To ci się przyda - Chrome dla lamerów, refleksja gratis
Nie da się po prostu odejść

Zastanawiałam się kiedyś, skąd moja rosnąca niechęć do blogów typowo lifestyle'owych. Może dlatego, że nie widziałam nigdy bloga, który byłby dla mnie pod tym względem inspirujący? Jak żyć i być cool – wydają mi się mówić te strony, a przecież ja nie chcę być cool, nie chcę tego, co można określić życiem fajnym, wygodnym i kolorowym. Lubię ten brud, niepewność chwili, lubię szarość miasta, nocne wycieczki po zakazanych rejonach, kilometry przemierzane w stanie upojenia. Długie rozmowy o wszystkim i niczym, odrapane ściany obskurnych pubów, gdzie piwo po 5zł od szklanki nalewa 40-letni hippis, hałas. Chociaż z czasem złagodniałam i dorosłam, wciąż ciągnie mnie pod ziemię. W drogich klubach lubię pić tanio i wpadać w obłęd, z tanich barów wychodzę o 8 rano. 

Tylko jak pisać o fascynacji tą prozą i brzydotą bez popadania w egzaltację? Jak mówić o tym, że oddam wszystkie Charlotte i urocze knajpki za stary pub przesiąknięty papierosowym dymem i jego rozpadające się krzesła? Koniec końców, wszędzie czuję się dobrze – nie ma we mnie buntu i niezgody na miasto, które mnie otacza. Biorę je takim, jakie jest, z całym jego kiczem i całym podziemiem. Ale zawsze czuję się obco w miejscach, które wyglądają lepiej niż ja. Bo mnie przecież nie zależy.

 

PIĄTEK

Wrzucam torbę do bagażnika i siadam na miejscu pasażera w wysłużonym bordowym Golfie. Znaleziona przez BlaBlaCar Miśka jest z mojego rocznika i po chwili okazuje się, że mamy w Gliwicach wspólnych znajomych. Rozmawiamy o tym i o tamtym, nie wiadomo kiedy wyrasta przed nami krakowska IKEA. Jestem na miejscu. Jestem w domu.

Jest 14.00. Autobus łapię prawie z zamkniętymi oczami – chociaż szlaki komunikacyjne nieco się zmieniły od mojej ostatniej wizyty, wiem, jak jechać. Przesiadam się raz, na Biprostalu, biegnę na tramwaj, wysiadam pod samą Bagatelą. Mam jeszcze trochę czasu – zostawiam torbę w mieszkaniu siostry przy samych Plantach, idę pieszo do Galerii Krakowskiej, gdzie o 15.30 umówiłam się z Kasią. Po drodze dzwonię jeszcze do Daniela, który nie dalej niż wczoraj straszył mnie słowami "musimy porozmawiać". Silku, cholera. Nigdy więcej tak do mnie nie mów. Nawet jeśli naprawdę musimy porozmawiać.

TriBeCa w Galerii Krakowskiej serwuje rewelacyjne smoothies i koktajle, ale dzisiaj potrzebuję kofeiny. I cukru. Latte z lodami waniliowymi? Brzmi świetnie. Z Kasią rozstaję się o 17, wracam do siostry i na godzinę zwijam się na łóżku w kłębek, czując już narastające podniecenie i lekki niepokój na myśl o dzisiejszej nocy. Patrzę w lustro i mówię do siebie poważnie Stępień, tylko nie zrób bydła, nie upodlij się dzisiaj za bardzo…

20.15, przystanek Uniwersytet Pedagogiczny. Czekam na Agusię. Na Agusię zawsze trzeba chwilę poczekać. Palę wiśniowe Djarumy, chociaż wolę te goździkowe, czekam, aż wróci do mnie karma – ostatecznie pod monopolowym dorzuciłam kilka złotych do tytoniu dwóm weteranom heavy metalu. Mówcie co chcecie – cenię ich za konsekwencję. Punk umarł, hard rock kona w agonii, a oni wciąż swoje. Konsekwentnie. Mój telefon wciąż dzwoni, dzwoni i ja też dzwonię, niezliczone ilości spraw, problemy, przyjemności, obowiązki, to wszystko zlewa się w jedno, a mnie od razu szybciej krąży krew.

Oczywiście, spóźniamy się. KARI gra dzisiaj w Studiu i jest po prostu niesamowita. Skromna, pełna wdzięku, urocza i delikatna, a jednak, kiedy zaczyna śpiewać, po kręgosłupie przebiegają mi ciarki. Damian, dziękuję!

Łapiemy taksówkę. Na bogato. Żarty, żarciki z taksówkarzem, podjeżdżamy niemal pod same schody do Prozaka. Ostrożnie schodzimy po schodach i właśnie w tym momencie wszystko się zaczyna. Głęboki bas wprawia podłogę w wibracje, elektryczny dreszcz przechodzi przeze mnie – i czuję, że naprawdę wróciłam. Bo to mój świat, te kilka stóp pod ziemią, w oparze papierosowego dymu, przy wtórze brzęku szkła i ogłuszającej muzyki. Witam się, wymieniam uściski dłoni, przytulam, nadstawiam i caluję policzki, nowe twarze, nowe imiona, nowe numery telefonów. Poznany przy barze Paweł tańczy salsę i tego powodu będę mieć zakwasy jeszcze dwa dni później. Aga, przyjaciólka Agusi, niesie z baru kubełek z lodem i butelkę wódki, a przecież to nie pierwszy kubełek i nie pierwsza butelka przy tym stole tej nocy. i jeszcze shot przy barze – z cytryną i jeszcze jeden papieros i jeszcze chwila na parkiecie, a Łukasz nadaje tempo i rytm. Przez chwilę żyję znowu tak, jakby jutra miało nie być. Bo, tak naprawdę, kto może dać mi gwarancję?

SOBOTA

Mam tylko jedno marzenie: przetrwać cały dzień bez konieczności puszczenia pawia na własne buty. I och, tak, taka jestem głupia, taka niedojrzała, tak bardzo nie mam się czym chwalić, ale jednak non, je ne regrette rien. Z poczuciem spełnionej misji i miłości do świata łapię tramwaj, kierunek: Nowa Huta. W mieszkaniu Pawła omawiamy tegoroczny festiwal w Oleszycach, rozdzielamy zadania, pracujemy nad stroną internetową UK-Eventu. Kac powoli mija, zapytana o plany na wieczór nie odmawiam kategorycznie. Zobaczymy.

Nie daję się jednak wyciągnąć na piwo. Oglądam 9 odcinków Supernatural (kocham się w Deanie, jak zwykle), w końcu zasypiam, wciąż jeszcze zmęczona, chociaż do samego końca gdzieś pod czaszką buzuje mysl, żeby jednak ubrac się, ruszyć w miasto, zajrzeć do Jurka, może dołączyć później do Tomka i jego znajomych. Odpuszczam jednak – to moje jedyne ustępstwo na rzecz dorosłości i odpowiedzialności.

NIEDZIELA

Wstaję późno – ostatecznie w Charlotte mam być dopiero o 12.30. Kiedy docieram, Paweł i jego genialne siwe włosy krzątają się między klientami, zbierając zamówienia. Zanim zdążę się rozebrać, ląduje przede mną ogromne latte, a Kamil wpycha we mnie połowę swojego śniadania. Tęskniłam. Patrzę na nich i przykro mi jak cholera, że za kilka miesięcy może ich już tu nie być, ale staram się żyć chwilą, nie myśleć o jutrze. 

O 14.00 podpisuję umowę w nowym mieszkaniu. W zasadzie nie planowałam jeszcze wracać, ale kiedy zadzwonił do mnie Mikołaj z propozycją, nie wahałam się długo. Okna wychodzą na Błonia, w oddali widać Stare Miasto, a mój nowy pokój jest zielony. Pies, narożna wanna, świetni ludzi – czuję, że to nadchodzące miesiące będą dla mnie łaskawe. Nareszcie.

Przyjeżdża Daniel z Pimpusiem. 17-kilogramowy biały buldog francuski wcale nie jest taki mały, jak powinien być. Kiedy zaprze się czterema nogami w ziemię, nie istnieje siła, która mogłaby go poruszyć. Idziemy na długi spacer, toniemy w błocie na Błoniach, później to błoto z pimpusiowych łap trafia magicznym sposobem na moje spodnie i na tapicerkę sportowej Mazdy. Cholera jasna, kocham ten samochód. Nawet, jeśli Pimpuś domaga się wożenia na kolanach.

18.00, Ecko. Nakłada mi na brwi hennę i robi wielką krzywdę pęsetą, ale przecież muszę jakoś wyglądać. Uzgadniamy kilka rzeczy w kwestii jej portfolio, ale zaraz muszę pędzić dalej, na Kazimierz. Po drodze zaglądam do siostry, przebieram się, biegnę na tramwaj, żeby zdążyć jeszcze przed upływem czasu określonego przez 40-minutowy bilet MPK. 

Plac Nowy. Spotykam się z Bartkiem i Tomkiem, żeby porozmawiać o ich nowej płycie (już niebawem na blogu). Wypijam zimne piwo w Esze, dopalam ostatniego papierosa z biało-bordowej paczki, zamiast iść w stronę domu, skręcam jeszcze na św. Wawrzyńca, wiedziona głodem i pokusą spróbowania głośnych na całe miasto frytek belgijskich z sosem duńskim. Jestem nieco sceptyczna – ostatecznie co niesamowitego można zrobić z ziemniakiem? I jak można jeść do tego sos miętowy? W obydwu wypadkach okazuje się, że można. Na pewno tu wrócę! Do domu wracam niewiele przed północą, po drodze robiąc jeszcze zakupy w całodobowym Kefirku na Starym Mieście.

PONIEDZIAŁEK

O 12 łapię tramwaj i jadę w kierunku Podgórza. W sklepie spożywczym obok mojego starego mieszkania mam zamówiony chleb pieczony na liściu kapusty. Kupuję go tylko tam – nie dlatego, że nigdzie indziej nie mogę go znaleźć, ale dla zasady. Zostawiłam w tej okolicy kawałek serca i zawsze będę tu wracać. Pani w sklepie rozpoznaje mnie, pyta, co słychać i wiem, że było warto jechać tu taki kawał. Podgórze, moja miłość.

Zaglądam szybko do Jadzi po koszulki do sklepu internetowego, odbieram paczkę i ruszam do Galerii Kazimierz – mam przygotować materiał o sklepie Organique do Miasta Kobiet. Spotykam się z Anią, nacieram się arbuzowym masłem do ciała, przy okazji rozpieszczam się mrożonym jogurtem z owocami i żelkami. Taka rozpusta, taki hedonizm!

Miśka czeka na mnie o 19.00 w tym samym miejscu. Bordowy golf jest nagrzany i przytulny, czuję, jak ogarnia mnie senność. Nie czuję, jakbym wracała do domu – raczej jakbym go właśnie opuszczała. Powoli się wyciszam, uspokajam, chociaż wiem, że resztkami sił pobiegłabym jeszcze dalej. 

 

Każdemu, kto pyta mnie, dlaczego wracam, odpowiadam: chcę dostać z powrotem moje życie.
 

To ci się przyda - Chrome dla lamerów, refleksja gratis
Nie da się po prostu odejść