O uciekaniu i powrotach
Samo życie, bez stylu. Po raz 25. - jestem

BLOGI I W OGÓLE INTERNETY

Ostatnio czytam naprawdę mało blogów. Przerzuciłam się na książki i w ostatecznym rozrachunku robię się może mniej towarzyska, za to niewątpliwie bardziej oczytana. Recenzując pozycje dla Gildii, narzuciłam sobie naprawdę dość ostre tempo i obecnie momentami nie wyrabiam się z ilością tytułów, przez które muszę przebrnąć. Ale naprawdę nie potrafię inaczej – pracuję tym wydajniej, im więcej na siebie wezmę, dziwnym trafem najwięcej czasu na wszystko mam wtedy, kiedy lista zadań „do zrobienia” staje się przerażająco długa. Może po prostu nie potrafię funkcjonować bez presji – oczywiście tej, którą sama na sobie wywieram.

1. Styledigger w kolejnej odsłonie swojego poradnika slow fashion radzi, jak kupować mniej ubrań. Nie za bardzo wiem, jak komentować  kolejne posty Asi, bo już dawno wypstrykałam się z zachwyconych okrzyków. Pozostaje mi po prostu spokojne kiwanie głową w geście zgody i uznanie, że Styledigger to jeden z najlepszych i najmądrzejszych blogów w swojej kategorii. Nie tylko w Polsce.

2. Najpiękniejszy chłopiec w całej wsi, czyli Paweł Bielecki w swojej prawie-szafiarskiej odsłonie – tym razem o tym, jakie korzyści wynikają z bycia chłopakiem modowej blogerki. Paweł wie co mówi, w końcu stoi u boku…zresztą, sprawdźcie sami. Pawle! Lofciam!! Powiedzcie sami – czyż można go nie kochać?

3. Riennahera powie Wam, dlaczego brzydko jest ściągać. To, co na całym niemalże świecie uznawane jest za wykroczenie i traktowane jako powód do wyrzucenia ze szkoły lub uczelni z wilczym biletem, u nas grozi konsekwencjami w postaci…pogrożenia palcem. Z czego wynika społeczne przyzwolenie na ściąganie w Polsce?

4. Stay Fly o sprzedajnych szafiarkach, które mają czelność zarabiać. Bezczelne! Swoje zdanie wyraziłam już dawno i nie będę wracać prędko do tematu, ale ponieważ dyskusja jest wciąż aktualna, głosy podające racjonalne argumenty są niezwykle potrzebne. Przeczytajcie!

5. Zombie Samurai o dyskryminacji. Tekst krótki i zwięzły, ale jakże celny – chciałabym go jakoś skomentować, ale w zasadzie nie mam nic do dodania. Paweł Opydo wciąż mnie trochę przeraża, ale raz na jakiś czas zdarza mu się tekst zdecydowanie ocieplający jego wizerunek – ta notka, wraz z morałem zawartym w ostatnim akapicie, należy właśnie do tej kategorii.

6. Rodzice-blogerzy, oto koniec Waszych zmartwień – nie musicie już dłużej przejmować się tym, jak poradzą sobie Wasze pociechy na śliskich ścieżkach kariery. Od teraz możecie wytresować swoje dziecię na blogera! Super sprawa.

7. Genialna kampania społecznościowa Fundacji Itaka – zagrajcie w ich grę. Przekonajcie się, jak trudne zadanie stoi przez osobami zajmującymi się taką działalnością. Pomóżcie!

8. O tym, jak można ograniczać szkodliwość piractwa bez zamykania dostępu do informacji pisze Spider’s Web. I chciałoby się powiedzieć: właśnie tędy droga, proszę państwa. Przykre jest to, że do artystów pokroju Zbigniewa Hołdysa prawdopodobnie taka świadomość nie dotrze.

9. Przytłoczona ilością świetnych sesji zdjęciowych, jakie widzę codziennie w magazynach i na portalach internetowych, postanowiłam zbierać je w jednym miejscu, oznaczając, skąd pochodzą foty. I tak przestawiam Wam moją nową zabawkę: Fairytale on drugs. Blogasek jest jeszcze w budowie, ale nie przewiduję wielkich zmian. Jeśli chcecie zobaczyć ładne obrazki bez konieczności męczenia się z literkami – zapraszam.

10. Za kilka dni jadę na prawie tydzień do Gliwic, więc to miejsce zostawiam dla Was – zaskoczcie mnie. Podajcie mi link do naprawdę fajnego bloga, którego jeszcze nie znam. Po linkach, które mi czasami podsyłacie wnioskuję, że przynajmniej część z Was zna już nieźle mój gust – mam więc nadzieję, że spotkamy się w pół drogi i dostanę od Was coś naprawdę niesamowitego. Tematyka i zawartość – dowolne. Ma być DOBRE. Naprawdę.

 

FILM

moonrise-kingdom-04

1. Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (reż. Wes Anderson, 2012)

Zawsze długo zbieram się do obejrzenia filmów, które są głośno reklamowane przez media i o których wszyscy dookoła mówią. Mam wtedy wrażenie, że MUSZĘ je obejrzeć, na co reaguję instynktowną niechęcią – nie dlatego, że nie chcę robić tego, co wszyscy, ale z powodu poczucia przymusu właśnie. Oczywiście często pluję sobie później w brodę i zastanawiam się, dlaczego zabrałam się za to tak późno, bo omijane tak długo filmy okazują się rewelacyjne. „Kochankowie” to przede wszystkim obłędne zdjęcia – idealnie wykadrowane obrazy, nasycone kolory, przetrzymane ujęcia. Historia o nastolatkach, ale pozbawiona infantylnych wstawek. Opowieść o miłości – i to słodkiej i niewinnej – która nie wywołuje mdłości. Nietypowo, niebanalnie, niesamowicie.

 

06_dolls

2. Samsara (reż. Ron Fricke, 2011)

1,5-godzinna migawka ładnych obrazków z Azji. Świat jest piękny, pełen sprzeczności i kontrastów, ale można doszukiwać się w nim pewnej harmonii. Cieszy oko, ale nic poza pojedynczymi kadrami nie zostaje w pamięci. Fanom kultowej „Baraki” i miłośnikom pięknych kadrów przypadnie pewnie do gustu, ale widzowie łaknący fabuły mogą umrzeć z nudów.

 

doc_4809_0

3. Siostra twojej siostry (Lynn Shelton, 2012)

Są takie filmy, podczas oglądania których wiemy od razu, że za kamerą stanęła kobieta. Tutaj jest to oczywiste – ale niekoniecznie trzeba to traktować jak zarzut (chociaż osobiście wolę typowo „męskie” kino). „Siostrę twojej siostry” ogląda się przyjemnie i bez znużenia, chociaż następnego dnia po seansie trudno powiedzieć, o czym właściwie jest ten obraz. Nie ma tu wielkich dramatów w roli głównej, nie ma tragedii, a jednak dostajemy trójkę bohaterów uwikłanych w życie ze wszystkimi jego komplikacjami. „Siostra…” jest o tym, jak można je przezwyciężyć i nie zwariować. I chociaż momentami rozwiązanie wydaje się nieco zbyt proste i oczywiste, widz nie jest przynajmniej oszukiwany, że oto jest świadkiem magicznego usunięcia z życia bohaterów wszelkich przeszkód. To tylko jedna sytuacja, jeden – w zasadzie – problem. I śmiało można zakładać, że nawet po napisach końcowych nie ma gwarancji happy endu. Jak w życiu.

 

this-means-war-theatrical-still-5

4. A więc wojna (reż. McG, 2012)

Reese Whiterspoon to taka współczesna Meg Ryan – prawdopodobnie aż do 50tki będzie grała urocze blondynki na wydaniu, poszukujące prawdziwej miłości i spełnienia. Nie to, żebym jej nie lubiła – wydaje się niesamowicie sympatyczną dziewczyną, z którą fajnie byłoby pójść na obiad i pogadać przy drinku – po prostu zazwyczaj gra w filmach, które nie zapadają mi w pamięć. I tym razem jest podobnie – „A więc wojna” to po prostu kolejna komedia romantyczna, w której jest Ona i On i jeszcze drugi On i trzeci On, i cały dowcip polega na tym, że Ona nie może się zdecydować. Przez cały seans mamy wrażenie, że „gdzieś to już widziałem”, ale jeśli wrzucimy na luz i nie będziemy rozpatrywać tego typowo hollywoodzkiego produktu w kategoriach pretendenta do miana sztuki, można bawić się całkiem nieźle. Zwłaszcza, że wszyscy Oni należą do gatunku, na którym można oko zawiesić. Jeśli lubicie amerykańskie komedie romantyczne, ta nie jest najgorszym wyborem – nie jest przesadnie przesłodzona i ckliwa, momentami można się pośmiać i chociaż nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle podobnych produkcji, to nie przyprawia też o grymas zażenowania. Kobieto – nie zmuszaj chłopaka, żeby oglądał to z Tobą (chyba, że lubi), zostaw sobie ten film na babski wieczór z kilkoma butelkami wina i maseczką na twarzy.

 

in-bruges-original

5. Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (reż. Martin McDonagh, 2008)

Kino brytyjskie jest podstępne. W filmach mówi się po angielsku, więc często widz nie zauważy nawet, że to produkt made in UK i nastawia się na hollywoodzki humor, który jest zazwyczaj – umówmy się – podłej jakości. I nagle – bum, 1/3 filmu za nami i człowiek orientuje się, że coś za wolno się ta akcja rozwija, że nic jeszcze nie wybuchło z efektami godnymi kina sci-fi i jakoś za dużo dialogów i znaczącej ciszy. I albo się to kocha, albo nienawidzi – ja zazwyczaj kocham. I nawet Colin Farell (mam wrażenie, że on ma zawsze przetłuszczone włosy) nie psuje mi przyjemności z oglądania, bo lubię te brytyjskie żarty, lekki absurd, refleksyjny ton i długie rozmowy bohaterów o rzeczach kompletnie nie związanych z fabułą. „In Bruges” (tłumaczom tytułu jak zwykle gratulujemy kreatywności) jest – mam wrażenie – pomostem między kinem brytyjskim i amerykańskim; daleko mu do formy filmów Guya Ritchiego, w których momentami trudno zrozumieć nie tylko język, jakim posługują się bohaterowie, ale i to, jakimi ścieżkami chadza ich logika ich myślenia, ale nie jest to również komedia kryminalna w stylu „Ocean’s Eleven”. To brytyjskość nieco złagodzona, przystępna dla szerszego grona widzów, chociaż zaklasyfikowanie „Najpierw strzelaj…” jako komedii może wprowadzić w błąd i wpłynąć na oczekiwania. Bo jeśli pojawia się tu śmiech, to jest zawsze nieco gorzki i raczej nie z rodzaju tych, który wymaga poklepywania się po udzie.
Polecić można fanom kina brytyjskiego – bez wahania, przede wszystkim tym, których podczas seansu „Siedmiu psychopatów” najbardziej urzekła druga część filmu, oparta na dialogach i refleksji.

 

natural-born-killers-720p

6. Urodzeni mordercy (reż. Oliver Stone, 1994)

Quentin Tarantino spotyka „Las Vegas Parano”. Czy coś w tym stylu. 2 godziny momentami onirycznej jazdy bez trzymanki, niesamowity montaż, południowy akcent Mallory i czerwone okularki Mickey’a. „Urodzeni mordercy” to film z gatunku tych, wobec których nie da się zachować obojętności – i już to samo jest sztuką. Po seansie jestem porażona, przerażona, podekscytowana i kompromituję się w oczach kumpli, którzy już lata temu dodali ten tytuł do swoich list „najlepszych filmów ever”. Pisząc tę notkę zdałam sobie sprawę z tego, jak trudno byłoby mi napisać rzetelną recenzję „Morderców” – jak zawsze wtedy, kiedy silne emocje przesłaniają mi racjonalny osąd, zachwycam się dziełem jako całością i mam problemu z rozbiciem go na czynniki pierwsze. Bo ten film traktuję właśnie w kategoriach niepodzielnej całości: nie usunęłabym ani jednej sceny, ani jednej dialogu, nie zastąpiłabym żadnego tracku ze ścieżki dźwiękowej innym kawałkiem. Stanowczo najlepszy film jaki widziałam od dawna. 10/10.

 

Hotel-Transylvania-Dracula-Mavis-leaving

7. Hotel Transylwania (reż. Genndy Tartakovsky, 2012)

Dzisiejsze dzieci nie boją się już niczego. Mają do wyboru „Paranormana” i „Frankenweenie”, uwielbiają strzelać do zombie, a wampiry jedzą na śniadanie. Do tego tematyka istot nadprzyrodzonych przeżywa od kilku lat swój renesans, więc gdzie się człowiek nie obejrzy, tam nowa wariacja na temat potomków poczciwego Vlada Palownika. „Hotel Transylwania” skierowany jest do nieco młodszego widza niż wspomniany „Paranorman” czy ostatnia animacja Burtona – nie ma tu drastycznych scen, miłość jest niewinna i czysta jako ten przebiśnieg, wszystko dobrze się kończy i – co ważne – nie pojawia się tu w ogóle zło i niegodziwość. W żadnej postaci – jest jedynie strach przed zmianą i odrzuceniem, potrzeba bycia akceptowanym i kochanym, głód poznania i wiedzy. To ładna i ładnie zrobione bajka – istnieje szansa, że rodzice nie padną z nudów podczas seansu, chociaż obawiam się, że wersja dubbingowana zabiła zabawne akcenty bohaterów.
Bohaterowie „Hotelu” są dostosowani do potrzeb dzisiejszych małoletnich: uczą, jak mówić o uczuciach, ale poza tym nie mają żadnych poważniejszych zmartwień, nie muszą rozwiązywać moralnych dylematów. Obawiają się zła, które może ich dosięgnąć, ale koniec końców okazuje się – jak w życiu – że żadne zło nie istnieje i świat to miejsce piękne i przepełnione miłością, w którym każdy może być sobą. Cudownie. Ale sama chyba wciąż wolę Grimmów.

 

832Four_Lions_2010_720p_B

8. Cztery lwy (reż. Christopher Morris, 2010)

Brytyjska komedia o terrorystach nie jest ani do końca komedią, ani do końca o terrorystach. Jest natomiast niewątpliwie brytyjska. Mamy tu do czynienia z początkującymi mudżahedinami, którzy – wychowani w Londynie – nie mówią właściwie po arabsku i niewielkie pojęcie mają o rodzimej kulturze, jednak czują się w moralnym obowiązku wystąpić przeciwko światu, który jest bluźnierstwem w oczach Allaha. Temu samemu światu, który karmi ich, zapewniając pracę i ładne, przestronne mieszkanie, w którym wygodnie żyje wraz z rodziną główny bohater i mózg akcji. Ironia jest tu wielowymiarowa: o ile nieudolni terroryści mogą budzić co najwyżej rozbawienie wymieszane z politowaniem, o tyle policzek wymierzony w twarz „białego człowieka” jest tak nieprzyjemny, jak zasłużony. Przyłapani na szablonowym myśleniu i posługiwaniu się wyśmiewanym stereotypem, możemy tylko zastanawiać się, czy dobrze kierunkujemy własną niechęć.

 

manhattan-murder-mystery

9. Tajemnica morderstwa na Manhattanie (reż. Woody Allen, 1993)

Wood Allen w szczytowej formie. Nie widziałam nawet połowy jego filmów (i pewnie długo jeszcze nie zobaczę), ale z tych, z którymi miałam okazję się zetknąć, rozczarowało mnie tylko „O północy w Paryżu”. Allen bawi albo irytuje – trudno pozostać obojętnym wobec jego specyficznego poczucia humoru. „Tajemnica” to historia zagadki morderstwa, którą próbuje rozwiązać pewna znudzona żona. Dla popadającego w rutynę małżeństwa (Allen – Keaton) ekscytująca przygoda okazuje się sposobem na odświeżenie związku. Mamy tu i podejrzenie o zabójstwo, i oszustwo finansowe, zdradę i romans, próbę szantażu, porwanie i szpiegowanie. A w tym wszystkim – lekko jąkający się Allen jako Larry Lipton ze swoimi małżeńskimi problemami i trochę absurdalnych dialogów. Witamy w Nowym Jorku – naturalnym środowisku Woody’ego Allena.

 

pirates2

10. Piraci! (reż. Peter Lord, 2012)

Co jest najlepsze w życiu pirata? Złoto? Kordelasy? A może… szynka? Fani animacji stop-motion będą usatysfakcjonowani: plastelinowi piraci są w naprawdę niezłej formie i próbują udowodnić, że tym, co najważniejsze w życiu morskiego rozbójnika są godność i lojalność. Jeśli chodzi o dodatkowe smaczki, mamy tu Karola Darwina w roli zakochanego w królowej Wiktorii dwulicowego cwaniaka oraz samą Wiktorię, dyszącą wręcz nienawiścią do wszystkiego, co pirackie. Sympatycy przygód Wallace’a i Grommita oraz „Uciekających kurczaków” powinni podczas seansu bawić się naprawdę dobrze – a wszystkim paniom, którzy zdecydują się na obejrzenie „Piratów” serdecznie doradzam oryginalną wersję językową – głos pod kapitana Pirackiego podkłada Hugh Grant.

 

KSIĄŻKA

1. Bruno Schulz – Sklepy cynamonowe

W ogólniaku nie przeczytałam tylko dwóch książek, które przeczytać należało – „Procesu” Kafki (zatrzymałam się w połowie i do dzisiaj nie dokończyłam, shame on me) i właśnie „Sklepów” (też shame on me). Nie mogę Wam powiedzieć, dlaczego sięgnęłam po ten tytuł właśnie teraz, ale jeśli – tak jak ja – zwlekaliście z lekturą, natychmiast przestańcie. Styl Schulza nie jest dla każdego – sama miałam początkowo problemy, żeby przyzwyczaić się do ozdobnego, poetyckiego stylu – ale jeśli tylko nie jesteście zadeklarowanymi fanami Hemingwaya albo Conrada, być może dacie się ponieść. Podczas lektury można odnieść wrażenie, jakby słowa żyły i uciekały przez wzrokiem, jakby każde zdanie było złożone tylko na chwilę, zmieniało bezustannie treść i sens. I aż ciężko uwierzyć, że te ulotne, efemeryczne opowiadania i mini-traktaty pozostawiają w pamięci tak silny ślad.

2. Eben Alexander – Dowód

Moją recenzję na portalu Gildia.pl możecie przeczytać TUTAJ. W skrócie: mocno przereklamowany tytuł. Ale żebyście nie myśleli, że to tylko ja się czepiam – profesor Vetulani też nie jest zachwycony. A kimże ja jestem, żeby myśleć inaczej.

3. Jakub Ćwiek – Dreszcz

Osobiście jeszcze nie czytałam, ale wspomnę – korzystając z okazji – że moja siostra młodsza Kath Frankie opublikowała pierwszą w życiu recenzję. Możecie przeczytać ją TUTAJ.

 

FOTOGRAFIA

1. W imieniu kumpla pochwalę się Wam – Paweł Herman, który robił mi niejednokrotnie zdjęcia na bloga, machnął ostatnio sesję, która została opublikowana na portalu TrendHunter. Statystyki strony mówią same za siebie. Naprawdę motywują mnie takie sytuacje – kiedy widzę, że praca kogoś z moich najbliższych znajomych i przyjaciół została doceniona poza kręgiem wzajemnej adoracji, niezależnie i obiektywnie. Nie wiem jak Was, ale mnie napędza to do działania. Sesja została opublikowana także na stronie Models Fashion i na portalu Male Model Scene. Więcej prac Pawła i innych moich przyjaciół znajdziecie na Facebooku: Paweł Herman PhotographyRH-, a od niedawna także na jego własnej stronie internetowej.

2. Czas na żebrolajki. Sama nigdy nie biorę udziału w konkursach, w których wynik zależy od ilości znajomych na FB i intensywności akcji promocyjnej, ale zawsze wspieram znajomych, którzy robią rzeczy warte uwagi. Moja koleżanka Linda walczy o głosy w konkursie na najlepsze zdjęcie, w jej imieniu proszę Was – jeśli fotka się Wam podoba – o kliknięcie „lubię to”. Linda obiecała (w sumie to nie miała wyjścia), że gościnnie wystąpi niebawem tu na blogasku i opowie o jednej ze swoich podróży. Na przykład o tej ostatniej, do Brazylii. Z foteczkami i w ogóle. Zmotywujcie ją!

 

O uciekaniu i powrotach
Samo życie, bez stylu. Po raz 25. - jestem