Trzeba krzyczeć
Team Onion!

Gdyby miała na nazwisko Systematyczność, moje imię musiałoby brzmieć Nie. Haha. Taki suchar na otwarcie.

Jestem dzieckiem chaosu, księżniczką nieogaru, patologicznym leniem i kopytami zapieram się w ziemię, próbując nie dorastać. Przynajmniej tak było jeszcze kilka miesięcy temu. Okazuje się jednak, że w życiu każdego nieroba i wielu hippisów przychodzi taki moment, kiedy błogie dolce far niente przestaje zapewniać 100% poczucie zadowolenia z siebie i egzystencja zamienia się w wegetację, zdecydowanie przestając być dolce.

Nie to, że czuję wewnętrzną potrzebę bycia poważną, dorosłą i odpowiedzialną. W życiu. Przechodzę po prostu przez poważny kryzys wartości oraz tożsamości i czuję, że nadszedł czas, żeby zdecydować, co dalej. Co zrobić, żeby przetrwać i jednocześnie nie musieć spuszczać w kiblu wszystkich planów, celów i oczekiwań? Co zrobić, żeby żyć po swojemu i mieć za co opłacić czynsz, kupić jedzenie? Żeby nie nienawidzić własnego życia codziennie przez 8 godzin, a nawet dłużej?

Ostatnio mam wrażenie, jakby wszystko leciało mi przez ręce. Rzeczy, których dotykam, zyskują status zaginionych, rozpadają się na kawałki. Nie wiem, jak rozmawiać z ludźmi, których znam od lat, nie wiem, jak powiedzieć, że nie mam pojęcia, co robić. Jesteś silna, dasz radę – słyszę po raz któryś już w życiu i nie potrafię wyjaśnić, że wcale niekoniecznie. Bo chciałabym móc pozwolić sobie na nie-bycie silną, na nie-bycie tą, która zawsze słucha o cudzych problemach i zachowuje spokój. Ale bądźmy szczerzy – dokąd mnie to doprowadzi?

Jak zawsze w takiej sytuacji, stoję przed wyborem: mogę zwinąć się w kłębek i czekać na falę, która wyrzuci mnie, jak martwą fokę, na jakąś zapomnianą przez bogów i ludzi plażę. Mogę też pozbierać się znowu z ziemi, nie wiadomo który już raz, dać kilku osobom w mordę i powtarzać głośno, że sobie poradzę – tak długo aż stanie się to prawdą. Jeśli idzie o pierwszą opcję, nieco się obawiam – brak mi doświadczenia i nie wiem, czy odnajdę się w nowej roli. Chociaż potrafię udawać ofiarę, nie wiem, jak to jest, tak naprawdę liczyć na to, że ktoś rozwiąże moje problemy i wyleczy rany. Odnośnie drugiej drogi – pozostaje jedno pytanie: czy i tym razem naprawdę dam radę?

Wydawałoby się, że za każdym następnym razem jest łatwiej. Im częściej się spada, tym grubsza skóra i twardszy tyłek. Tak mówią i może coś w tym jest, chociaż wciąż pozostaje do wyjaśnienia jedna kwestia: skąd brać chęci, motywację i siłę, jak odpowiedzieć sobie na fundamentalne po co? Zdrowa jednostka nie zadaje takich pytań. Po prostu żyje, upada i podnosi się, nawet jeśli zdarza jej się płakać w chwilach zwątpienia, to nigdy nie zapomina, że nie ma wyższej wartości niż życie. Bo zdrowa jednostka chce być i nie poddaje tego pod wątpliwość – przynajmniej nie na poważnie.

Jestem jak zawsze po swojemu neurotyczna i z pewną perwersyjną przyjemnością pozwalam swoim lękom przejmować kontrolę. Bo wiecie, należę do tych ludzi, którzy sensu życia jako takiego muszą wciąż bezustannie poszukiwać. Czasami naprawdę mam z tym problem – są takie dni, że nie widzę powodu i celu, że dociera do mnie absurd tego wszystkiego i strach chwyta za gardło. Uciekam w cynizm i zobojętnienie, nie pozwalam się dotykać, odsuwam ludzi, którzy mnie otaczają, bo nie wiem, jak im wyjaśnić, że to nie minie. Bo nie mija od kilkunastu lat, zasypia tylko, czasami na całe długie miesiące, nawet lata, ale zawsze czai się gdzieś pod czaszką, swędzi z tylu głowy.

W kolejnej rozpaczliwej próbie nadania sobie sensu gonię jak królik uciekający przed strachem we własnej osobie, walczę znowu ze sobą, żeby nie pozwolić sobie upaść i już tak pozostać, w pozycji embrionalnej gdzieś głęboko pod ziemią, gdzie nikt nie może do mnie dotrzeć. Po raz kolejny nie płaczę, tylko liżę rany, odcinam jednego po drugim tych, którzy zadali mi cios w plecy, wypalam do gołej ziemi, sypię solą i mówię, że to na przestrogę innym ludom. Bo nawet jeśli wszystko będzie dobrze, nie stać mnie na to, żeby bezustannie oglądać się wstecz.

I zastanawiam się tylko, ile jeszcze razy. Czy kiedyś przyjdzie taki moment, że będę mogła przestać być silna chociaż na parę miesięcy i nie będę musiała już żyć w świadomości, że im wyżej wejdę, z tym większym hukiem spadnę? Bo jestem zmęczona, tak bardzo zmęczona i wiem, że to już rezerwy moich sił i na następny raz może po prostu nie wystarczyć. Bo mam, wiecie, po prostu już dość. Czekam do wiosny.

 
(grafika: Faceless_mask_by_DJWatts)
 

Trzeba krzyczeć
Team Onion!