Prasa, fotografia, moda, wszystko.
Jak zmontować szałową stylówę...

– No, a jeżeli już nikt nigdy na mnie nie spojrzy? – wyraziła Cesia swoje tajemne obawy.
– Spojrzy, niestety. Założę się o milion – zapewnił ojciec.
– Więc iść czy nie iść?
– Cokolwiek uczynisz, będziesz żałować – postraszył dziadek, który niedawno przeczytał całego Camusa.
– To idziesz? Tak? – upewniała się Julia. – Włóż sobie mój czarny płaszcz.
– A cóż ty z niej wampa robisz, moja droga! – oburzyła się mama. – Cesiu, ubierz się raczej skromnie.
– Najlepiej w mundurek z tarczą na ramieniu – zajadowicił z kąta dziadek. – Tylko i li, panie tego.

Mwahahaha. „Zajadowicił”. In your face, puryści, niech żyje radosne słowotwórstwo. Nie będę pisać, z jakiej to książki, bo kto ma wiedzieć, ten wie, a reszta może sobie sprawdzić w google. Co to ja miałam…aha.  Że blogi, i linki, i w ogóle, co tam, panie, słychać w sieci. Ano to samo co zawsze – pełno syfu, tony pornografii wszelakiej i rozpusty, setki takich samych butów na takich samych ślicznych blogerkach, takie tam.

Ale przecież są też dobre miejsca w internecie – takie, do których się wraca z jakiegoś powodu, które dają więcej niż wart jest czas, który trzeba im poświęcić. Zabawne, mądre, piękne, obrazoburcze, odważne, inne. JAKIEŚ.

IMG_20120809_033606
z archiwum włosa
PS – te paski to nie cień 

1. Styledigger po raz pierwszy, drugi, ostatni, na zawsze! Sama nie wiem, dlaczego zaczęłam obserwować tego bloga kiedyś tam, dawno, kiedy blogerki modowe dopiero zaczynały budować swoje marki. Estetyka nie do końca moja, styl zupełnie inny, ogólnie – obca ziemia. Ale było tam to „coś”, co sprawiało, że wracałam regularnie, traktując bloga Asi na równi z moimi ulubionymi, z którymi jest mi estetycznie bardziej po drodze. I teraz, kiedy Styledigger pisze coraz więcej i więcej, wiem już, dlaczego tak mnie tam ciągnęło. Mówiąc wprost – jeśli chodzi o polskie blogi związane z modą, ten jest chyba jednym z najmądrzejszych, jakie znam. Asia ma coś, czego brakuje większości szafiarek, czyli zdrowy rozsądek – nie szaleje na wyprzedażach, kupując setki szmatek po 19,99zł i – przynajmniej tak mi się wydaje – nie jęczy potem przed wymagającą zamykania „z buta” szafą, że nieeeee ma się w co ubrać. Slow fashion to dla wielu kobiet wciąż termin obcy – dlatego w sezonie wyprzedaży wejście do galerii handlowej grozi spotkaniem z wariatką, która rzuci się na człowieka z paznokciami i mordą, żeby wydrzeć upatrzony skrawek chińskiej bawełny. Pod tym względem blog Styledigger jest wyjątkowy – zawiera bogactwo cudów vintage, sporo przekory i autorską wersję dziewczęcej nonszalancji w wykonaniu kogoś, kto nawet w sztormiaku i kaloszach wyglądałby dziewczęco i rozbrajająco.

O ostatnich tekstach Asi robi się coraz głośniej w środowisku blogów o modzie. I bardzo dobrze! Rady, jak robić zakupy albo jak kupować mniej ubrań w jej wykonaniu diametralnie różnią się od idiotycznych tekstów na poziomie „Claudii” pt. „10 rzeczy, które powinnaś mieć w swojej szafie”. Poza tym wszystkim mamy jeszcze słynne stylediggerowe „spot digging” i obszerne relacje z zagranicznych wojaży, opatrzone świetnymi zdjęciami, na których widać żywą, autentyczną postać spędzającą aktywnie czas zamiast ślicznie ubranej lalkę nad hotelowym basenem (jak w przypadku wielu blogów).

Teksty pojawiające się na blogach modowych zwykle nie zapadają w pamięć – ale pod wpływem ostatnich postów Asi oczyściłam swoją szafę ze wszystkiego, co tylko pozornie było mi niezbędne. Allegro mode: on. Też będę slow!

2. Helena i The Wearability zaliczają kolejny come-back, jak zwykle na poziomie. Co ja mogę powiedzieć ponad to, co już kiedyś pisałam…jeśli chcesz poczuć się jak intelektualne zero (każdemu megalomanowi czasami się to przydaje), koniecznie zacznij czytać Helenę.

3. Śmietnikowe Lans-Pudernice w klimatycznej sesji zdjęciowej. Lubię wielce tego bloga, żal jedynie, że nie tam więcej literek, bo te krótkie teksty, które się pojawiają, sugerują, że dłuższe formy byłyby nadzwyczaj udatne. To jedna z tych stron, na których nie chodzi o nazbierania jak największej ilości darmowych butów i bransoletek od sponsorów – alternatywnie, niszowo, zawsze klimatycznie i z dystansem, z lekkim posmakiem mroku.

4. W związku z ostatnią paniką dotyczącą postów na Facebooku, które nie pojawiają się na tablicach fanów, Pijaru Koksu radzi, aby zachować spokój i pokazuje, jak rozwiązać problem. Od strony administratora strony sprawa jest znacznie trudniejsza, ale dla obserwatora rada jest jedna – jeśli chcesz, żeby treści zamieszczane przez stronę, która Cię interesuje, pokazywały sie na Twojej tablicy, to kliknij czasami „lubię to” – Facebook to nie wróżka, nie domyśli się, że coś Ci się spodobało. A jeśli nie lubisz – to po co masz Pijaru Koksu to zupełnie inna liga blogerstwa – warto śledzić, może odpowiedzieć na wiele pytań. Nie tylko tych związanych z Facebookiem.

5. Panna Lemoniada ma parę rzeczy, które chętnie buchnęłabym jej niepostrzeżenie. Na przykład taki rower, mimo, że moja niechęć do tego środka transportu przewyższa nawet nienawiść do czerwonego mięsa. Ale jakbym miała taki jak Panna Lemoniada, to może nawet bym jeździła, kto wie. To jeden z tych blogów, w przypadku których znowu nie wiem, dlaczego tak mnie do niego ciągnie – przecież te zwiewne dziewczęcości, kremowe sukienki i lekka nostalgia to zupełnie nie moja bajka. A jednak ciągnie – i tak sobie myślę, że jednak nie jestem aż tak niewrażliwa, za jaką chcę uchodzić. Do tego dochodzi Słowo – Pannę Lemoniadę dobrze się czyta, a z każdego tekstu idą do czytelnika pozytywne wibracje, i – o ile dobrze interpretuję – taki trochę dziecięcy, nieskażony entuzjazm w postrzeganiu świata i dopatrywanie się jego piękna w małych, drobnych rzeczach. Ach, nieco ckliwie mi to wyszło, ale cóż na to poradzę – nazywam takie nastawienie afirmacyjnym i taki własnie dla mnie jest ten blog. Afirmujący życie i świat jako takie.

6. Z innej beczki – najdziwniejsze retro-wynalazki, które (niestety) nie weszły do seryjnej produkcji. Nie tylko dla fanów steampunkowej estetyki. Jeśli interesuje Was, jak wyprowadzić psa na spacer pomimo zagrożenia bronią chemiczną, co można zrobić w wolnym czasie z piłą mechaniczną, jak zlikwidować problem bolącego karku podczas czytania książki przy leżeniu na plecach albo co zrobić z prochami ukochanego Azorka – zajrzyjcie koniecznie na stronie AHistoria. Zobaczycie, że historia to nie tylko zakuci w zbroje rycerze i Hitler najeżdżający Polskę, a pozornie oczywiste fakty mogą podlegać różnym interpretacjom.

7. Jeden z moich ulubionych blogów – La Volpe, czyli strona Aleksandry Wydrych. Uwaga, treści mogą być nieodpowiednie dla osób, które nigdy wcześniej nie widziały nagiego damskiego biustu w wersji lux. Blog prawdopodobnie nie każdemu przypadnie do gustu, bo więcej w nim estetyki w stylu „seks i przemoc” niż zwiewnej, pastelowej dziewczęcości i dyskretnej, kobiecej elegancji a’la Kasia Tusk, ale ten rudzielec ma tyle mocy, że mógłby nią obdzielić kilka osób – i za to lubię La Volpe. Ten blog jest miejscem, gdzie styl wspólnie z erotyką mówią „siema” lekkiemu wyuzdaniu. Poza tym, nie chcę być wulgarna, ale cycki – jak wiadomo – są zajebiste. Warto.

8. Bloga One day, one tie znalazłam już dawno temu, ale nie wiedzieć dlaczego, jakoś mi umknął w natłoku innych stron. Założenie jest proste – codziennie inny krawat, codziennie krótka, czasami refleksyjna, a czasami zabawna notka związana z… cóż, nigdy nie wiadomo, co przyniesie dzień. Krótkie refleksje autora na temat otaczającej rzeczywistości, traktowanej z lekkim przymrużeniem oka, bawią i dają do myślenia, nierzadko jednocześnie. A wszystko to ilustrowane zdjęciami klasycznych, nietypowych lub całkowicie szalonych krawatów, które Frankenstein konsekwentnie zmienia każdego dnia. Chciałoby się krzyczeć – więcej!

9. Trochę prywaty, bo mam fajnych znajomych i strasznie się z tego powodu nadymam. Jeśli macie ochotę na nieco wisielczy humor, zajrzyjcie na bloga Gordona – Dziwne Eony. W jednym z ostatnich tekstów Jerzy przekona Was, że warto przeczytać ostatnią książkę Pratchetta – prawdopodobnie przekonałby i mnie, gdyby nie to, że sięgnęłam po nią szybciej niż on (dzięki Karolinie i Piotrkowi, buzi). NIE zaglądajcie na tego bloga, jeśli nie macie poczucia humoru i dystansu do świata i samego siebie – skutki mogą być opłakane. Jerzy co prawda obija się niesamowicie i wrzuca posty od wielkiego święta, bo udaje, że nie zależy mu na sławie. Ale jak sam powiedział mi kiedyś przy piwie a propos naszej pisaniny – „wiesz, tak naprawdę każdy z nas sprzedałby duszę, tyle, że nikt nie chce nas kupić”.

10. Kiedy zbiorą się razem trzy osoby, które naprawdę dobrze piszą, powstaje taki mały literacki sabat. A jeśli do tego wspomniane osoby lubują się w mroku i uwielbiają babrać się w ludzkiej psychice, wtedy warto założyć bloga i podzielić się efektami pracy ze światem. Prawdę mówiąc, nie wiem, jakie były okoliczności powstania Krypnych Opowieści, ale pierwsze spotkanie z zamieszczonymi tam tekstami kosztowało mnie bezsenną noc, którą spędziłam przed monitorem. Herbata na biurku powoli stygła, robiła się najpierw ciepła, potem letnia, by ostatecznie z rozgrzewającej stać się orzeźwiającą, a ja klikałam wciąż „starszy post”. Do dziś znam tożsamość tylko jednej z autorek bloga (pozdro ^^), ale teksty, pomimo różnej tematyki utrzymują w miarę spójny klimat i bardzo równy poziom, zatem momentami można odnieść wrażenie, że za tym wszystkim stoi jeden – mroczny – umysł. Polecam na długie, spokojne wieczory, kiedy macie ochotę zatopić się w fotelu i pozwolić herbacie wystygnąć.

 

I na zakończenie – trochę kultury, co by się odchamić przed weekendem. Oglądałam niedawno film (ale nie przyznam się, jaki, bo mi wstyd – w każdym razie raczej z tych kiepskich), w którym pojawił się wiersz Franka O’Hary. Ów wiersz bezczelnie kopiuję ze strony readalittlepoetry.wordpress.com i zamieszczam w całości:

 

Having a Coke with You

is even more fun than going to San Sebastian, Irún, Hendaye, Biarritz, Bayonne
or being sick to my stomach on the Travesera de Gracia in Barcelona
partly because in your orange shirt you look like a better happier St. Sebastian
partly because of my love for you, partly because of your love for yoghurt
partly because of the fluorescent orange tulips around the birches
partly because of the secrecy our smiles take on before people and statuary
it is hard to believe when I’m with you that there can be anything as still
as solemn as unpleasantly definitive as statuary when right in front of it
in the warm New York 4 o’clock light we are drifting back and forth
between each other like a tree breathing through its spectacles

and the portrait show seems to have no faces in it at all, just paint
you suddenly wonder why in the world anyone ever did them

I look
at you and I would rather look at you than all the portraits in the world
except possibly for the Polish Rider occasionally and anyway it’s in the Frick
which thank heavens you haven’t gone to yet so we can go together the first time
and the fact that you move so beautifully more or less takes care of Futurism
just as at home I never think of the Nude Descending a Staircase or
at a rehearsal a single drawing of Leonardo or Michelangelo that used to wow me
and what good does all the research of the Impressionists do them
when they never got the right person to stand near the tree when the sun sank
or for that matter Marino Marini when he didn’t pick the rider as carefully
as the horse

it seems they were all cheated of some marvelous experience
which is not going to go wasted on me which is why I am telling you about it

Frank O’Hara

 

PS – Oglądam „Roswell”. Nie mam pojęcia, dlaczego. Przede mną leży paczka genialnych Sunbitesów z papryką i ziołami, odpowiadająca na odwieczne pytanie: „dlaczegóż nie mogę schudnąć?”, ale niech tam. Niech żyje hedonizm!

 

Prasa, fotografia, moda, wszystko.
Jak zmontować szałową stylówę...