Ruch i zmiana
Pisać i być

Nigdy nie miałam problemów z cerą. Jako 16-latka byłam szczęśliwą posiadaczką buziaczka jak alabaster i każda pojedyncza skaza przyprawiała mnie każdorazowo o stan przedzawałowy i histerię. Ponieważ w tym samym czasie miałam jednak w głowie siano zamiast mózgu, moja obsesja na punkcie nieskazitelnego liczka sprawiła, że przedobrzyłam w drugą stronę. Młodej, miękkiej i nieprzetłuszczającej się cerze bez trądziku zafundowałam żel do mycia twarzy Vichy Normaderm. I to był błąd.

Ten skądinąd rewelacyjny kosmetyk przeznaczony do skóry problematycznej zaburzył równowagę mojej skóry i tak oto dorobiłam się w młodym wieku cery suchej. Jeśli myślicie, że jest czego zazdrościć, to od razu powiem Wam, że nie. A im jestem starsza, tym bardziej odczuwam, jak durna byłam te 10 lat temu. Skóra nie odpada mi z twarzy płatami tylko dlatego, że obsesyjnie o nią dbam, ale wystarczy, że po kąpieli wyjdę na moment z łazienki nie nałożywszy wcześniej kremu – kiedy w drodze powrotnej odkrywam, że drzwi dzielące mnie od mojego wybawiciela w tubce są zamknięte z drugiej strony, w oczach stają mi łzy: 15 sekund później nie tylko nie mogę się już uśmiechnąć, ale mam wrażenie, jakby każde najmniejsze drgnięcie mięśnia twarzy sprawi, że policzek pęknie mi na pół. Mówiąc krótko, nie jest wcale zabawnie. I boli.

Kochane dziewczęta: dbajcie za młodu o cerę. Warto. Możecie zaniedbać włosy, paznokcie albo pielęgnację stóp, ale jeśli będziecie traktować własną twarz z buta, pożałujecie tego szybciej, niż teraz Wam się wydaje. To znaczy za kilka lat. Kiedy znajdziecie pod oczami pierwsze zmarszczki i osuniecie się miękko, zemdlone, na łazienkowy kafel.

Przetestowałam w życiu wiele kremów, mleczek, toników i preparatów do mycia twarzy. Pogodziłam się z tym, że nigdy nie będę już miała cery 16-latki, chociaż bardzo się staram, żeby jednak mieć. To jedna z tych rzeczy, na których nie oszczędzam – chociaż używam kremu do rąk za 3,50zł (i jest bardzo dobry), to arsenał, z jakiego korzystam codziennie podczas paćkania się po facjacie, bywa imponujący. Czy mam obsesję? A jakże! Mogę jedynie dziękować bogom, że nigdy nie miałam alergii na nic, co jem, wcieram w siebie i wdycham, więc nie przejmuję się zupełnie podrażnieniami czy ewentualnością wywołania stanu zapalnego.

Jeśli – jak ja – cierpicie z powodu suchej skóry, przyjrzyjcie się z bliska tym kosmetykom i trickom: może coś z tego pomoże Wam złagodzić codzienny ból.

1. Oczyszczanie

Wychowałam się na Śląsku, obecnie mieszkam w Krakowie. I tak źle i tak niedobrze – śląska woda jest twarda, krakowska – mocno chlorowana. Zdarza mi się to zaniedbać, kiedy jestem u kogoś i nie chcę robić kłopotu, ale w domu zwykle myję twarz wodą przegotowaną lub mineralną – różnica jest ogromna, a uwierzcie mi, szklanka wody mineralnej do przemycia skóry to nie majątek. Do twarzy mam oczywiście osobny ręcznik – nie, żeby to robiło jakąś różnicę suchej skórze, ale jakoś brzydzi mnie idea wycierania policzków czymś, co dzień wcześniej było na moich stopach.

Nie będę już nawet mówić o tym, że NIGDY nie wolno zapominać o oczyszczeniu twarzy przed snem, zwłaszcza, jeśli na owej twarzy znajduje się tapeta. Jeszcze parę lat temu zdarzały mi się – fakt, że niezmiernie rzadko – takie poranki, kiedy wstawałam z resztkami makijażu i o dziwo wyglądałam zawsze w miarę dobrze. To było wtedy, kiedy wyglądałam też dobrze na kacu albo po nieprzespanej nocy. Te czasy, niestety, minęły. Dzisiaj nie mogę już liczyć na przejrzystą skórę o zdrowym kolorku, jeśli porządnie nie wypocznę – inaczej w lustrze widzę siebie starszą o dobre 5 lat, z podpuchniętymi oczami i zmarszczkami, które (tak mi się wydaje) widać z odległości kilometra.

Nie to, że czuję staro. W życiu. No, chyba, że faktycznie się nie wyśpię – wtedy zawsze mam psychicznie 80 lat. Ale w wieku 26 lat dotarło do mnie wreszcie, że żaden cudowny kosmetyk nie zastąpi regularnego, spokojnego snu. Po prostu.

Zawsze miałam problem z dobieraniem kosmetyków do oczyszczania twarzy. Nie wyobrażam sobie stosować tylko mleczka zamiast żelu czy kremu do mycia twarzy – jeśli nie umyję jej wodą, mam wciąż wrażenie, że pozostaje brudna. Najpierw usuwam więc makijaż (wszelkie dwufazowe preparaty do demakijażu gorąco polecam – ostatnio używałam tego firmy Ziaja i był naprawdę fajny; lubię też mleczka Garnierapłyn micelarny Vichy Purete Thermale) i tu zaczynają się schody: wiecie jak trudno znaleźć coś, co dobrze oczyszcza, a jednocześnie nie wysusza mocno skóry w połączeniu z wodą? W ciągu ostatnich lat przetestowałam naprawdę wiele takich produktów różnych marek, droższych i tańszych: pianki, żele, kremy, płyny… najczęściej kończyło się to tak samo: po wyjściu spod prysznica i osuszeniu twarzy ręcznikiem od razu sięgałam po krem, bo napięcie skóry było nie do wytrzymania i sprawiało ból. Co gorsza, musiałam używać naprawdę mocno nawilżających kremów o bogatej konsystencji, bo w przeciwnym wypadku kilka godzin później mogłam już ściągać skórę z nosa.

Cud wydarzył się dopiero niedawno.

2

3

Pierwsze było to białe: delikatna i puszysta pianka z kozim mlekiem Organique zrewolucjonizowała moją codzienną pielęgnację. Chociaż można z powodzeniem używać jej do mycia całego ciała, muszę przyznać, że trochę mi jej szkoda – w końcu do twarzy sprawdza się tak dobrze! Po myciu skóra nie jest mocno ściągnięta ani podrażniona – chociaż nie mogę powiedzieć, żebym czuła się jak nastolatka, to różnica jest ogromna. Używam jej dwa razy dziennie od tygodnia i nie widzę powodu, dla którego miałabym to zmieniać. Oczywiście później i tak muszę nałożyć krem, ale nie oczekiwałam przecież cudu na skalę wskrzeszenia Łazarza. Jest dobrze, naprawdę dobrze i sądzę, że to jeden z tych kosmetyków, które na dobre wprowadzą się do mojej łazienki.

Savon Noir Organique od dawna mnie interesowało. Odkąd Gabrysia zaczęła zachwycać się tym czarnym mazidłem na Facebooku, wiedziałam, że muszę spróbować. Spróbowałam. Jestem pod wrażeniem. Chociaż na dźwięk słowa „mydło” w opisie produktu (spokojnie, nie ma to wiele wspólnego z mydełkiem Fa) zrobiło mi się zimno i oczami wyobraźni widziałam już moją biedną twarz wysuszoną na pergamin, to wszystkie te obawy okazały się płonne. Ciemna, lepka maź zamienia się w kontakcie z wodą i po roztarciu w delikatną piankę, która świetnie oczyszcza, zamyka pory, a przy tym nie ściąga twarzy. Mam wrażenie, że regularne stosowanie przyniesie faktycznie widoczne gołym okiem efekty. Nie mogę się już doczekać – póki co, używam Savon Noir raz-dwa razy w tygodniu, zgodnie z zaleceniem na opakowaniu, ale na pewno będę sięgać po ten słoiczek za każdym razem, kiedy moja skóra będzie potrzebowała czegoś trochę mocniejszego. To naturalne roślinne mydło wytwarzane z czarnych oliwek i oleju oliwnego naprawdę dobrze oczyszcza i ponoć można używać go także jako delikatnego peelingu – koniecznie muszę to wypróbować.

2. Tonizowanie

To ta część imprezy, którą zawsze omijałam. Nie lubię toników – bardzo. Mam wrażenie, że skóra jest po nich lepka, nawet wtedy, kiedy nie jest. Ostatnio jednak odkryłam magię wody różanej – możecie znaleźć ją w przystępnej cenie na allegro. Przemywam nią twarz w ciągu dnia, kiedy mam wrażenie, że skórze przyda się odświeżenie – twarz nie jest po niej ściągnięta ani sucha, pozostaje miękka i delikatna w dotyku, a przy tym ładnie pachnie!

3. Nawilżanie

Clou programu i zarazem największy horror. Jeśli do tej pory nie udało mi się plastycznie odmalować Wam, jak czuję się, kiedy po kąpieli nie nałożę szybko kremu na twarz, powiem tylko, że ilekroć śpię poza domem i zdarzy mi się zapomnieć kosmetyków, wolę nie zmywać makijażu niż umyć twarz żelem pod prysznic lub mydłem i iść spać. Wiem po prostu, że w nocy opadnie mi przód głowy i nigdy więcej już się nie uśmiechnę. Dlatego krem do twarzy jest chyba najważniejszą rzeczą w mojej kosmetyczce i jego wybór zwykle zajmuje mi sporo czasu, zwłaszcza, że wciąż nie jestem pewna, czy znalazłam już ideał.

Przez wiele lat używałam kosmetyków Vichy i jestem wierną fanką marki. Ciepło wspominam zwłaszcza kremy Aqualia Thermal (konsystencja bogata) i (z tego co widzę) wycofany już Aqualia Antiox – obydwa robiły mojej cerze szalenie dobrze i gdyby nie stosunkowo wysoka cena, pewnie nigdy byśmy się nie rozstali. Obecnie mam jeszcze zapas produktów do twarzy, ale kiedy je zużyję, na pewno wrócę do Vichy – używając tych kremów miałam naprawdę wrażenie, jakby skóra je „piła”, różnica następowała od razu.

Mojego absolutnego faworyta w dziedzinie nawilżania odkryłam pewnej zimy, kiedy od mrozu moja skóra zaczęła naprawdę pękać na brodzie i nosie – raz, że bolało, dwa, że wyglądało to paskudnie, wpadłam więc do apteki i zażądałam czegoś tłustego. Liczyłam się oczywiście z tym, że takie mazidło zapcha mi pory i skończę, wyglądając naprawdę jak nastolatka, ale w wersji pryszczatej, przeżyłam jednak szok życia: pomimo 30% zawartości tłuszczu krem nawilżający SVR nie zamienia twarzy w pobojowisko i nie sprawia, że wyglądam jak córka króla smalcu. No, może przez moment. Szybko się wchłania i dobrze rozprowadza mimo bardzo gęstej konsystencji, nie waży się pod podkładem i ładnie stapia z każdą tapetą. Obecnie używam go tylko doraźnie, kiedy czuję, że moja twarz potrzebuje dodatkowej zachęty do tego, żeby wyglądać jak u człowieka, ale zimą praktycznie się z nim nie rozstaję, zwłaszcza, kiedy wiem, że muszę spędzić wiele godzin na zewnątrz. Rewelacyjnie chroni przed mrozem i nie pozwala, żebym wyglądała jak klaun przygotowany do występu, z malinowo czerwonymi policzkami i nosem. Genialny kosmetyk.

4

Kiedy jednak mój krem do zadań specjalnych nie jest niezbędny, używam lżejszych kosmetyków, które – nieprawdaż – muszą jednak naprawdę dobrze nawilżać. To warunek: wyznacznikiem tego, czy wybrałam dobrze, jest to, jak czuję się pod kilku godzinach od nałożenia. Jeśli skóra jest mało elastyczna i czuję, że niebezpiecznie napina się w strategicznych miejscach, od razu usuwam ten produkt z kosmetyczki. Ostatnio wypłakałam się na FB Monice i pod jej wpływem kupiłam produkty firmy Oillan – czas pokaże, jak się sprawdzą, ale jestem dobrej myśli.

Moim wielkim zeszłorocznym odkryciem było serum Bioliq, dołączone do któregoś z letnich GlossyBoxów. To cudo niebezpiecznie zbliża się do miana kosmetyku idealnego. Początkowo byłam bardzo sceptyczna, bo przyzwyczaiłam się, że produkty, których używam, mają bogatą, kremową konsystencję, a to żółte coś pewnie zostanie błyskawicznie wessane przez moją cerę, pozostawi lepką warstwę, a ja skończę z twarzą napiętą jak lalka. Nic z tych rzeczy – serum faktycznie napina skórę, ale w ten dobry, lekko liftingujący sposób, błyskawicznie się wchłania, a po dłuższym stosowaniu efekt jest naprawdę zdumiewający. Moja perfekcyjna niegdyś cera zdegenerowała się trochę pod wpływem czas i potwornych ilości wypalonych papierosów – nie była już tak aksamitna i gładka, jak kiedyś. Serum Bioliq przywróciło ją do pierwotnego stanu (w międzyczasie przestałam palić) – po tygodniu była znowu jak pupa niemowlęcia, bez jednej skazy. Używałam tego kosmetyku przez ok. 4 tygodnie, początkowo codziennie (2 razy dziennie), później doraźnie, raz na kilka dni. Nie czułam potrzeby, żeby stosować dodatkowo krem – co najwyżej raz na kilka dni dokarmiałam trochę skórę tłuszczem od SVR. Ogromnym plusem jest w przypadku tego produktu cena – na allegro kosztuje kilkanaście złotych. Warto rozważyć zakup i zafundować skórze rewitalizującą kurację na wiosnę.

Krem z ekstraktem dyni Organique był dla mnie kolejnym zaskoczeniem – jego lekka konsystencja sprawiła, że bałam się go używać na noc, kiedy moja twarz potrzebuje czegoś zdecydowanie mocniejszego. W zasadzie to bałam się używać go także na dzień – nie sądziłam, że jest w stanie wystarczająco nawilżać. Okazało się, że te obawy były bezpodstawne – krem nawilża bardzo dobrze i nie pozostawia tłustego filmu, chociaż wydaje mi się, że jest to zbyt delikatny kosmetyk na zimę. Będzie za to idealny przez pozostałą część roku oraz dla cery normalnej – ja w ciągu ubiegłych miesięcy używałam go na zmianę z tym z SVR i udało mi się przetrwać, nie zdzierając sobie skóry z twarzy. Krem Organique ma jednak jeden minus – niektórym może przeszkadzać jego wyraźny, nieco zbyt ostry zapach.

11

Wciąż poszukuję idealnego kremu pod oczy – takiego, który nie tylko nawilży, ale także napnie delikatnie wrażliwą skórę i usunie cienie oraz opuchliznę. Uwielbiałam swojego czasu sztyft chłodzący Vichy Aqualia Antiox, ale – niestety – szybko wycofano go ze sprzedaży. Obecnie stosuję hydro-aktywny żel pod oczy Oillan, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, by ocenić jego skuteczność.

W mojej kosmetyczce zawsze znajduje się tzw. miodek, czyli krem uniwersalny Tender Care Oriflame – używam go od lat i nieraz ten mały słoiczek uratował mi życie. Kiedy nocuję gdzieś niespodziewanie, jest w stanie zastąpić nawet krem do twarzy lub rąk albo balsam do ust, przyspiesza gojenie i koi przesuszoną skórę, nawilża nawet suche skórki przy paznokciach i natłuszcza suchą, matową płytkę. Polecam zwłaszcza różne wersje zapachowe – ja jestem zakochana w edycji waniliowej, kokosowa też jest bardzo przyjemna. Produkt można zamówić u konsultantek Oriflame (warto poczekać na promocję) lub na allegro. Maleńkie opakowanie jest naprawdę bardzo wydajne i wystarczy Wam na długo – ja swój noszę już od kilku miesięcy.

A Wy co robicie, żeby nawilżyć suchą skórę?
 

Ruch i zmiana
Pisać i być