Ładni ludzie robią ładne rzeczy
Radio tattwa z dna szafy

Jakiś czas temu Malvina Pe. popełniła taki oto tekst, który przyprawił mnie o kwik radości i lekką nostalgię jednocześnie. Kiedy skończyłam już wyć ze śmiechu, przypomniały mi się bowiem czasy szczenięce spędzone na Śląsku, a dokładniej – w Gliwicach (jeszcze dokładniej: w Żernikach). Jako że rodzina moja korzeni śląskich nie posiada, byłam w zasadzie jedynym chyba dzieckiem w okolicy nieposiadającym babci w Niemczech i nieotrzymującym z tego tytułu lalek Barbie oraz klocków Lego przy każdej możliwej okazji.

Cóż, to jeszcze nie było takie złe – ostatecznie i tak wolałam książki. Gorzej, że z niemieckiego, na który matka moja zapisała mnie potajemnie, wbijając mi dodatkowo nóż w plecy rozszerzonym wymiarem godzin, miewałam zazwyczaj trójczynę, w porywach ambicji czwórkę, ale okupioną płaczem i rzucaniem podręcznikiem do tego przeklętego języka o ścianę. Do momentu, kiedy w moim życiu pojawiła się fizyka na poziomie gimnazjalnym, był to jedyny przedmiot, którego szczerze nienawidziłam. Tak przynajmniej mi się wydawało. Smak prawdziwej nienawiści poznałam przecież dopiero przy okazji romansu z napięciem i natężeniem. Dość jednak powiedzieć, że podstawówkę skończyłam (dziękuję, mamo) z wbitym na świadectwo językiem niemieckim ojczystym i po 6 latach zakuwania znam dzisiaj dwa słowa i to w dodatku bez rodzajników: Erwachsenen oraz Meerschweinchen. Trudno powiedzieć, dlaczego.

Z czasów tych zostało mi także szalone obrzydzenie do germanizmów, które przełożyło się na narastającą niechęć do gwary śląskiej. Nie pomogło zapewne powtarzane w domu i szalenie motywujące „język wroga trzeba znać” ani niemiecka wymowa, która nawet niewinnego motylka każe nazywać der Schmetterling, a określając ambulans mianem der Krankenwagen sprawia, że człowiek w zasadzie od razu gotów jest umierać. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy. I tego.

Gwara śląska, która zasługuje w zasadzie chyba na nazywanie jej osobnym językiem, bo bez słownika się, człowieku, nie dogadasz z autochtonami, obfituje w przeróżne smaczki, spośród których te bezpośrednio zaczerpnięte z niemieckiego słowa odmieniane według polskich przypadków i liczb stanowią zjawisko bynajmniej nie najdziwniejsze. Matka moja do dziś wspomina swoją przeprowadzkę z centrum miasta na koniec świata zwany Żernikami, gdzie wiatr zawraca i zwijają asfalt po 22.00. Została wówczas powitana jak swoja słowami dzioucha, ale twój fater mo flugenty! czy coś w ten deseń, państwo wybaczą, gramatyka tego dialektu mnie przerasta. Pamiętam – jakby to było dzisiaj – kumpla, który na lekcji niemieckiego próbował mi wyjaśnić, czymże do cholery ciężkiej jest die Schleife, używając słowa szlajfka i będąc wielce w szoku, że nie nabiegam, o co mu chodzi. Państwo nabiegają?

Wspominałam nie raz i nie tysiąc, że kocham język. Znaczy, słowa lubię – mniejsza z tym, z jakiego pochodzą języka, mają brzmieć i wyrażać. A to, czy w efekcie mieszam slang z terminologią naukową, angielski z niemieckim i rusycyzmy z rdzennie polskimi słowami, obchodzi mnie już mniej. I to, co niektórzy chcieliby nazywać języka zanieszczyszczaniem, ja określam mianem tego języka rozwijania i nie lubię wielce purystów, którzy zawsze tylko pełnym zdaniem i bez potocyzmów, bo mam wrażenie, że człowiek, który mówi językiem martwym, nie ma duszy. A wszystko, co się nie zmienia, jest martwe z natury.

Pamiętam więc, jak mówiło się, że jadę kajś na kole, czyli na rowerze po prostu, dla odróżnienia od jechania gdzieś baną, czyli tramwajem. Logiczne jest zatem, że autobana to autostrada. W tych uroczych chwilach, kiedy moi koledzy rozmawiali między sobą, a ja chłonęłam te dziwne słowa, nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, jak wiele z nich nie należy do tego czystego, wypieszczonego języka polskiego, którego za chwilę będą od nas wymagać nauczyciele, nierzadko jeszcze do dziś tępiący w szkołach regionalizmy z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy.

Wstydźcie się, serio.

Koniec końców wyrosłam z niechęci i do niemieckiego i do śląskiego, na co ogromny wpływ miało uświadomienie sobie, jak wiele spośród słów, którymi się posługuję, nie znajduje swojego miejsca w słowniku poprawnej polszczyzny. Mówię więc często, że ufifrałam się lub wręcz ufajdałam kiedy przydarzy mi się wybrudzić czymś nikczemnie – na przykład, kiedy się wykopyrtnę i malowniczo zaryję twarzą w glebę. Chociaż rzucam, a nie ciepię, to jednak, gdy przychodzi do pieniądzy i obowiązkowej zrzutki na coś, nazywam ją po mojemu i sugeruję, że moglibyśmy się ściepnąć.

Rodzicielka moja koniec końców także przesiąkła tym dialektem, ku zgrozie babci, rodowitej lwowianki, która nawet wołając swojego męża a mojego dziadka na obiad, używa pełnych zdań. I dlatego też babcia oferuje mi kanapkę, a matka rodzona nie raz i nie dwa pakowała mi do szkoły klapsznity, czyli zestaw złożony z dwóch sznit oraz łączącego je wypełnienia, które to ustrojstwo zwiemy obecnie z hipsterska sandwiczem, bo który szanujący się lokal oferowałby swoim brodatym i kraciastym klientom zwykłe kanapki. Jak to w ogóle brzmi – kanapka. Jak dla plebsu. Nie to, co sandwicz, taki ładny, amerykański.

Dialekty mają jednak to do siebie, że potrafią się przenikać i mieszać, infekować inne regionalne odmiany języka jak wirusy. Jak pchły. A człowiek robi za tego kundla, co to roznosi całe tałatajstwo po Polsce we wszystkich kierunkach. I chociaż zapamiętałam, że nogi to szłapy (używane chętnie zwłaszcza w określeniu do stóp np. w kontekście owej szłapy rozmiaru), tak przyjaźń z dziewczyną pochodzenia nowosądeckiego nauczyła mnie, że mogą być to także syry. I chociaż nikt nigdy nie przekona mnie, że stoję – z krakowska – na polu lub co gorsza, z warszawska, na dworzu, to jednak zachwyca mnie rzekomo małopolski przymiotnik skowyrny, który (przyznajmy to wprost) najlepiej brzmi w połączeniu z cyckami. Skowyrne cycki. Bogowie!

I tak oto, kiedy coś zepsujesz w mojej obecności, powiem Ci, żeś zmaścił, a kiedy obudzisz mnie rano, grzechocąc czymś w sposób wybitnie denerwujący, wrzasnę, żebyś skończył szelontać. Bo jestem ze Śląska. Ale wiem jedno: to, że człowiek urodził się w stajni, nie oznacza, że jest koniem, więc z więziennej grypsery zapożyczam kopsnij szluga i używam tego wyrażenia z lubością zwłaszcza wtedy, gdy odstrzelona jak stróż w Boże Ciało bawię się w damę. Bo lubię kontrasty. Bo matka, wyrażając dezaprobatę, nazywała mnie makolągwą (lub bździągwą nawet) i cholera wie, skąd to określenie pochodzenia ptasiego wytrzasnęła, bo na pewno nie ze śląskiej gwary. Podobnie zresztą jak dziadek, wymyślający ludziom nierzadko od czereśniaków.

Łańcuch na opasłej dresiej szyi już zawsze będzie dla mnie ketą (śl.), a dobra impreza – oporowym melanżem. A między to wszystko radośnie i beztrosko wrzucam sobie te moje paradygmaty i immanencje, Kanty i Schopenhauery, okraszając anglicyzmami i modląc się o to, żeby ktoś trwale przywrócił językowi łapserdaka, szelmutkę i nawet germańskiego huncwota.

***

Pozostałe odsłony cyklu znajdziecie u Olgi, Justyny i pozostałych dziewczyn, do których blogów linki pojawią się wkrótce. A może sami macie wystarczająco wiele takich wyrazów, żeby skleić z nich własny tekst? Jeśli tak, pamiętajcie tylko o oznaczeniu go na FB i Twitterze hashtagiem #jezykipolskie i wklejcie link w komentarzu! Jeśli nie blogujecie lub po prostu Wam się nie chce, a chcielibyście podzielić się czymś z innymi dziećmi, rzućcie swoimi słówkami poniżej.

 

Ładni ludzie robią ładne rzeczy
Radio tattwa z dna szafy