Kind of magic
5 filmów, które być może lubicie, a które ja mieszam z błotem

Sprawa Bangladeszu to najgłośniejszy temat ostatnich dni. Tekst Michała Zaczyńskiego wywołał burzę. Jeśli jakimś cudem ominęła Was dyskusja w sieci, przeczytajcie też koniecznie odpowiedź Tobiasza Kujawy i tekst Martyny Nawrockiej dla Ultra Żurnalu.

Już?

Nie planowałam poruszać tego zagadnienia, bo wydaje mi się, że trzy powyższe artykuły wyczerpały temat. Z drugiej strony, od jakiegoś czasu zbierałam się w sobie do napisania tekstu-manifestu, który miałby stanowić podstawę tego bloga. Część z Was uzna to może za agitację lub wręcz demagogię, ale jeśli po 2,5 roku blogowania jest coś, czego jestem pewna, to tego, że blogosfera w obecnym kształcie nie pociąga mnie w najmniejszym stopniu. Nie chodzi tu jednak tylko o internet: to o, czym chcę napisać, to rzeczywistość, która otacza nas zewsząd. A ja z pewnymi zachowaniami nie chcę mieć po prostu nic wspólnego.

To, co dookoła

Świat nie jest jednorodny. Przez tysiąclecia nauczyliśmy się akceptować nierówność, która wpisana jest niemal w definicję społeczeństwa jako takiego. Nie jesteśmy wszyscy tacy sami i nigdy nie będziemy. Sprawiedliwość rozumiana jako równe szanse i prawa dla wszystkich jest mrzonką. Możemy walczyć o nią, a nawet powinniśmy – nawet jeśli gra toczy się jedynie o uspokojenie naszego sumienia. Może być, że zmienimy nawet czyjeś życie. Może być, że zmienimy przeznaczenie tysięcy osób. Dlatego warto.

Tu i teraz żyjemy w świecie bezpiecznym i wygodnym. Mamy czas pokoju i chociaż otaczają nas wojny, nie znajdujemy się obecnie w sercu żadnej z nich. Nie musimy walczyć o przetrwanie, o godność, o prawo do wyrażania poglądów. Rozdmuchujemy małe problemy do granic możliwości, bo brak nam punktu odniesienia – bo przecież mamy gdzie jeść i gdzie spać, więc zgodnie z teorią Maslova zwracamy się ku czynnościom bardziej wyrafinowanym. Chcemy więcej. Zawsze będziemy chcieć więcej, niezależnie od tego, ile zostanie nam dane.

Mamy świadomość tego, że istnieją choroby, nędza, głód, cierpienie i niesprawiedliwość. Dopóki jednak nie dotkną nas samych, możemy przyglądać się im z fotela, oddzieleni bezpieczną granica kineskopu, z mieszaniną fascynacji i przerażenia. Współczujemy (lub nie) i mówimy z ulgą jak dobrze, że mnie to nie dotyczy. Oczywiście, tylko do momentu, w którym dotyczyć nas zaczyna. Większość z nas spędzi jednak życie nie wiedząc, czym jest tragedia. Nasze małe codzienne dramaty urosną do rangi wielkiego cierpienia, bo nie będziemy mieli skali porównawczej. Dopóki nie utracimy wszystkiego, nigdy tak naprawdę nie docenimy tego, co mamy. Dlatego – nie oszukujmy się – potrzebujemy tych telewizyjnych obrazków, na których umierają dzieci, cierpią zwierzęta, walczą narody. Bo to dzięki nim przynajmniej część z nas zachowuje świadomość tego, że powinniśmy być wdzięczni. Bo to właśnie one utrzymują naszą świadomość w przytomności.

Kibel w kolorze tiffany blue

Z drugiej jednak strony jesteśmy bezustannie kuszeni. Kolorowy świat masowej produkcji wabi i mami szeleszczącymi opakowaniami i mile łechce nozdrza zapachami rozpylanymi w supermarketach. Kadry z oderwanymi kończynami telewizja łagodzi za moment reklamą szamponu i nowego samochodu, nie pozwalając, żebyśmy osunęli się na stałe w poczucie niemocy i przerażenia. I, jak w średniowiecznym moralitecie, rozpoczyna się psychomachia, nieustająca wojna o rząd dusz – z tą różnicą, że nie ma już tych dobrych i tych złych: kultura współczesna zawarła w sobie wszystko, zatarła granice, nie pozwala opowiedzieć się jednoznacznie. Mimo to, każe wybierać.

Chętnie wybieramy. Przede wszystkim to, co łatwiejsze, ładniejsze, wygodniejsze. Chcemy więcej, nigdy mniej – więc marzymy o życiu, które jest udziałem gwiazd, celebrytów, ludzi zamożnych i wpływowych. Szukamy poklasku, chcemy być doceniani lub pragniemy po prostu posiadać. Mieć nowy samochód, nowego laptopa, móc kupić ekologiczny chleb za 10zł za bochenek. Bo przecież nie jest naszą winą, że innych na to nie stać, że inni nie mogą sobie na to pozwolić. Bo przecież mimo tego, że gardłujemy za sprawiedliwością i równością, mamy poczucie tego, że w rzeczywistości nam ona nie grozi. Wiemy, że są lepsi od nas, więc w skrytości ducha pielęgnujemy świadomość, że istnieją również i gorsi, na których możemy patrzeć z góry.

Otwieramy kolorowy magazyn. Piękna modelka w pięknych ubraniach uśmiecha się pięknie i trzyma w ręku piękny telefon. Chcemy mieć. Modelkę, ubranie, uśmiech modelki, jej telefon, chcemy być modelką lub z modelką, chcemy – jak ona – kusić innych i być na szczycie. Oglądając reklamę w telewizji obcujemy ze światem wyidealizowanym i chociaż zdajemy sobie sprawę z tego, że wszystko to fikcja i bańka mydlana, to lubimy zanurzyć się w tej iluzji, na chwilę oderwać się od własnych starych foteli i stolika z Ikei za 20zł. Piszemy i czytamy blogi, a na nich stoi, że życie jest piękne, że jest zajebiste – pracujemy w reklamie i mediach, jesteśmy kreatywni, młodzi i inteligentni, jesteśmy przyszłością i nie czujemy się przeklęci. Obcujemy z kulturą, popijając kawę z kubka z logo znanej firmy, polecamy sobie nawzajem miejsca, w których warto zjeść, a swoje posiłki fotografujemy i umieszczamy w sieci. Bo nie stać nas jeszcze na Sheratona, ale jesteśmy już o klasę wyżej niż ci, wśród których dorastaliśmy. To takie miłe uczucie. Pniemy się po szczebelkach, mamy coraz więcej, pragniemy coraz bardziej. Jeszcze kilka lat temu myśleliśmy, że są rzeczy, bez których moglibyśmy żyć, dzisiaj ich najnowsze modele wydają się nam niezbędne do tego, żeby przetrwać kolejny dzień. Kupujemy więc nowy, lepszy samochód, ostatni model smartfona, bluzkę z najnowszej kolekcji popularnej sieciówki i nawet kibel musimy mieć w kolorze tiffany blue. Bo możemy. Bo, właściwie, dlaczego nie?

Nie mamy poczucia winy. Przecież to nie jest tak, że kogoś okradamy. Ciężko pracujemy na to, żeby posiadać, żeby mieć. Współczujemy, oczywiście, tym, którym się nie powiodło, czasami oddamy im to, co jest nam zbędne. Lubimy nazywać to dobroczynnością, uciszamy tym swoje sumienie. W międzyczasie kupujemy nowe meble – bo stara kanapa wytarła się nieco na krawędziach – i wymieniamy wiosenną garderobę. Dokupujemy modne dodatki, kosztujemy nowego jogurtu czy najmodniejszego napoju izotonicznego, do domu wracamy z pełnymi torbami. I nie ma w tym nic, za co ktokolwiek mógłby nas potępić. Prawda?

Rzeczy, bez których jestem szczęśliwa

Dwa lata temu podjęłam decyzję, która miała ogromny wpływ na moje życie. Zmieniłam się. Stałam się szczęśliwsza, pewna siebie, pozwoliłam sobie na wiarę w to, że mogę osiągnąć rzeczy, o których zawsze marzyłam. Cenę za to płacę do dzisiaj: brak pewności tego, co przyniesie jutro, stabilizacji, bezustanne problemy z płynnością finansową. Tak wybrałam i nie żałuję – nie żałowałam tego nawet przez 15 minut, chociaż w żartach zdarza mi się kpić z własnej głupoty i naiwności. Te dwa lata pozwoliły mi zrozumieć, co jest dla mnie ważne, a bez czego mogę się obyć.

Nie kupuję. Tak po prostu. Nie to, że odmawiam sobie przyjemności, hartując ducha i patrząc z tęsknotą przez szybkę. Po prostu nie stać mnie na to, więc mijam obojętnie, idę dalej, przestaję zauważać. W ciągu ostatnich 2 lat wydałam na ubrania łącznie nie więcej niż 200zł, polując na okazje w sieci i buszując w sklepach używaną odzieżą. Za każdym razem, kiedy zdarza mi się tęsknie spojrzeć na niesamowitą kurtkę czy sukienkę, myślę tylko, że przecież mogę – w każdej chwili mogę wrócić do tego, co było kiedyś, zacząć znowu zarabiać przyzwoicie, sprzedać duszę za to, żeby móc posiadać. Mam taką możliwość. Po prostu nie robię tego, nawet, jeśli czasami nie mam pieniędzy nawet na to, żeby kupić bilet na tramwaj i idę pieszo kilka kilometrów z miasta do domu.

Nie piszę tego po to, żeby namówić Was do rzucenia pracy i zostania hippisami. Sama też nie zamierzam pozostać do końca życia na chmurce i wzorem Diogenesa odkrywać, bez jak wielu rzeczy jestem doskonale szczęśliwa. Te doświadczenia dały mi jednak szerszą perspektywę i dystans do pewnych spraw. Bo dzisiaj wiem już, że mimo, że mój smartfon ma pęknięty wyświetlacz i lata świetności już dawno za sobą, nie potrzebuję na gwałt lepszego i wymienię go dopiero przy podpisywaniu kolejnej umowy – za 8 miesięcy, kiedy to znowu wybiorę jakiś model za złotówkę. Bo nie potrzebuję więcej.

Bo, chociaż lubię dobrze zjeść, nie sprawia mi specjalnej przyjemności sam fakt wyjścia do drogiej restauracji czy zjedzenia śniadania na mieście, a drink smakuje mi tak samo w domu przyjaciół jak w modnym klubie. Bo, tak naprawdę, obchodzi mnie to, czy moje ubrania są czyste, wygodne i czy dobrze się w nich czuję, a nie to, czy na ich widok oglądać się będą fashionistki. I nie wiem, czy mam swój styl, czy też go nie mam, bo coś innego zaprząta obecnie moje myśli.

Jak każdego, cieszą mnie rzeczy. Lubię przytulić policzek do miękkiego, ciepłego swetra, kocham zapach książek, potrafię cieszyć się jak dziecko z nowych słuchawek czy nawet paczki żelków. Widzę jednak różnicę między tym, co jest mi potrzebne, a tym, na co zapotrzebowanie wymusza kultura i reklama. Nie zależy mi na tym, żeby być cool, więc piję wodę mineralną i herbatę, a nie kolorowe napoje reklamowane przez modnych hipsterów, które tak naprawdę nie są – bo nie mogą być – lepsze w smaku niż własnoręcznie wyciśnięty sok z pomarańczy lub domowy kompot z czereśni. Nie muszę testować wszystkich nowinek, kosztować wszystkiego przed innymi, bo moje podejście do wszystkich przejawów kultury nie polega na tym, żeby być pierwszą, a na tym, żeby zrozumieć lepiej.

Kiedy mieć staje się celem

Nie jesteśmy w stanie żyć, nie konsumując. Niewielu z nas jest w stanie poświęcić się i dołączyć do amiszów czy zamieszkać w kibucu – i nawet nie sądzę, żeby taki eskapizm powinien być przedstawiany jako rozwiązanie dla kogokolwiek. Faktem jest jednak to, że – ulegając wpływowi produkcji masowej – konsumujemy jak świnie, połykając wszystko, co rzuca się nam do koryta. Nieważne co, ważne, żeby być pierwszym, żeby mieć, żreć aż do zrzygania, gromadzić, posiadać, magazynować. Bo nie znieślibyśmy tego, gdyby inni mieli – a my nie. Bo mimo, że mówimy o sobie dorośli, wciąż nie chcemy być jedynym dzieckiem na podwórku, które nie ma nowego jojo. I koniec końców, jesteśmy starzy, coraz starsi, a tak samo głupi i mamy czelność mówić do własnych córek i synów nie oglądaj się na innych, gdy sami wymieniamy telefon tylko dlatego, że 15 minut temu przestał spełniać standardy świata, w którym żyjemy. Uwierzyliśmy, że nie tylko internet i Facebook, ale także Twitter, Instagram, własny blog i czterdzieści innych kont online są nam niezbędne do tego, żeby być normalnym. I jesteśmy normalni. Tak samo durni, jak cała reszta.

Chęć posiadania nie jest zła. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta potrzeba staje się nie środkiem, a celem samym w sobie. Kiedy mówimy, że moim marzeniem jest najnowsza torebka od Diora lub marzę o tym, żeby kupić sobie takie samochód. Oczywiście, że to tylko taka metafora, że skrót myślowy, że nie myślimy tak naprawdę. A mimo to, chociaż teoretycznie naszym prawdziwym marzeniem jest pokój na świecie i rozwiązanie problemu głodu, te ciężko zarobione pieniądze przeznaczamy jednak na torebkę i samochód, a nie na budowanie studni w Sudanie. Na studnię damy wtedy, kiedy będzie nam zbywać. kiedy zrealizujemy już wszystkie swoje marzenia: wybudujemy dom na wsi, wymienimy komputer na lepszy, dorobimy się garderoby pełnej butów. I bez odpowiedzi pozostaje pytanie o to, czy możemy dokonać rzeczy wielkich. Bo jak mamy ich dokonać, skoro potrafimy marzyć tylko o tym, co da się fizycznie posiadać?

Powtarzamy, że pieniądze nie dają szczęścia, ale w głębi ducha wiemy, że bez nich nie potrafimy być szczęśliwi. Bo czujemy się pognębieni, kiedy nie możemy kupić droższego jogurtu, tamtej sukienki, nowej gry komputerowej. Bo przecież mowa o rzeczach bardzo podstawowych, niezbędnych nam do życia! Nie możemy dzielić się tu i teraz, bo zawsze mamy za mało, bo przecież nie odejmiemy sobie od ust, żeby dać komuś innemu. Przynajmniej nie większość z nas. Koniec końców, pogodziliśmy się z tym, że ten świat jest właśnie taki, jaki jest. A skoro nie stać nas na jeden t-shirt za 100zł, kupimy pięć tych tańszych, po 20zł, bo przecież nie potrafimy sobie wyobrazić, jak to jest – mieć w szafie tylko trzy t-shirty i dwie pary spodni i jeden sweter.

Pożądanie nie ma końca. Na da się kupić wszystkiego, o czym się zawsze marzyło. Kiedy nie mamy nic, marzymy o kubku gorącej herbaty i bułce. Kiedy zarabiamy 1000zł – o nowych, porządnych dżinsach, kiedy 5000zł – o apartamencie w Nowym Jorku, kiedy milion – o prywatnej wyspie. Nigdy nie mamy dość. Skoro osiągnęliśmy już tak wiele, dlaczego nie wyciągnąć ręki po więcej? Dlaczego odmówić sobie tego, na co przecież zasłużyliśmy? Dlaczego, do cholery, nie mamy być szczęśliwi?

Pytanie tylko, ile lub co musimy kupić, żeby być szczęśliwi naprawdę i na zawsze? I jak wtedy odróżnić to szczęście od podniecenia odczuwanego podczas rozpakowywania nowych sandałków od Jimmy’ego Choo?

O Tobie o mnie

Pisząc to, mówię o nas, bo wszyscy – lub prawie wszyscy – jesteśmy tacy sami. W mniejszym lub większym stopniu utożsamiamy poczucie swojego zadowolenia z życia od stanu posiadania. Nawet jeśli deklarujemy, że wolimy być niż mieć, to i tak wiemy, że niesposobna nie mieć nic. Każdy z nas ma zatem określone minimum, poniżej którego nie jest w stanie cieszyć się życiem – dla jednego jest to dach nad głową i ciepły posiłek, dla innego – garaż pełen sportowych samochodów. I nie ma, niestety, zaznaczonego na czerwono punktu, w którym przestajemy być racjonalni, a stajemy się popieprzeni i opętani żądzą posiadania za wszelką cenę. Ale kiedy świadomość, że mamy gdzie mieszkać, co jeść, że nie marzniemy zimą i że dookoła nas nie wybuchają pociski, że mamy dwie ręce, dwie nogi, a nasze dzieci nie umierają na AIDS, przestaje zupełnie zajmować nasze myśli, powinniśmy zacząć się niepokoić. Bo można powiedzieć, że gadanie o Bangladeszu niczego nie zmienia, że słowa, słowa i słowa, że przecież wszyscy bierzemy w tym udział. Ale to, że w jakikolwiek sposób jeszcze nas to obchodzi, że – nawet jeśli kręcimy się jak bączki, nie potrafiąc znaleźć rozwiązania – sam fakt tego, że wytrąca nas to z równowagi i boli, świadczy o tym, że jest dla nas jakiś ratunek. I może przynajmniej ci z nas, którzy wciąż potrafią oburzyć się i krzyczeć, zaprotestować i opowiedzieć się jasno za czymś, w co wierzą, może przynajmniej ci nie spędzą życia w mentalnym i moralnym chlewie, walcząc między sobą o ochłapy spadające z fabrycznej taśmy. Bo koniec końców krzyk i protest to minimum, które jesteśmy winni światu, którego na co dzień nie chcemy zauważać.

A jeśli dzięki temu następnym tak po prostu, zwyczajnie, nie kupimy czegoś, czego nie potrzebujemy, być może nas to nie zabije. Warto zaryzykować. Jest szansa, że racjonalna konsumpcja przypadnie nam do gustu.

 
(grafika: www.anonymousartofrevolution.com)
 

Kind of magic
5 filmów, które być może lubicie, a które ja mieszam z błotem