdę mnie zainteresowała. Nie wiem, czy taki motyw pojawił się gdzieś wcześniej – czas rozumiany dosłownie jako waluta. A mnie kręci czas jako zjawisko. Refleksja płynąca z filmu to może nie dzieło wysoce oświeconego umysłu, ale zaskakująco nawet nie powala infantylnością, przynajmniej nie aż tak, jak większość obecnych amerykańskich filmów tego gatunku. Ogólnie – spoko. Do paczki chipsów i piwka, z kumplami. 

A co ja będę teraz oglądać? Na najbliższe dni przygotowałam sobie: „Pi”, „Porachunki”, „Mroczny przedmiot pożądania”, „Dyskretny urok burżuazji”, „Anioł zagłady”, „Poza szatanem” i pewnie jeszcze wpadnie kilka innych. Część do odświeżenia, inne – po raz pierwszy.



Jeśli macie jakiś fajny film do polecenia, podzielcie się. Ale napiszcie o nim parę zdań własnej opinii. Buzi!

Follow dowolny dzień tygodnia. Wtorek.
Być kobietą, czyli muffinki i pancake'i z latte.