Posłuchaj, to do Ciebie
Szorty kulturalne vol. 25, czyli animacja nie dla dzieci

Od pewnego czasu sporo myślę o śmierci, tak po prostu. To wdzięczny temat do snucia refleksji, do wygłaszania wewnętrznych monologów – nie trzeba martwić się o nadmiar patosu, rozważać, czy nie przekracza się granic. Myślę sobie, że ma to chyba jakiś związek z dorastaniem – zastanawiam się tylko nad nomenklaturą: kiedy właściwie przestajemy dorastać, a zaczynamy się starzeć? Dlaczego nie możemy być jak owoce, dojrzewać aż do śmierci i odchodzić w pełni chwały, na moment przez szybkim obróceniem się w zgniliznę i popiół?

Ostatnio niepostrzeżenie dokonała się we mnie jakaś przemiana: zostałam panią Magdą. Chociaż przybliża mnie to trochę do umierania, wciąż nie widzę zmian w lustrze. Dbam o siebie bardziej i śpię dłużej, z jeszcze większą niż kiedyś przyjemnością celebruję samotność – do tego stopnia, że 27. urodziny spędzałam w ciszy, celebrując spożywanego solo burgera, a następnie brak towarzystwa na siedzeniu obok w kinowej sali. Lubię te momenty, kiedy zostaję sama we własnej głowie i rozmawiam ze sobą. Zabawiam się wówczas konwersacją i wściekam na siebie, kiedy nie mam racji, gdy wygaduję bzdury. Fantazjuję o tym, co zrobię i jak to osiągnę, snuję niecne plany objęcia władzy nad światem.

Czasami jadę autobusem i odtwarzam w głowie fragmenty przemówień generała Andersa do II Korpusu Polskiego pod Monte Cassino. Potrafię sama sobie wycisnąć łzy z oczu, wzruszyć się wielkimi słowami. Sam rozumiesz – praca, pewne rzeczy nie pozostają bez wpływu na życie osobiste i na tory, po których biegną moje myśli. Ścigają się ze sobą, wariatki, nie patrząc zupełnie pod nogi. Biegając, zabiegają o moją uwagę, o prawo do głosu.

Innym razem idę przed siebie, w słuchawkach niby Bartók, ale pod czaszką mam tylko Modern Talking i pamiętam – sama nie wiem czemu – że matka Bebe B. z książki Musierowicz o tym samym tytule miała popiersie Béli, chyba na fortepianie i właśnie dlatego kupiłam nuty do „Tańców rumuńskich” i planowałam takie samo popiersie stawiać na regale z książkami. Czy chciałam zostać matką Beaty Bitner, Józefiną? Zawsze byłam wielką fanką bycia pretensjonalną do granic możliwości.

Kiedy miałam 6 lat, wiek, który osiągnęłam miesiąc temu, wydawał mi się odległy i godny szacunku. Dekadę później wciąż sądziłam, że to już dorosłość, że człowiek osiąga stan równowagi, wie, czego chce, nie miewa wątpliwości. Chociaż w pewnych kwestiach się nie myliłam, to właśnie wiek podpowiada mi, jak bardzo zmieniły się czasy. Pozwalają nam być wciąż programowo niedojrzałymi, wskazują furtkę w postaci etykietki „millenials”, przyjmują na wiarę, że kiedyś się ogarniemy.

Mówią do mnie pani Magdo! i czuję się wtedy taka duża, jak dwadzieścia siedem i trochę kolorowych kredek albo dwie i pół nogi od drewnianego stołu. Być może czas – naprawdę lubię w to wierzyć – zależy tylko od punktu odniesienia, bo przecież nie czuję się starsza, z wiosny na wiosnę jestem po prostu coraz bardziej.

Co roku wydaje mi się, że wiek, który osiągam, to ten najlepszy i złoty. Korci mnie czasem, żeby poprosić głośno, zacząć się modlić o to, żeby ktoś zatrzymał czas i pozwolił mi zostać tu, gdzie jestem, zawsze jednak ten moment mija szybko, kiedy dochodzi do mnie, że najlepsze przecież dopiero przede mną. Dlaczego miałabym w to nie wierzyć? Ze wszystkich szalonych, głupich rzeczy, które chciałam zrobić za młodu, zostało mi już tylko kilka pozycji na kartce i myślę coraz częściej, że może czas na nową listę i krok naprzód, na określenie nowych priorytetów.

Powtarzam to często: ludzie się nie zmieniają. Być może właśnie dlatego nie jestem fanką rozdawania drugich szans na prawo i lewo, chętniej inwestuję swoją uwagę w dawanie szans pierwszych tym, którzy zdradzają potencjał. Wierzę, że wybacza się przede wszystkim dla siebie, po to, żeby spać spokojnie i uwolnić się od żalu, a cudowne metamorfozy możliwe są tylko w bajkach. Wiesz – tak zupełnie między nami – zdradzę Ci, że uważam, że jestem złym człowiekiem: ostatecznie potrafię czerpać przyjemność z cudzego cierpienia. Od tych, których potępiam, odróżnia mnie jedynie to, że trzymam swoje instynkty na wodzy i nie pozwalam sobie czuć gniewu. Moralność postrzegam jako kwestię dobrowolnego wyboru, a nie kaganiec przyzwyczajeń: w pewnym sensie myślę, że panowanie nad tendencją do zła jest rzeczą większą, niż wrodzona skłonność ku dobru.

Mijane na schodach dzieci mówią mi dzień dobrymemento mori, wszyscy umrzemy, myślę do siebie i przed oczami mam swoje błękitne sukienki, które nosiłam 20 lat temu, kiedy wydawało mi się, że schody są takie duże, a ja taka mała, a mijani po drodze ludzie są martwi w środku i tacy starzy, że nie rozumieją już, jak to jest, doświadczać świata każdym nerwem, każdą komórką ciała.

A przecież tak naprawdę nic się nie zmienia. To tylko odliczanie do zera trwa jakby trochę dłużej.

 

Posłuchaj, to do Ciebie
Szorty kulturalne vol. 25, czyli animacja nie dla dzieci