Things we lost in the fire
You can be just like me

Fani Nietykalnych będą zadowoleni: Vincent chce nad morze to film zrealizowany jakby na ich zamówienie. Tematyka życia z chorobą lub ułomnością utrudniającą funkcjonowanie w społeczeństwie wydaje się wciąż nie do końca wyeksploatowana, chociaż wszystko mieści się w granicach tej samej konwencji: chory może być nawet „wariatem” w potocznym rozumieniu tego słowa, ale nie oznacza to, że nie jest jednocześnie zdolny do uczuć. Wręcz przeciwnie.

Po śmierci topiącej problemy w kieliszku matki Vincent zostaje sam. Teoretycznie ma jeszcze ojca, jednak ten jest zdecydowanie bardziej zainteresowany swoją rozwijającą się karierą polityczną niż dorosłym synem, który z powodu zespołu Tourette’a niezupełnie nadaje się do tego, żeby brać udział w budowaniu nieskalanego wizerunku rodziciela przed kamerami. Miejsce Vincenta jest tam, gdzie nie będzie nikomu przeszkadzał. Gdzie, z dala od ciekawskich dziennikarzy, pozostanie pod kontrolą fachowców. Wniosek nasuwa się sam: bohater trafia do zakładu psychiatrycznego.

Ta część opowieści mogłaby sugerować historię bliższą Lotowi nad kukułczym gniazdem niż francuskiemu hitowi. Do Vincenta i jego tików dołączają anorektyczka Marie oraz germofob Alex, jednak ich pobyt w placówce jest tylko sytuacją przejściową. Pod wpływem impulsu to wielce niedobrane trio wyrusza w szaloną podróż nad bliżej nieokreślone morze. Na tle zapierających dech w piersiach widoków (niesamowite zdjęcia autorstwa Andreasa Bergera) przemierzają kraj skradzionym samochodem, po drodze ucząc się  wspólnie egzystować i tolerować nawzajem swoje dziwactwa. Ta szalona eskapada zmieni w ich życiu wszystko.

KINÓWKI.pl

Chociaż Vincent chce nad morze, większość czasu spędzamy z nim w górach, podziwiając majestatyczny masyw Alp Bawarskich. Śladem bohatera podąża ojciec w towarzystwie lekarki, doktor Rose – on próbuje odzyskać władzę nad życiem syna, ona szuka pacjentów, w których życiową zaradność i samodzielność poważnie wątpi. Cała piątka nauczy się w drodze czegoś o samych sobie: obnażone zostaną skrywane głęboko emocje, powrócą wspomnienia, odrodzą się zerwane więzi, a ograniczenia będą bądź to przezwyciężane bądź staną się przyczyną upadku.

Tym, co nasuwa skojarzenie z Nietykalnymi, jest obecne w filmie poczucie humoru – ciepłe i łagodne, oparte najczęściej na eksponowaniu niezręczności codziennych sytuacji. Choroba jest tu tylko tłem, które podkreśla wydźwięk poszczególnych scen, jednak nie zmienia ich podstawowego sensu. Ralfowi Huettnerowi udało się stworzyć bezpretensjonalny obraz bez popadania w sentymentalny banał z jednej strony i wulgarność z drugiej – niedoskonałości bohaterów podkreślają, jak bardzo są oni ludzcy, jak bardzo normalni w swojej nienormalności. Od ograniczeń i natręctw nie są bowiem wolni także ci, którzy formalnie uchodzą za zdrowych – uzależniona od nikotyny lekarka i zamknięty w sobie, spragniony poczucia kontroli ojciec Vincenta nie różnią się w zasadzie niczym od obsesyjnie dezynfekującego ręce Alexa i odmawiającej posiłków Marie. Wszyscy są więźniami swoich lęków i pragnień, które przejęły nad nimi władzę. Wszyscy muszą nauczyć się, jak zapanować na powrót nad swoich życiem, pogodzić się ze swoimi skazami, z samymi sobą.

Mocną stroną Vincenta są aktorzy – chociaż główny bohater (Florian David Fitz) kradnie większość uwagi, trudno nie polubić także pedantycznego Alexa (Johannes Allmayer) i nieco neurotycznej doktor Rose (Katharina Müller-Elmau), którzy jedynie w pierwszym momencie wydają się przesadnie zdystansowani i chłodni. Największym plusem filmu jest jednak to, że mamy do czynienia z produkcją europejską. Nie ulega wątpliwości, że Hollywood zamieniłoby tę prostolinijną opowieść o spełnianiu marzeń, poszukiwaniu siebie i przezwyciężaniu ograniczeń w łzawą, plastikową historyjkę z patetycznymi przemowami na tle zachodzącego słońca i epicką miłością w finale. Na szczęście pozostajemy jednak w Niemczech – rodzące się między Vincentem i Marie uczucie nie będzie pozbawionym skazy, cukierkowym wyrobem masowym, ojca bohatera i jego towarzyszkę podróży połączy przede wszystkim zrozumienie, nie namiętność, a szczęście będzie miało (jak w życiu) słodko-gorzki smak. Warto skosztować.

RECENZJA OPUBLIKOWANA NA PORTALU GILDIA.PL.

 

Things we lost in the fire
You can be just like me