Mam niebieskie włosy i kilka kolczyków w twarzy. Niewiele, tylko trzy. Jest jeszcze ten w skrawku ucha, praktycznie niewidoczny, nie ściągający uwagi przechodniów. Nic wielkiego. 

Mam duże plany. Tatuaż rozciągający się na całe plecy. Drugi, mniejszy, w zagłębieniu obojczyka. Na nadgarstkach. Na biodrze. Kilkanaście innych piercingów, te widoczne i te intymne, skaryfikacje i implanty. Bridge. Venom. Christina. Wielu z tego pewnie nigdy nie zrobię. To nic. Przecież nie muszę, przecież nic tu nie jest na siłę, przecież nie chodzi o modę, przecież nie ma znaczenia, na którym etapie życia i w jakim wieku podejmę te decyzje. Nie dla mnie. Im jestem starsza, tym bardziej radykalnych chcę zmian, tym mocniej chcę ingerować.

Mówisz, że to brzydkie, że szpeci, że głupie, że niedojrzałe, że szpan i że kiedyś będę tego żałować. Że moje ciało zmieni się nie do poznania i będe chciała cofnąć te decyzje, odwrócić czas. Tak jakby ciało samo w sobie było ideałem, tak jakby stare ciało stawało się z wiekiem coraz piękniejsze. Z drugiej strony – tak jakby człowieka w całej jego doskonałości cokolwiek poza głupotą mogło oszpecić.

Zawsze wtedy myślę, że – wybacz, muszę to powiedzieć – jesteś głupi. Mówisz o rzeczach, o których nie masz pojęcia, nie rozumiesz i nie widzisz sensu, bo nie zadajesz sobie nawet trudu, żeby spróbować go dostrzec. Dajesz się omotać kulturowym przyzwyczajeniom, myślisz schematami i myślisz źle. Tak naprawdę nie myślisz wcale.

Kolczyki w płatkach uszu – dobre, ten sam kolczyk 2 cm wyżej ma już znamiona buntu, zatem nie może być dobry, wymierza lekki policzek w twarz twoich przyzwyczajeń. Ta dwa symetryczne fundujesz swojej kilkuletniej córce u osiedlowej kosmetyczki, ale kiedy ta sama córka przychodzi do Ciebie z przekłutym nosem, wpadasz w szał. Społeczny nawyk myśli za Ciebie. To takie wygodne. Kosmetyczka z pistoletem – dobra, wytuatuowany piercer z igłą – zły. W wyobraźni widzisz już podziemie swojego miasta, przygodny seks w bramach i ukradkiem zażywane narkotyki, nie wiesz o tym – lub nie chcesz wiedzieć – że o narkotyki dziś łatwiej niż o gwiazdki Milky Way i herbatę Dilmah o smaku jablkowym i że podczas zakupu nie trzeba wcale pokazywać dealerowi tatuaży na dowód przynależności. Myślisz o subkulturze i masz pewne obawy, bo nigdy tak naprawdę nie rozumiałeś tych irokezów i dreadów, dziwnych ubrań i emblematów, protekcjonalnie sprowadzasz to bądź do chęci wyróżniania się z tłumu bądź też do identyfikacji z grupą, bo przecież miałeś na studiach Podstawy Socjologii, być może nawet Wprowadzenie do Psychologiii i wydaje Ci się, że rozumiesz ludzi i ich motywacje. 

Podobno wszyscy jesteśmy z natury piękni, a jednak rzeźbimy swoje ciała na siłowni i w fitness clubie, ubieramy się starannie, dopasowując kroje do sylwetki, zmieniamy fryzury, używamy kosmetyków dobranych do rodzaju cery. Malujemy się i maskujemy niedoskonałości lub krzyczymy o nich głośno, protestując przeciwko ustalonym kanonom urody. Okłamujemy się nawzajem, że chodzi o piękno duszy i godność człowieka, ale znamy też pojęcie dress code, wiemy jaka jest różnica między wypadanie wypada, wiemy, jak wyglądać, żeby sprawiać wrażenie. Bogactwa duszy przecież nie potrafimy pokazać i jeszcze nie dotarło do nas, że to na tym powinniśmy się skupiać, że to jest nasze największe kalectwo.

Rzadko jest tak, że po prostu żyjemy z własnym ciałem, nie ingerując w jego wygląd, nie przywiązując wagi do wizerunku. Mówisz wtedy, że jesteśmy zaniedbani i nijacy, że moglibyśmy coś ze sobą zrobić, podkreślić naturalne piękno toną makijażu i pastelową sukienką czy dobrze dobranymi spodniami. Jak zawsze masz rację, przynajmniej w Twojej glowie.

Kiedy farbuję włosy na czekoladowe odcienie brązu i wyglądam jak ktoś, kogo Twój syn mógłby przyprowadzić na obiad, myślisz o mnie inaczej. Gdybym tylko wyciągnęła to świństwo z twarzy, byłabym bardzo miłą dziewczyną. Dlaczego sobie to robię? Czy naprawdę myślę, że to się komuś podoba? Gdy staję się niebieska, fioletowa, różowa, uśmiechasz się protekcjonalnie, mówisz wyrośniesz, przejdzie ci i jakby czekasz na ten dzień, kiedy będziesz mógł stwierdzić a nie mówiłem? Namawiasz mnie, żebym była bardziej kobieca, bardziej taka a nie inna, żebym była mniej sobą, a bardziej kimś, kogo chciałbyś we mnie widziesz, tak jakbyś chciał widzieć we wszystkich na ulicy, stworzyć armię klonów w dobrze skrojonych spodniach i kolorowych spódniczkach, żeby ludzie byli tacy ładni i różnili się tylko kolorem butów, no, może ewentualnie skóry, bo przecież ta czarna tak ładnie wygląda z białą koszulą.

Złoty blond – dobrze, niebieski – źle, bo przecież tak mówi Ci kultura, a sam nie myślisz już w ogóle. I nic to, że rude włosy tamtej dziewczyny są równie nienaturalne jak moje, bo przecież ten kolor nie występuje w przyrodzie, nic to, że Twoja córka ma w uchu srebrne delfinki, a oko podkreśla dyskretnie makijażem. Nic, że opalasz się i depilujesz, regulujesz brwi, wybielasz zęby, robisz szóstkę Weidera i nosisz wysokie obcasy, że zmieniasz swoje ciało nie do poznania każdego dnia, kiedy tylko wstajesz z łóżka, że dobierasz sukienki i bieliznę tak, żeby wydobyć swoje atuty, czasami te, których w ogóle nie masz, że szminki i pudry, że maści na trądzik, bo przecież nie mógłbyś żyć z tym trądzikiem, nawet jeśli jest Twoim stanem naturalnym.

Mówisz o granicy tolerancji, którą wyznaczasz na tych srebrnych delfinkach. Powoli godzisz się z kolczykiem w pępku, bo przecież jest taki dziewczęcy i seksowny, ten w języku też może nawet zaakceptujesz, bo przecież znasz z Pudelka gwiazdy, które go mają. Ale kiedy mówię Ci, że chcę taki między oczami, krzywisz się z niesmakiem i pytasz mnie o kobiecość, zadajesz absurdalne pytania o estetykę, nawet jeśli nie masz pojęcia, czym tak naprawdę jest estetyka i myślisz, że to te obrazki z Elle i amerykańskiego Vogue’a. 

Różnimy się tym, że Ty dostrzegasz różnice. Widzisz kolory skóry i włosów, widzisz zbyt obcisłe rurki chłopaka obok i jego bezradne męskie nóżki, tak jakby ktoś pytał Cię kiedykolwiek o zdanie. Coś – trudno powiedzieć, co – każe Ci myśleć, że masz prawo mówić to głośno, nawet jeśli nie dostrzegasz tego, że Twoje nogi w baletkach nie wyglądają wcale lepiej niż łydki tamtej dziewczyny w glanach i wcale nie jesteś bardziej kobieca w kobaltowym płaszczyku, bo trudno mówić o kobiecości, kiedy nie ma w Tobie człowieka.

I wiesz, to jest tak, że naprawdę nikogo nie obchodzi, co o tym myślisz i być może właśnie na tym polega twój problem – że pomimo nocnych fantazji nie masz mozliwości, żeby zamienić cały świat na dobrze ubrany i zadbany według Twoich punktów odniesienia. Ci wytuatowani, niedopasowani, zostają gdzieś jak brud pod paznokciem, jak zgrzyt noża po szkle i drażnią, wyostrzają krajobraz. I wiesz, problem znowu polega na tym, że Ty ich widzisz, ale oni nie widzą Ciebie, zwyczajnie nie mają na to czasu, tak jak rzucając rano szybkie spojrzenie w lustro nie widzą swoich tatuaży i piercingów, rozdwojonego języka, implantów w kształcie małych rogów na głowie. Widzą samych siebie, jednego spójnego człowieka, który ma wszystko tam, gdzie mieć powinien.

Kiedy patrzę sobie w oczy, myjąc zeby po obudzeniu, widzę siebie. Trzy małe, czarne punkty znaczące ślady po przekłuciach są już integralną częścią mnie – bez nich czuję się naga, zmieniona, nie czuję się sobą. W brązowych włosach nie poznaję swojej twarzy, odwracam wzrok z niechęcią, bo to przecież nie jestem ja, bo ktoś przebrał mnie w strój z kogoś innego i kazał nosić pomimo mojej odrazy. I nie wiem, jak Ci wytłumaczyć, że chodzi mi o nadawanie granic mojemu ciału, określanie tożsamości, że z każdą zmianą zmienia się też coś w środku mnie i te małe punkty symbolizują momenty graniczne. Że nie ma w tym szpanu ani chęci wyróżniania się, bo nie mam tej świadomości, że się wyróżniam, dopóki nie spojrzysz na mnie dziwnie jadąc ze mną tramwajem, dopóki nie zadasz głupiego pytania, na które odpowiadam zawsze cierpliwie, żeby budować porozumienie między tymi, którzy nie rozumieją, i tymi, którzy to przeżywają.

Przyznam Ci się, że chodzi też o ból. O przejęcie kontroli nad sobą i swoimi odruchami. O nagły wyrzut adrenaliny, która rozlewa się przyjemnie po ciele i sprawia, że serce pompuje szybciej krew, podnieca mnie ku życiu. O władzę nad ciałem i odurzającą świadomość, że nikt inny nie może zmusić mnie do czegokolwiek, że tylko ja mam prawo mówić, gdzie przebiegają moje granice. Chociaż nie robię tego często i nie dokonałam żadnych radykalnych aktów, jestem na nie gotowa i spokojnie planuję przyszłość mojego własnego kawałka mięsa, które jest jednocześnie doskonałe i niedoskonałe, moje i nie-moje, które opanowałam i naznaczyłam sobą. To jedna z tych rzeczy, których nie rozumiesz, rzeźbiąc swój idealny brzuch, nawet jeśli mamy takie same motywacje. Bo koniec końców wszystko sprowadza się do tego, żeby czuć się dobrze we własnym ciele. Nie wiń mnie za to, że mamy inne potrzeby, bo ja też milczę, kiedy kupujesz te dziwne buty i gdy zachwycasz się sylwetką Beyonce.

Czasami pytasz mnie o pewność siebie, chcesz wiedzieć, skąd ją biorę, dlaczego potrafię krzyczeć tak głośno i nie oglądam się na tych, którzy szepczą po kątach słowa krytyki, bo zaskakująco niewielu trzyma głowę na tyle wysoko, żeby powiedzieć mi coś w twarz. Dlaczego nie boję się samotności, jak wygrywam ze swoimi lękami, co sprawia, że tak bardzo kocham życie i świat i ludzi i samą siebie, dlaczego szczerze mówię, że jest dobrze, bo przecież musi być dobrze, bo jak mogłoby być inaczej? Patrzysz na mnie i mówisz, że lubisz we mnie ten hart ducha i mocny głos, pewność tego, w co wierzę, a ja po raz kolejny próbuję Ci wyjaśniać, że granica ekspresji nie kończy się na bluzkach i wisiorkach, na ubraniach, którymi próbujesz wyrażać siebie, że nie możesz mieć i jeść ciasteczka, skoro boisz się obciąć swoje piękne, długie włosy i wkroczyć w nowy tydzień z gładkim bobem, skoro różnokolorowe paznokcie wydają Ci się zbyt odważne i nie chcesz pokazać łydek w obawie przed tym, że zostaną źle ocenione. Że nie możesz mieć tej odwagi, jeśli pozwalasz światu mówić Ci, co jest właściwie, a co nie i jak powinieneś wyglądać, bo tylko Ty masz prawo mówić na głos o swoim ciele i krytykować je i dokonywać w nim zmian. Bo jest Twoje. Innego nie dostaniesz. Zrób z nim to, na co masz ochotę, a kanony piękna potraktuj jak poradnik dla tych, którzy nie są w stanie generować swoich własnych wizji. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest wolność i potrzebują smyczy, na której społeczeństwo będzie codziennie rano wyprowadzać ich umysły.

Nie potrzebuję Twojej tolerancji i akceptacji, bo nie robię nic złego. To nie jest tak, że muszę czekać, aż wyjdziesz ze swojej skorupy i zrozumiesz, że mogę pracować wszędzie i być kimkolwiek zechcę, niezależnie od tego, jak wyglądam. Będe brać ten świat siłą, jeśli nie będzie chciał zgodzić się na to po dobroci, nie będę Cię prosić o zgodę, a jeśli się nie zgadzasz, po prostu nie przyglądaj mi się z taka uwagą, tak jak ja nie przyglądam się Tobie. Mam do Ciebie tylko jedną prośbę – w zaciszu swojego domu określ granice własnego ciała i zacznij czuć się z nim naprawdę dobrze, naznacz je i weź we władanie w taki sposób, jaki jest dla Ciebie najlepszy. Kiedy wreszcie Ci się to uda, być może zrozumiesz, dlaczego nie oceniam ludzi po wyglądzie. Być może też do tego dojdziesz.

Nigdy nie wiesz, kto słucha
Mężczyzna i kobieta alfa