10 największych banałów na temat mody i stylu
Polecony priorytet.


Zaprawdę, powiadam Wam: lepiej coś zrobić i żałować, niż być cykorem i żałować, że się tego nie zrobiło. Im jestem starsza, tym częściej czuję zewnętrzny nacisk i sugestie, że powinnam być odpowiedzialna, rozsądna, że nie powinnam podejmować decyzji pod wpływem impulsu. A ja nie chcę!

Kiedy dostałam zaproszenie na prezentację kolekcji MMM dla H&M, od początku byłam napalona jak szczerbaty na suchary, ale wiedziałam też, że kolejna wycieczka do stolicy nie do końca mieści mi się w grafiku i powinnam odpuścić sobie ten wyjazd. Nie jest to może daleko, ale ostatnie gdańsko-warszawskie wojaże rozregulowały mi nieco tryb życia i wywołały lekkie spiętrzenie obowiązków. Od miesiąca planuję wybrać się do rodziców na przynajmniej tydzień i wciąż nie potrafię wygospodarować takiej ilości czasu między kolejnymi obowiązkami i planami. Niemniej, naprawdę chciałam jechać i wczoraj w nocy pakowałam już zabawki do torby, chcąc zaliczyć przy okazji otwarcie nowego butiku Madoxa.

Nie żebym miała jakąś potrzebę bycia na bieżąco z ofertą H&Mu. Ale przy tej konkretnej kolekcji naprawdę się złamałam i stwierdziłam, że to jest TO. W skrytości ducha liczyłam jeszcze na to, że okaże się, że kolekcja jest podła jakościowo i będę mogła ze spokojem ducha odpuścić sobie zakupy – ale nie. Nie tym razem.

Oczywiście, nie pojechałam. Obudziłam się rano po 3 godzinach snu, świadoma tego, że jeśli chcę zdążyć na  prezentację bez konieczności wywalania kasy na Eurocity, muszę wyjechać z Krakowa o 8.03. Wstałam zatem o 6.00, otworzyłam jedno oko, drugie oko – i poddałam się. Sen zwyciężył, a świadomość natłoku spraw do załatwienia nie pozostała bez znaczenia.

I TERAZ ŻAŁUJĘ. O, jak żałuję. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam po odpaleniu Facebooka, był link do relacji Tobiasza z tejże radosnej imprezy. I naprawdę boli mnie to, że sobie odpuściłam, bo w tej sytuacji nie będę mogła – jak planowałam – po prostu wejść do H&Mu, złapać wybranych wcześniej rzeczy w zachłanne ręce i polecieć z nimi do kasy. Będę musiała przyjrzeć im się dokładnie z bliska, być może nawet zmierzyć, a potem walczyć o nie z tłumem, czując na karku oddechy żądnych krwi fashionistek. Bogowie! A ja tak strasznie nienawidzę stać za czymś w kolejkach, robić zakupów w stresie, walczyć o przedmioty. Chciałabym móc kupić coś jak cywilizowany człowiek, nie ryzykując podbitego oka (koleżanka oberwała od kogoś łokciem w oko podczas polowania na Versace) i naprawdę pluję sobie w brodę, że otrzymawszy szansę na ułatwienie sobie tego procesu – zaprzepaściłam ją. Bo ja, przyznam się Wam szczerze – nienawidzę zakupów. Naprawdę.


MMM dla H&M to – moim zdaniem – najbardziej udana współpraca w historii tej sieciówki. Mgliście pamiętam, że naprawdę niezłe były kolekcje Comme des Garçons (2008) i Viktor&Rolf (2006), ale pełną świadomość istnienia tych limitowanych edycji zyskałam tak naprawdę dopiero w okolicy Matthew Williamsona (2009 rok), więc trudno mi stwierdzić jednoznaczną wyższość projektów MMM nad innymi. W każdym razie po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, mam zamiar wydać pieniądze w H&M – śmiejcie się, ale ja to naprawdę przeżywam. Moim głównym zarzutem w kierunku marki jest niska jakoś produktów, ich masowość oraz kopiowanie cudzych projektów. W tym wypadku trudno obronić którykolwiek z tych zarzutów, zwłaszcza, że zewsząd słyszę same zachwyty nad wykonaniem ubrań.

No i trudno, stało się. Machina H&Mowej komercji porwała mnie nieodwołalnie, chyba, że wydarzy się jakiś cud – np. wygram grube miliony na loterii i będę mogła kupić sobie „prawdziwego” Margielę. Ale na to nie liczę. Póki co – czekam.

Bystre oko moje wyłowiło jak dotąd skórzaną kurtkę, po którą ruszę z kopyta zaraz po otwarciu sklepu, oraz kopertówkę w kształcie cukierka, chociaż nie mogę zdecydować się co do koloru. Wydaje mi się, że są to rzeczy, które wyprzedadzą się bardzo szybko i nie ma sensu grać na zwłokę. Moja uwagę zwróciła także biżuteria – praktycznie niewidoczna na zdjęciach ze stylizacjami z lookbooka, którą wypatrzyłam wśród fotografii z relacji Tobiasza. Powaliły mnie na kolana spodnie z szerokimi nogawkami, zwłaszcza dżinsy – ale w tym wypadku mogę raczej spać spokojnie; po pierwsze dlatego, że jak sądzę – są zaprojektowane na kogoś, komu sięgam do ramienia, a po drugie dlatego, że nawet jeśli nie – to i tak będą wisieć na wyprzedażach. Jak Marni. 


Margiela to trudna moda – jako komuś, kto ma jakąś tam wiedzę o markach i projektantach, wydaje mi się, że PRZECIEŻ KAŻDY CHCIAŁBY MIEĆ W DOMU TE UBRANIA! Ale mam jednak świadomość, że dekonstrukcja i przesadnie oversize’owe ciuchy to niekoniecznie rozwiązanie dla każdego. Ta kolekcja nie jest specjalnie kobieca – nie podkreśla sylwetki (ale jednak bezlitośnie podkreśla zbyt obfite krągłości), nie eksponuje zgrabnych nóg, kształtnego biustu czy wąskiej talii. Wiele ubrań – jak płaszcz-kołdra, szerokie dżinsy czy asymetryczne sukienki wyglądają efektownie na zdjęciach, ale mogą okazać się bardzo trudne do wkomponowania w codzienną garderobę. Portale internetowe, które opublikowały zdjęcia kolekcji są pełne skrajnych opinii – od bezgranicznego zachwytu do kompletnego niezrozumienia stylu MMM. W tym wypadku jednak trudno dziwić się przeciwnikom – ta limitowana edycja jest kontrowersyjna, zaskakująca, skomplikowana, mimo pozornej prostoty krojów.

Po raz kolejny w tym roku H&M ściąga na siebie spojrzenia całego świata mody – i to zasłużenie. Można pogratulować. 


zdjęcia: bunchofrosesq8.blogspot.com, www.styleite.com, globalgrind.com, lecitykitty.com

10 największych banałów na temat mody i stylu
Polecony priorytet.