Skończyłam się
Serial - killer. 3 razy "H"

Ilekroć piszę o muzyce, czuję się trochę niekomfortowo – ostatecznie przecież nie znam się na niej tak, jakbym chciała. Chociaż oczywiście SŁYSZĘ, to nie zawsze jestem w stanie ocenić (i docenić) aspekty techniczne materiału. Poruszam się więc trochę po omacku, największą wagę przykładając do emocji – zarówno tych, jakie album próbuje uchwycić jak i tych, które sama podczas odsłuchu odczuwam.

Jak wspominałam ostatnio, pierwszy kontakt z twórczością moich znajomych zawsze jest dla mnie nieco stresujący. Co powiem, kiedy rzecz okaże się kiepska? Czy to ja się nie znam, czy też może komuś coś po prostu nie wyszło? Obiektywizm idzie w kąt, nie jest łatwo zachować dystans, zwłaszcza, kiedy idzie o coś, co przesycone jest osobowością autora i nosi ślady jego światopoglądu. 

Coś z niczego jest dla mnie jedną z tych płyt, które niezwykle trudno ocenić mi w oderwaniu od osoby autora. Obserwowałam, jak rodził się tekst jednego z kawałków zamieszczonych na płycie, widziałam, jak się zmieniał, kształtował, mówiłam już wtedy, co o nim myślę. Nie miał wówczas jeszcze melodii i rytmu zamkniętego w bicie, był surowy i niedokończony, ale wiem, dlaczego powstał i z jakich emocji się narodził. Dlatego po przesłuchaniu całego albumu wracam najchętniej właśnie do niego, nawet jeśli Bartek twierdzi, że nie jest z tego numeru do końca dumny – Nie wiesz jest dla mnie w pewien sposób osobiste. Przywołuje wspomnienia.

Wspomnienia są zresztą dobrym punktem wyjścia i kluczem do intepretacji krążka: Coś z niczego to mocno nostalgiczna podróż do korzeni – zarówno za sprawą warstwy tekstowej jak i bitów. Składająca się z sześciu utworów EP-ka nie jest próbą zrewolucjonizowania gatunku ani muzycznym eksperymentem, raczej ukłonem w stronę klasyków gatunku – skutecznie przekonuje, że nowe nie zawsze oznacza lepsze, że w obrębie tego, co znane, wciąż może powstać dzieło godne uwagi. 

Odpowiedzialny za teksty Bartosz "Kamol" Kamiński wśród swoich muzycznych autorytetów wymienia m.in. Łonę oraz Tego Typa Mesa i ślady tych inspiracji można bez problemu odszukać w jego zwrotkach. Ci, którzy od rapu oczekują przede wszystkim pokrzykiwania do rytmu i prostych zdań, które można skandować na koncertach, nie mają tu raczej czego szukać: to jeden z tych albumów, które trzeba przemyśleć, przesłuchać świadomie i wyłapać sensy ukryte między wersami. Coś z niczego to nie tylko dobre flow, ale przede wszystkim warstwa liryczna zawierająca wiele gorzkich słów na temat rzeczywistości zastanej, warunków bytowych w kraju, w którym żyjemy, tu, gdzie realia seriali mają się tak do życia jak Somalia do Italii (Witam Cię tu).

Chociaż Kamol nie sympatyzuje z żadną określoną opcją polityczną, jego teksty obnażają niewydolność systemu i wypaczonego, karykaturalnego kapitalizmu: Nie pytam tych, którzy kręcą tym kołem (…) ich nie obchodzi, czy mamy czym oddychać, póki hajs mają, zarabiając na naszych kredytach. (…) z jednego z grzechów głównych uczynili cnotę, wmówili, że to chciwość wprawia w ruch biznes. To dość cierpka płyta – apogeum żalu i desperacji przychodzi w Nie wiesz, opisującym rozterki jednostki przypartej do muru, pozbawionej drogi wyjścia.

Bity stworzone przez Tomasza "Dobrego Kicka" Gawlika odsyłają słuchacza w przeszłość, do epoki winylowych płyt. Wyraziste i efektowne, brzmią tak, jak brzmieli najlepsi przed modą na syntetyczne, zimne dźwięki. Są dobrym tłem dla tekstów Kamola, ale przecież nie pozostają w ich cieniu – w oderwaniu od słów bronią się same i naprawdę trudno podczas słuchania nie bujać się do dyktowanego przez nie rytmu. Entuzjaści oldschoolowego brzmienia z pewnością będą zachwyceni.

Obcowanie z Czymś z niczego najwięcej przyjemności (chociaż może to niewłaściwie słowo w kontekście wymowy tekstów Kamola) zapewni dojrzałemu słuchaczowi, który – podobnie jak autorzy – ma doświadczenie w borykaniu się z trudnościami dnia codziennego i podchodzi do nich w sposób analityczny, refleksyjny. Album nie jest wyrazem ślepego, agresywnego buntu, ale smutną i zarazem przerażającą diagnozą postawioną nie tylko w odniesieniu do Polski, ale obejmującą cały współczesny świat rządzący się określonymi zasadami. Pochopnym byłoby jednak stwierdzenie, że Kamol w swoich zwrotkach namawia do powtarzania, że "kiedyś było lepiej" – jego teksty odczytać można raczej jako wyraz pokoleniowego rozczarowania, reakcją na rozdźwięk między tym, co obiecywano, a tym, które z tych obietnic zostały spełnione. Być może lepiej dopiero będzie – warto poczekać na kolejne efekty działalności członków tego duetu i posłuchać, co mają do powiedzenia. Bo to, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, jest pewne.

 

Skończyłam się
Serial - killer. 3 razy "H"