Wydawałoby się, że moda nie jest sferą życia, w której chodzi o gadanie. I być może to dobrze – bo stosunek ilości mądrych wypowiedzi na ten temat wobec zalewu banałów jest porażający. Poważna prasa (podkreślam: poważna) unika już powtarzania rozkosznych bzdurek, jednak wystarczy prześledzić fora dyskusyjne lub blogi o modzie, żeby zauważyć, że nieco wyświechtane frazesy wciąż są recytowane niczym mantry przez rzesze domorosłych fashionistek. Tak, tak – wszyscy mamy to na sumieniu.

1. „Mniej znaczy więcej”

Mogłoby się wydawać – szlachetny minimalizm. Hasło pojawiające się na co drugim blogu modowym, który to fakt nie przeszkadza jednak szafiarkom w dobieraniu butów w panterkę do skórzanej kurtki z ćwiekami i owijaniu się mnogością łańcuchów. Ale fajnie brzmi – i to jest chyba najważniejsze, w końcu nie ma to jak powołać się na nieżyjącą ikonę, która – co warto wiedzieć – w swoich czasach nie była bynajmniej wzorcową damą z towarzystwa, a raczej rewolucjonistką (rzekomo paliła ok 50 papierosów dziennie, do tego nosiła spodnie i uprawiała męskie sporty). W tym ujęciu do Coco bliżej raczej mnie, niż Kasi Tusk. I możecie być pewne, drogie szafiarki, że gdyby Coco żyła dzisiaj, prawdopodobnie nie ubierałaby się w H&Mie w szyfonowe asymetryczne spódnice i miętowe rurki.

Kto jest współczsną Coco Chanel? Może Iris Apfel, Anna Dello Russo, nieżyjąca Anna Piaggi? Lady Gaga? Daphne Guiness? Coco mawiała ponoć, że moda, w której nie da się wyjść na ulicę – nie jest modą. Ale jak widać, wspomniane panie chodzą po ulicach całkiem swobodnie i nie czują się chyba skrępowane. A to, że nie każdy jest w stanie je naśladować… cóż, 100 lat temu nie każda kobieta zdecydowałaby się założyć spodnie.

collagedyskretny minimalizm w wykonaniu mademoiselle Coco, czyli paski, perły, kokardki, kolczyki, kapelusze, czapki i nieodłączny papierosek

2. „Moda przemija, styl pozostaje”

Możecie to przeczytać na setkach blogów, które autorki tratują się w kolejkach podczas wyprzedaży w Zarze. Moda się nie liczy, ale najmodniejsze neonowe sukienki i topy warto posiadać, a jakże. Spójrzcie na Kate Moss – ubiera się właściwie tak samo właściwie od zawsze, nieważne, czy projektanci lansują różowe futra, transparentne pastelowe sukienki czy koronkowe szorty.

Oglądaliście „Diabeł ubiera się u Prady”? Mimo całej nędzy artystycznej tego filmu (którego nie ratuje nawet genialna Meryl Streep), warto zapamiętać z niego rozmowę nad „identycznymi-ale-zupełnie-innymi” paskami: jeśli myślicie, że jesteśmy wolni od trendów – mylicie się. Kupując na wyprzedażach „po prostu niebieski” sweter, jesteśmy po prostu kolejnym ogniwem łańcucha pokarmowego – nieświadomym faktu, że obecność w sklepie swetra w tym właśnie odcieniu jest pośrednim wynikiem czyjejś artystycznej wizji, która zaistniała na wybiegu. Moda przemija – to fakt. Ale żeby mieć styl, który pozostaje, najpierw trzeba mieć styl, który nie jest zdarty żywcem z sieciówkowego manekina.

Oczywiście, jest kilka szafiarek, które z powodzeniem wcielają tę zasadę w życie. Ale warto zauważyć, że akurat one nie tatuują sobie owej mantry na tyłku ani nie umieszczają jej w nagłówku bloga.

3. „To jest ponadczasowe”

I dare you. Pokażcie mi jedną, jedyną rzecz, która jest ponadczasowo uważana za ładną, elegancką i w dobrym guście. Nie musi być to moda. Może być sztuka, muzyka, literatura. Pokażcie mi to, a ja znajdę okres historyczny i wpływową grupę ludzi, która to skrytykowała. Mówiąc „ponadczasowe”, fashionistki mają zwykle na myśli okres ostatnich 50, maksymalnie 100 lat – trudno powiedzieć, czy to z powodu potocznego rozumienia pojęcia czasu czy też po prostu nie mają świadomości, że przed Coco Chanel ludzie też się ubierali i podlegali trendom. „Elegancja” i „kobiecość” to też zabawne słowa – w średniowieczu za kobiece uważano nadmiernie wysokie czoło i sylwetkę kościotrupa, a w historii możemy wyróżnić także okres, w którym wywalone ostentacyjnie na wierzch damskie biusty wylewające się z głębokich dekoltów uważane były za szczyt dobrego smaku, elegancji i damskiego piękna.

To, że niejedna modnisia uważa, że mogłaby śmiało chodzić dziś po ulicach w ubraniach Coco Chanel czy Marlene Dietrich, niczego nie zmienia – obydwie panie uważane były w pewnych kręgach za skandalistki i znacznie wyprzedziły swoją epokę. To tak jakby powiedzieć, że poezja romantyczna jest wciąż aktualna, bo Norwida się dzisiaj świetnie czyta. Jeśli chcecie sprawdzić rzekomą ponadczasowość w praktyce, wyskoczcie na ulicę przebrane za Annę Kareninę lub mając na tyłku spódniczkę mini w długości sugerowanej przez Mary Quant. Tylko nie zdziwcie się, kiedy zaczepią Was panowie z białym kaftanem w rękach lub zostaniecie zapytane „ile za godzinę?”. Oczywiście, przejmować się tym nie należy. Ale raczej nie liczcie na to, że Wasze „ponadczasowe” kreacje nosić będę za 200 lat Wasze pra-pra wnuczki.

Ponadczasowość w potocznym rozumieniu można pojmować jako „modne przez kilka pokoleń” lub po prostu „wyglądające dobrze niezależnie od zmieniających się trendów”. Ale zauważcie, że chociaż obecnie wróciła moda na legginsy, to popularne modele marki BlackMilk mają niewiele wspólnego z tymi, które błyszczały na tyłku Jane Fondy na słynnych nagraniach z aerobikiem. Do łask powracają także buty ze szpicem, jednak przekopując garderobę mamy, nie wyobrażam sobie, bym mogła założyć dzisiaj te same spiczaste modele z lat 90., które święcił wtedy triumfy na ulicach. Nawet pozornie „wiecznie na czasie” kultowe obiekty pożądania każdej fashionistki podlegają mniejszym lub większym modyfikacjom – wysokość obcasa, kolor, długość spódnicy, szerokość nogawek, tkanina. Takie same, ale całkowicie inne. Czyż nie?

4. „Fashion is my passion”

To, co w odległej prehistorii było zabawną grą słów (oklaski dla tego, kto wpadł na to pierwszy), dziś jest mocnym zawodnikiem w walce o tytuł Króla Sucharów. Widać tu bezsprzecznie poczucie humoru kogoś, kto wychował się na „Familiadzie”, a i teraz lubi sobie od czasu do czasu obejrzeć jedną z nowszych polskich komedii. Osoby posługujące się tym sloganem to te same, które na kartkach urodzinowych piszą „zdrowia, szczęścia pomyślności”, nadużywają słowa „inspiracja” i pozbawione magazynów o modzie prawdopodobnie nie byłyby w stanie ubrać samodzielnie nawet majtek.

5. „Każda kobieta powinna mieć w szafie…”

Moim zdaniem każda kobieta powinna mieć w szafie ciuchy. Bo jak się je kładzie na okolicznych meblach, to się gniotą. Powinna mieć też tam jaki-taki porządek, bo jak się ma syf, to trudno cokolwiek znaleźć. I na tym kończy się lista powinności. Wszelkiej maści stylistkom z bożej łaski, wyliczającym, cóż to prawdziwa kobieta mieć w szafie powinna – już dziękujemy. Nie mogę sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek była w sytuacji, w której chciałabym założyć białą koszulę. Małą czarną miałam na sobie raz i nie wspominam tego przesadnie ciepło. Mam w szafie jednego „pingwina” (czyt. elegancki kostium) i nawet to, że jest naprawdę nietypowy, nie uratowało go przed zapomnieniem – nosiłam go podczas pierwszej sesji na studiach, a później zrozumiałam, że moim wykładowcom naprawdę nie robi różnicy czy przychodzę przebrana za orkę czy w dresie.

Z drugiej jednak strony rzeczą obowiązkową w MOJEJ szafie są ogromne ilości dresów, bo po domu chodzę w dresie. Niespodziewanych gości też przyjmuję w dresie – jeśli im to nie odpowiada, to przecież mogli się zapowiedzieć. Nie wyobrażam sobie swojej szafy także bez dużej ilości ogromnych, męskich t-shirtów, w których śpię. A klasycznej czarnej marynarki, garniturowych spodni czy elegackiej kopertówki prędko się raczej nie dorobię.

6. „Buty muszą pasować do torebki / buty nie mogą być w takim samym kolorze jak torebka”

Moja babcia twierdzi, że buty i torebka powinny być w jednym kolorze. Obojętnie jaki to kolor, byleby był czarny. Moja mama preferuje raczej buty i torebkę, które do siebie wzajemnie nawiązują, np. paseczkiem w określonym kolorze, motywem kokardki czy fakturą metariału. A ja mówię – co mnie to obchodzi. Podoba mi się? To pasuje. Jak nie po dobroci, to po złości.

Nie dajcie się ograniczać. Nie słuchajcie stylistów. Gdyby Picasso słuchał tych, którzy go krytykowali, być może zamknąłby się w sobie i pisał wiersze. Gdyby Coco Chanel sugerowała się tym, co wypada, a co nie – do dzisiaj jeździłybyście na rowerze w sukni do kostek.

7. „Nie powinno się pokazywać kilkakrotnie w tej samej kreacji”

Dotyczy to głównie wesel. Zaprawdę, powiadam Wam – jedynymi osobami, które zauważają, że jesteście po raz n-ty w tej samej sukience na imprezie, są stare ciotki, które i tak nie mają nic z życia oraz paskudne kuzynki panny młodej, z którymi nikt nie tańczy. Natomiast na „tę samą sukienkę” można złapać męża, imponując mu swoją zaradnością, oszczędnością oraz sugerując, że skoro od 5 lat mieścimy się w tę samą kieckę, to przez najbliższe 10 także będziemy w niej dobrze wyglądać. Za pieniądze zaoszczędzone na sukience można kupić sobie – przy obecnych cenach – bilet na samolot do dowolnego miasta Europy i np. wypić lampkę wina w Paryżu. Stracone pieniądze? A jednorazowa kiecka to niby dobra inwestycja?

8. „Czarny wyszczupla, biały pogrubia”

Marchewka jest dobra na oczy, a kotlet daje porządność. Droga kobieto – to nie ubranie Cię pogrubia, tylko tłuszcz (to jest cytat, ale nie pamiętam z kogo – może z Kominka?). I piszę to jako ktoś, kto filigranowy raczej nie jest. Ale nie oszukuję się, że „w tych spodniach mam wielki tyłek”, tylko mówię to samo bez „w tych spodniach”. Jeśli, mierząc ubranie, patrzysz w lustro i widzisz, że jest Cię za dużo, są tylko dwie opcje – albo masz paranoję, albo faktycznie jest Cię za dużo. Dlatego na zakupy warto zabrać ze sobą brutalnie szczerą koleżankę. Jeśli wspólnie stwierdzicie, że spodniom nic nie dolega, za to Ciebie jest gdzieniegdzie zbyt wiele, masz ponownie dwa wyjście: schudnąć albo to zaakceptować. Chyba, że chcesz spędzić życie, maskując się – nieskutecznie – czernią.

Czerń wyszczupla, to fakt. Na przykład kiedy zgaśnie światło i Cię nie widać, jesteś na pewno szczuplejsza. Czerń może odjąć Ci wizualnie kilka centymetrów, ale nie zrobi z Ciebie 36-stki, kiedy nosisz rozmiar 48. Po prostu NIE.

A tak w ogóle, noś co chcesz. Jeśli masz 50 lat i sporą nadwagę, a jednocześnie marzysz o czerwonej sukience, TO SOBIE KUP, wybierając taki fason, w którym będziesz się czuć piękna i seksowna.

9. „O gustach się nie dyskutuje”

Właśnie. O GUSTACH, a nie o PRZEDMIOTACH GUSTU. Szczerze uważam, że obrazy impresjonistów są banalne i tandetne. I jestem w stanie uzasadnić, dlaczego. Jeśli ktoś odbiera to jako atak na swoje poczucie smaku, to ma chyba mały problem z poczuciem własnej wartości. Z drugiej strony naprawdę lubię Pollocka i Kandinsky’ego, chociaż wiem, że dla wielu to „po prostu bohomazy”. To też mogę uzasadnić.

Wiele osób ma problemy z odróżnianiem osobistego „podoba mi się/nie podoba mi się” od obiektywnej wartości dzieła. Nie każdy musi kochać Mozarta (nie przepadam), ale zanim ktoś powie że był beztalenciem, powinien mieć w zanadrzu naprawdę dobre argumenty oparte na analizie technicznej jego utworów. Podobnie jest z modą – nie wszystko musi się nam podobać. Ale jeśli się na czymś nie znamy, lepiej poprzestać na wyrażeniu swoich upodobań, nie rozpędzając się z udowadnianiem, że głosi się obiektywną prawdę.

Po drugie – „dyskutować” to nie do końca to samo, co „rozmawiać”. Z definicji dyskusja zakłada konfrontację dwóch odmiennych punktów widzenia, podczas gdy rozmawiać można po prostu o niczym. Jeśli mówimy, że o gustach dyskutować się nie powinno, nie mamy na myśli, że jest to temat tabu, ale że nietaktem jest przekonywanie kogoś do swojego gustu lub udowadnianie mu, że jego gust, mówiąc delikatnie, ssie. Natomiast rozmawiać o gustach można, a nawet trzeba – prezentowanie swoich poglądów nie jest niczym złym.

10. Co jeszcze?

Napiszcie, co najbardziej Was wkurza – i dlaczego.

 

Dlaczego szafiarki dziwnie się ubierają?
Wojna o blogi