Porozmawiajmy o pieniądzach
Bardziej

To takie słodkie. Zdałeś najbardziej idiotyczny test Twojego życia, który niektórzy żartownisie nazywają egzaminem dojrzałości i oto najdłuższe (a może być, że ostatnie) wakacje Twojego życia dobiegają końca. Twoja mama od miesiąca nie wychodzi z kuchni, przygotowując zapas słoików dla swojego ptysia, babcia pasie Cię na zapas, żebyś przypadkiem nie schudł z dala od jej troskliwych oczu, a Ty karmisz się opowieściami o studenckim życiu i fantazjujesz, jak kozacko będzie imprezować, pić, podrywać dziewczyny (lub chłopaków) w klubach i wracać z nimi „na chatę”. Własną chatę. Opłaconą z pieniędzy rodziców, oczywiście.

Może być tak, że już nigdy nie będziesz bawił się równie dobrze, jak na studiach. To ostatni okres w Twoim życiu, w którym ujdzie Ci na sucho puszczenie pawia z balkonu albo bycie zalanym w trupa o 11 rano. Przez te kilka lat to wciąż jeszcze będzie zabawne dla Twojego najbliższego otoczenia i w miarę akceptowalne poza nim. To czas, w którym możesz udawać debila, być nieodpowiedzialnym, nie prać skarpet i źle się odżywiać. Twoje prawo. Cokolwiek głupiego zrobisz, możesz wszystko złożyć na karb „bycia studentem”.

Studia to taka mityczna kraina, w której wódka leje się strumieniami, człowiek nigdy nie wstaje przed południem, a uczy się dwa razy w roku, kiedy nadciąga sesja. Cały dowcip polega na tym, że przy spełnieniu kilku warunków możesz, zgodnie z opowieściami starszych znajomych, naprawdę przeżyć przygodę swojego życia. Pytanie, czy tego chcesz? Nie spiesz się z odpowiedzią. Przekonasz się w trakcie. W dzisiejszym odcinku:


Studia – część pierwsza



 

I. Można skończyć studia, w ogóle się nie ucząc

Zależy od kierunku, ale ogólnie – tak. Celują w tym zwłaszcza wydziały humanistyczne renomowanych państwowych uniwersytetów. W najgorszym wypadku trzeba pouczyć się dwa razy w roku, w okolicy sesji. Sprawa jest prosta: jeśli przyszedłeś tu zmarnować swój czas, „zrobić magistra” i wyjść jako idiota z tytułem, droga wolna, powinno Ci się udać. Setki magistrów w kraju są na to dowodem, ja nie jestem, bo wciąż pozostaję idiotką bez magistra. Jeśli natomiast interesuje Cię temat, chcesz brać udział w zajęciach i czytać zadane lektury, przez egzaminem może okazać się, że nie musisz się przesadnie wiele uczyć, bo sporo pamiętasz z wykładów.

Wielu mądrych ludzi zadaje sobie pytanie, czy w takim razie w ogóle warto iść na studia. Osobiście jestem zdania, że wcale niekoniecznie, wszystko zależy od zamiarów: moim zamiarem było robić doktorat i żyć w nędzy, za to pławiąc się we własnej wiedzy. Nie udało mi się ani jedno ani drugie (ta część z nędzą to i owszem), bo życie często weryfikuje plany i najpierw poniósł mnie melanż, a potem wyrzucił gdzieś na przystanku W Dupie Ciemnej i dopiero ostatnio udało mi się złapać jakiś PKS opuszczający tę dziurę. Chociaż w dalszym ciągu nie wiem, czy nie jadę w kierunku jeszcze gorszym.

Na AGH i uczelniach tego typu być może da się w ogóle nie uczyć i zdać, ale nie znam nikogo, komu się to udało. Na politechnikach nie jest wiele lepiej (nie mówię tu o studiach typu „filozofia na politechnice”), ale jak to mówią – dla chcącego nic trudnego. Obecny system edukacyjny promuje zdolnych leni (patrz: ja – przez prawie 20 lat kształcenia każdego dnia odkrywałam jak wielu rzeczy można nie robić, jeśli jest się wystarczająco wyszczekanym i szybko kojarzy fakty) i wystarczy działać tylko według wzoru: im większy współczynnik lenistwa, tym wyższa musi być zdolność. Oraz bezczelność. Jeśli człowiek się tego trzyma, jest z górki.

Jeśli natomiast poszedłeś na studia, żeby zdobyć wiedzę… tu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Nikt nie będzie Ci w tym specjalnie przeszkadzał, ale na znaczącą pomoc też nie licz. To nie przedszkole. Jeśli będzie Ci zależało, na pewno ktoś poświęci Ci czas. Ale nie bądź dzieckiem i nie oczekuj, że ktoś przypilnuje, czy masz odrobione lekcje, umyte uszy i czy przeczytałeś zadaną lekturę. To Twoje życie i Twój czas. Możesz zmarnować go w taki sposób, jaki uznasz za najlepszy. Bo studia są dla dorosłych. Po prostu. Szkoda, że człowiek idzie na nie zwykle wtedy, kiedy jest jeszcze młody i durny.


II. Nie trzeba chodzić na zajęcia!

W zależności od kierunku będziesz miał do czynienia z kilkoma rodzajami zajęć:

wykłady zwykle nie są obowiązkowe, chociaż trafiają się formaliści, którzy sprawdzają na nich obecność lub puszczają po sali listę obecności; w 90% przypadków nie trzeba na nie chodzić, ale to właśnie z tej wiedzy będziesz egzaminowany podczas sesji – jeśli nie chce Ci się wstawać rano lub masz coś ważniejszego do zrobienia, upewnij się najpierw, że ktoś pożyczy Ci notatki; niektórzy wykładowcy patrzą też podczas egzaminu przychylniej na studentów, którzy mieli w semestrze dobrą frekwencję – czasami nawet deklarują, że obecność na wszystkich wykładach podnosi ocenę;

laboratoria i warsztaty – osobiście nie miałam zbyt wielu, ale z tego co wiem – bezwzględnie obowiązkowe, poprawcie mnie, jeśli się mylę;

ćwiczenia uzupełniają wykłady; na studiach humanistycznych wyglądają najczęściej tak, że omawia się zadaną wcześniej do domu lekturę; lektura może mieć 20 stron (filozofia) albo 1000 stron (historia); listę z lekturami dostaniesz prawdopodobnie na pierwszych zajęciach, więc możesz już pierwszego dnia iść do biblioteki i zrobić sobie odpowiednie ksera, co bardzo polecam; możesz także kupić sobie odpowiednie książki, ale pamiętaj, że takich przedmiotów będziesz mieć w ciągu najbliższych lat kilkadziesiąt, więc nie szalej; na to, że wypożyczysz książkę z wydziałowej biblioteki dzień przed terminem, raczej nie licz; ćwiczenia są obowiązkowe i zazwyczaj sprawdza się na nich obecność – prowadzone są w kilkunastoosobowych (u mnie było to max 20 osób) grupach i jeśli będziesz aktywny, prowadzący (czasami jest to ta sama osoba, która prowadzi wykład, najczęściej jednak profesorowie nie schodzą do ludu i wysyłają swoich doktorantów) zapamięta Cię i weźmie to pod uwagę podczas zaliczenia; żeby zostać dopuszczonym do egzaminu, musisz bowiem zaliczyć ćwiczenia – niektórzy prowadzący zadowalają się brakiem nieobecności, inni organizują „taki mały test”, który nierzadko jest trudniej zdać niż sam egzamin; zwyczajowo dopuszcza się tu jedną lub dwie nieobecności w semestrze, każda następna musi być odrobiona na dyżurze (tzn. musisz zdać ustnie materiał z zajęć), czasami usprawiedliwiona przez lekarza. Usprawiedliwienia od mamy się nie liczą; ćwiczenia SĄ WAŻNE, jeśli nie najważniejsze – o ile do egzaminu przygotujesz się z książek, to interpretacji niektórych tekstów (uwierz mi, są rzeczy, na które sam nie wpadniesz) nie znajdziesz w internecie, a Twoi nowi koledzy niekoniecznie zechcą pożyczyć Ci notatki; prawdopodobnie nawet najbardziej pobłażliwy prowadzący nie zaliczy Ci ćwiczeń, jeśli twoja frekwencja spadnie poniżej 51%, niezależnie od tego, czy powodem Twojej nieobecności była dżuma, choroba stóp czy pies, który zeżarł Ci zeszyt.

seminarium – kurs przygotowujący do obrony, na razie nie Twój problem; są jeszcze proseminaria, ale to już jest wiedza zaawansowana

lektoraty – kursy z języków obcych; bardzo obowiązkowe, zakończone zwykle egzaminem na poziomie B2 (w angielskim upper intermediate)

WF – to nie żart; i są to zajęcia obowiązkowe; istnieje ryzyko, że jeśli będziesz miał zwolnienie lekarskie, każą Ci co tydzień grać w szachy na jakiejś śmierdzącej sali gimnastycznej albo będą wypuszczać na spacerniak z grupą równie wrogich sportom, co Ty – jeśli nie jesteś trwale uszkodzony fizycznie, to po wygaśnięciu zwolnienia i tak mogą się o Ciebie upomnieć; na niektórych uczelniach można za to chodzić na basen lub aerobik, grać w ramach zajęć w tenisa albo uprawiać wspinaczkę na ściance; w większości wypadków nie przypomina to szkolnego, ogólnorozwojowego WFu, a raczej konkretne treningi; trzeba chodzić; ja nie chodziłam za często i pod koniec roku miałam do odrobienia 13 godzin; wiecie, jak ciężko jest odrobić 13 godzin treningów w 3 dni?


III. Student nigdy nie ma na jedzenie, ale na alkohol i fajki zawsze znajdzie

W zasadzie prawda. Pamiętam imprezy, na które wychodziłam (a raczej: na które byłam wywlekana za szmaty), mając 2zł w portfelu i z których wracałam prawie na czworaka, ale wciąż będąc w posiadaniu tych ostatnich 2zł. Imprezując dużo, zawsze zna się barmanów, DJów, klubowych fotografów, ludzi, którzy coś oblewają i stawiają flaszkę albo po prostu jest się dziewczyną i stoi o parę minut za długo samotnie przy barze. Innym razem człowiek jest bardziej przy kasie i wtedy to on oblewa, stawiając flaszkę, a w efekcie poznaje wielu nowych ludzi, którzy przy następnej okazji poczęstują papieroskiem albo wpadną na Twoją domówkę z nadprogramowym alkoholem. I koło się zamyka.

I tak to właśnie jest, na tych studiach.



Porozmawiajmy o pieniądzach
Bardziej