Granica mojego ciała
Przyjaźń w czasach technokracji

Jest 4.15, czwartek nad ranem. Przed chwilą skończyłam oglądam Jak poznałem waszą matkę, ostatnie 5 odcinków ciągiem, żeby wreszcie mieć to już za sobą. I tak mnie jakoś tknęło. I będzie o miłości. 

Nic to, że nie takiego finału chcieliśmy, że nie na to wszyscy liczyliśmy. Zastanawiam się, co takiego trzymało nas tak długo przy boku Teda i jego przyjaciół, tak jak trzymało nas wcześniej przy Rachel i Rossie. Bo jasne, było zabawnie i momentami wzruszająco, było fajne życie, jakiego być może niektórzy z nas zazdrościli, byli sympatyczni bohaterowie, a jednak – wydaje się, że to nie to. I nie odkryję zapewne przed Wami Nowego Świata, jeśli powiem, że tak naprawdę wszyscy marzymy o tym, żeby żyć w bajce. Żeby przeżyć wielką, niesamowitą opowieść o miłości i kochać kogoś tak bardzo, żeby bez żalu poświęcić wszystko, co osiągnęliśmy.

Mówi się, że to dziewczynki dorastają, otoczone marzeniami o księciu na białym koniu. Niektóre z nas wyrastają z tego szybko, jeszcze jako nastolatki, inne nie wyrastają nigdy. I jakoś tak utarło się, że ten książę i koń to nie są rzeczy, o których powinna śnić nowoczesna, pewna siebie kobieta. Niech będzie królową, zdobywczynią odległych ziem, mądrą władczynią swojego życia, która owszem, może i chcieć mężczyzny u swojego boku, ale na pewno nie powinna być od niego w żaden sposób zależna

Nigdy nie chciałam być księżniczką. Jeśli w ogóle, to z rodzaju tych, które przede wszystkim rządzą, a nie przechadzają się w powłóczystych sukniach po zielonych pałacowych ogrodach. Nie byłam romantyczna, wrażliwa, nie tęskniłam za wielkimi uczuciami, bo przecież były ważniejsze rzeczy. Wciąż są. Lubię zasypiać z kimś, ale wolę budzić się sama, w pustym pokoju, mogąc swobodnie odwrócić się na drugi bok i spać dalej, chodzić do południa w pidżamie i nie zamieniając z nikim ani słowa. Lubię nie przejmować się nikim i niczym, lubię chodzić sama do kina i do muzeum, w weekend wolę ruszyć w miasto z przyjaciółmi i zgubić się w nim, i zwariować, i nie myśleć o tym, że jest ktoś, do kogo muszę wrócić. Jestem wciąż pijana wolnością. Nie mam poczucia braku.

Krótkie relacje, kolizje z innymi ludźmi, do których się przywiązuję, spalają we mnie emocje. Mam ich przecież w sobie tak cholernie wiele. Wciąż wolę przeżyć intensywny weekend, zadurzyć się i w poniedziałek zapomnieć o sprawie, niż patrzeć w przyszłość. Czasami tego po prostu potrzebuję – nadmiar uczuć wymusza potrzebę rozładowania, więc zbliżam się do kogoś i pozwalam zbliżyć się do siebie, pozwalam, żeby to wszystko wybuchło i zaczynam od nowa, zawsze od nowa, otrzepując się z popiołu bez żalu, ruszam przed siebie.

Zakochałam się dwa razy, praktycznie od pierwszego wejrzenia, od pierwszej wymiany zdań. I te dwa razy w życiu nie dostałam tego, czego chciałam. Poza tym były też związki – niektóre z rozsądku, inne z powodu nudy i próby ustabilizowania sobie życia, niektóre z jeszcze innych powodów. Długie i krótkie, mniej lub bardziej intensywne, pełne zaangażowania i powierzchowne, dojrzałe i te całkiem głupie. Dawałam sobie szansę, mówiłam "zobaczymy, co z tego będzie", przywiązywałam się i kochałam, ale nigdy więcej już nie byłam tak naprawdę zakochana. Nigdy więcej nie udało mi się oszaleć.

Moje życie pełne jest dziwnych relacji, pokręconych układów, których nie potrafię wyjaśnić. Nie wiem dlaczego ani po co, wiem tylko, że z jakiś powodów wydaje mi się to dobre. Chociaż mam świadomość, że tworzę coraz to nowe iluzje związku, wciąż nie czuję potrzeby wymienienia ich na ten prawdziwy. Wciąż przeraża mnie opcja związania się z jedną osobą na – metaforyczne – zawsze. Chyba jeszcze nie chcę żyć długo i szczęśliwie.

Może to właśnie dlatego tak poważnie podchodzę do innych spraw. Mam 26 lat i jestem zmęczona próbowaniem, nie chcę w nieskończonośc przechodzić niepewności pierwszych spotkań, rozterek, zastanawiania się nad tym, czy to na pewno to, czy może jeszcze nie, czy coś z tego będzie, czy mogę przedstawić go swojej rodzinie, czy on na pewno traktuje to poważnie, czy ja traktuję to poważnie, do czego to wszystko zmierza, do cholery. W tym wieku, chociaż brzmi to co najmniej głupio, zakochania nie są już takie łatwe jak wtedy, kiedy mieliśmy po 16 lat: myślimy nie tylko o tym, żeby było dobrze tu i teraz, ale chcemy też mieć przynajmniej cień nadziei, że i jutro będzie tak samo. Im starsi jesteśmy, im więcej jesteśmy gotowi zainwestować w związek, tym więcej też w nas dystansu, obaw, zdrowego rozsądku. Nie wierzymy już w to, że prawdziwa miłość przezwycięży wszystko i magicznie da nam siłę, żeby rozwiązać problemy, wiemy doskonale, że czasami ludziom po prostu nie wychodzi i czasami to my jesteśmy tymi ludźmi. W efekcie startujemy z coraz wyższego pułapu oczekiwań: to, że krew szybciej krąży na czyjś widok, to zbyt mało. Jesteśmy dorośli, więc pragmatyczni, bo przecież nie szukamy już rozrywki i upojnych nocy, a partnera.

Chociaż nie marzę o księciu i koniu, jestem jak Ted Mosby. Nie muszę wierzyć, bo wiem, że to się czasami zdarza – spojrzeć na kogoś stojącego na drugim końcu pokoju i wiedzieć, że to właśnie to, zwariować w ciągu kilku sekund i być gotowym rzucić wszystko dla drugiej osoby. Byłam po obu stronach tego równania: nawet jeśli nie wychodzi, bo przecież czasami wyjść po prostu nie może, wciąż myślę, że warto rzucić się w to bez namysłu, poświęcić wszystko, zatracić się bez opamiętania. 

Czego natomiast robić nie warto: czekać, aż uczucie pojawi się gdzieś po drodze. Spędzać z kimś czas tylko dlatego, że jest miło i dobrze, że bezpiecznie i wygodnie. Dlatego, że nie ma nikogo lepszego, dlatego, że pojawia się strach, że nikt lepszy już się nie znajdzie. Dlatego, że ze wszystkich stron mówią nam, że tę wielką, prawdziwą miłość przeżywa się tylko na ekranie i w książkach. To nieprawda. Bo nie można być trochę zakochanym, a trochę nie, bo jeśli jesteśmy w stanie zrezygnować i ruszyć przed siebie z lekkim tylko uczuciem żalu, to nie było warto. 

Kiedy o tym myślę, myśle właśnie o Tedzie, który – rozpaczliwie goniąc za Tą Jedyną – nigdy nie wahał się, by powiedzieć to nie ma sensu. Rozumiem, czego chciał, bo dla mnie, tak jak dla niego, udany i harmonijny związek to za mało, żeby mówić o miłości. I tak jak on, wiem, że prawdziwe uczucie nie przytrafia się tylko raz w całym życiu, bo za każdym razem, kiedy się zakochujemy, jesteśmy innymi wersjami siebie. Więc tak, może i jest coś w tym, że człowiek naprawdę kocha tylko raz, ale ja już przecież nie jestem tym samym człowiekiem co 6 lat temu. 

Wiem, czego chcę. Chcę, żeby mój następny związek był już tym ostatnim. Nie w kontekście małżeństwa, dzieci, budowania domu poza miastem i wspólnego kredytu, ale emocji. Następnym razem chciałabym zagrać va banque, zrobić to, na co ostatnio nie miałam jeszcze odwagi, zainwestować wszystko, co mam, poświęcić całą energię, żeby tym razem się udało. Ale wiem też, że to musi przyjść samo – dlatego nie szukam. Wciąż wierzę w to, że któregoś dnia po prostu mnie to uderzy i nie będę miałą wyboru jak tylko podjąć decyzję, która zmieni moje życie. Dlatego w dalszym ciągu bawię się, korzystam z życia tak intensywnie, jak tylko potrafię, realizuję swoje plany i sny, najdziksze fantazje, popełniam błędy i bawię się z ogniem. Nie proszę koleżanek, żeby przedstawiły mi swoich braci, nie mam konta na portalach randkowych, nie uprawiam sportu po to, żeby wyglądać kiedyś lepiej w obcisłej sukience i liczyć na barowy podryw. Wszystko co robię, robię dla siebie i swoich przyjaciół. Inwestuję w więzi i we własne życie, w którym jest już miejsce na drugą osobę, ale to miejsce to wygospodarowana świadomie wolna przestrzeń, a nie ziejąca smutkiem luka. 

Chociaż mam w sobie tyle emocji i chcę dać z siebie tak wiele, nie czuję presji upływającego czasu i strachu przed samotnością. A jeśli przydarzy mi się miłość, chcę, żeby była wielka. I ostatnia. Bo ta prawdziwa zawsze jest, nawet jeśli nie jest pierwsza.

 

Granica mojego ciała
Przyjaźń w czasach technokracji