Ależ... pani Magdo!
Nowa rewolucja przemysłowa: wywiad z Dominiką Słowik, autorką książki "Atlas: Doppelganger"

Szalenie drażni mnie, kiedy ktoś sprowadza animację do „bajki dla dzieci”. Trudno to nastawienie nazwać inaczej, niż niedoinformowaniem: ostatecznie świadczy o tym, że delikwent nigdy w życiu nie zetknął się z „Walcem z Baszirem” czy „Królem świń”, a są to produkcje, o których slyszeć przynajmniej wypadałoby, nawet jeśli ktoś ich nie oglądał. Druga sprawa, że owa „bajka”, którą zdarza się niektórym traktować protekcjonalnie, nierzadko głębią sensów przewyższa obrazy dla dorosłych wyświetlane w multipleksach. A zaskakujące jest to, że chociaż z taką łatwością przychodzi mi stworzenie w myślach listy 10 mądrych animacji dla dzieci, które przemycają naprawdę głębokie treści pod baśniową powłoką, niezwykle trudno jest mi znaleźć propozycje dla młodzieży na podobnym poziomie.

Zastanówcie się – znacie jakiś film dla nastolatek tak dobry jak „Ponyo” Miyazakiego czy „Lorax”? Ano właśnie. Czyżby był to znak, że ludzie z wiekiem robią się coraz głupsi?

W przypadku anime jest jeszcze gorzej: krzywdzące skojarzenie z „Dragon Ball” i „Czarodziejką z Księżyca” rzutuje na ocenę całości. Nie mam przy tym na myśli, że dwa wymienione seriale są słabe, bo w swojej kategorii każdy z nich jest dziełem praktycznie kultowym, są  jednak produkcjami rozrywkowymi i to skierowanymi raczej do młodszego widza. Ale przecież japońska animacja to nie tylko seriale z wielkookimi heroinami! Wystarczy rzut oka na psychodeliczną „Paprikę” czy kompletnie obłąkane „Mind Game”, żeby przekonać się, jakie bogactwo treści i formy oferuje ten gatunek.

W dzisiejszej odsłonie szortów chciałabym podrzucić Wam kilka animowanych produkcji, z którymi warto się zapoznać. Nie szukajcie wymówek, po prostu poświęćcie im czas. A jeśli ta lista jest dla Was zbyt krótka, zajrzyjcie tutaj.

 

***

Moje życie w pigułce:

– Co robisz?

– Piszę tekst. O animacji dla dorosłych.

– Porno?

– Nie, o…

– Właśnie straciłem zainteresowanie tą rozmową.

(rozmowy z Paulo)
 
pobrane

1. Persepolis (Persepolis, reż. Vincent Paronnaud, Marjane Satrapi, 2007) – 8/10

Adaptacja głośnego komiksu o tym samym tytule – nawet jeśli nie jesteście fanami opowieści graficznych, warto zaopatrzyć się w ten tytuł, nie tylko ze względu na ważny temat. Autentyczne wspomnienia autorki, Marjane Satrapi, z czasów rewolucji islamskiej w Iranie z jednej strony zaskakują ironicznym poczuciem humoru i dystansem do opisywanego świata, z drugiej – zawierają przestrogę przez radykalizmem i fanatyzmem. Życie mieszkańców Teheranu zmienia się szybko i nieoczekiwanie, kiedy do głosu dochodzi nowa władza: to, co wydawało się niemożliwe i nieprawdopodobne, staje się faktem. Satrapi uświadamia, że nie istnieją proste odpowiedzi, a reżim nie zawsze oznacza to, z czym go kojarzymy. Rewolucja natomiast niekoniecznie jest drogą do wyzwolenia – w większości przypadków wiedzie jedynie do zmiany jednego systemu opresyjnego na inny, być może nawet gorszy.

Prosta forma idealnie pasuje do wspomnieniowego charakteru tej opowieści, zawierającej wzruszające nierzadko okruchy życia rodzinnego przefiltrowane przez dziecięcą pamięć i sposób postrzegania. Stopniowo nabywana świadomość zmienia percepcję i wiedzie do zaskakujących wniosków, oporu wobec narzuconych zasad, buntu. Tęsknota za utraconą krainą zapamiętaną z najmłodszych, szczęśliwych lat życia i jednoczesna próba odcięcia od korzeni wywołuje w bohaterce dysonans: jednocześnie kocha i nienawidzi, opiera się i czuje się przyzywana. „Persepolis” to historia dojrzewania i filozoficzna refleksja nad zmieniającym się światem, zawierająca wnikliwy osąd sytuacji politycznej i odważne wnioski, w której Zachód zderza się ze Wschodem. Satrapi celnie punktuje błędy w myśleniu i przekłamanie wynikające z niezrozumienia, podkreślając przy tym ogromną rolę tożsamości narodowej i rodzimej kultury w kształtowaniu świadomości.

 
spring-spirit

2. Fantazja (Fantasia, reż. James Algar, Samuel Armstrong, Ford Beebe, Norman Ferguson, Jim Handley, T. Hee, Wilfred Jackson, Hamilton Luske, Bill Roberts, Paul Satterfield, Ben Sharpsteen, 1940)- 9/10;

Fantazja 2000 (Fantasia/2000, reż. Don Hahn, James Algar, Gaëtan Brizzi, Paul Brizzi, Hendel Butoy, Francis Glebas, Eric Goldberg, Pixote Hunt, 1999) – 9/10

Niewiele widziałam w życiu animacji piękniejszych niż „Fantazja”. Te dwa filmy traktuję jako całość z uwagi na ich charakter – każdy składa się z 8 oddzielnych segmentów ilustrujących dzieła wybitnych kompozytorów. Jako takie, przeznaczone są przede wszystkim dla estetów lubiących eksperymenty z formą oraz dla entuzjastów muzyki klasycznej. Czajkowski, Strawinsky, Schubert, Beethoven, Gershwin i inni klasycy to już wystarczający powód, żeby przynajmniej rzucić okiem, a przepiękne animacje – od tych typowo disneyowskich z Kaczorem Donaldem i Myszką Miki aż do wizualnie porażających dzieł sztuki (moje ulubione to taniec wielorybów i sekwencja o wiośnie, czy też esencji życia) to niekończące się pasmo niezapomnianych wrażeń wizualnych.

Pierwsza odsłona „Fantazji” nie została należycie doceniona – film nie zebrał dużej publiczności i szybko został zapomniany. Nie pomogła mu także rekomendacja wystawiona przez Dzieci Kwiaty – miłośnicy LSD docenili psychodeliczny potencjał produkcji i szaloną wyobraźnię twórców, jednak ta reklama sprawiła, że szpule z filmem na długo trafiły do archiwów, potępiane przez kina i część społeczeństwa. Dopiero kiedy przypomniano sobie o tym obrazie w latach 90., okazał się on przebojem wśród widowni i od razu pojawił się plan wyprodukowania kontynuacji. Dziś obydwa filmy to jedna z tych rzeczy, które naprawdę warto mieć na półce w formie ekskluzywnego wydania z dodatkami: niewiele jest filmów, w przypadku których „making of” stanowi materiał tak fascynujący.

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z tym filmem – pamiętam jedynie, że zobaczyłam zwiastun w kinie zaraz po zapowiedzi „Dinozaura” i od tej pory nie mogłam była doczekać się premiery. Wynika z tego, że miałam wówczas ok. 10 lub 11 lat. „Fantazja” zrobiła na mnie dokładnie takie wrażenie, jakiego się spodziewałam – do dziś cieszę się, że było mi dane oglądać to widowisko na dużym ekranie. Mieszanka stylów, kresek, nastrojów i dźwięków zamkniętych w krótkich urzekających formach to propozycja, którą można raczyć się powoli, oglądając po 1-2 sekwencji dziennie lub zachłannie chłonąc obrazy przelewające się przez ekran i tętniące energią.

 

ghost-in-the-shell

3. Ghost in the Shell (Kôkaku kidôtai, reż. Mamoru Oshii, 1995) – 8/10

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? „Ghost in the Shell” to jeden z tych filmów, który samodzielnie mógłby obronić honor anime. Ta stanowiąca klasykę cyberpunku produkcja jest adaptacją mangi o tym samym tytule (autor: Masamune Shirow). Pod sensacyjną, mroczną fabułą, kryje skomplikowany system filozoficzny i budzi wątpliwości natury etycznej. Gdzie przebiega granica między maszyną a człowiekiem?

Główna bohaterka, Mokoto Kusanagi, jest dowódcą ściśle tajnej jednostki (Sekcja 9) zajmującej się ściaganiem cyberprzestępców. Chociaż posiada ludzki mózg, Kusanagi jest prawie w całości cyborgiem – jej sztuczne ciało pozwala bohaterce na użycie nieprzeciętnej siły, zapewnia nadludzką wytrzymałość. Przeciwniki Sekcji 9, tajemniczy Władca Marionetek, jest poważnym wyzwaniem: nieuchwytny i nienamierzalny, nie pozostawia śladów po swoich zbrodniach, których dokonuje, przejmując kontrolę nad ciałami niczego nie świadomych ofiar. Okazuje się jednak, że przestępca jest kimś więcej niż zwykłym hakerem: pościg za nim postawi Kusanagi w sytuacji obarczonej poważnymi dylematami i zmusi do podjęcia trudnych decyzji. Decyzji, które zmienią sposób postrzegania problemu tożsamości i człowieczeństwa – nie tylko w samej Mokoto, ale również w umyśle widza.

Tytułowy ghost jest w założeniu esencją tego, co ludzkie: dopóki zostaje nietknięty, można mówić o świadomości i o istocie w pełni ludzkiej. Człowiek nie ma natury dualnej i nie składa się w tym ujęciu z ducha i materii – stanowi holistycznie traktowany system o wysokim stopniu złożoności: Kusanagi nie jest zatem „ludzka” dzięki posiadaniu ludzkiego mózgu, lecz dzięki starannej rekonstrukcji sieci neuronowej, której mózg jest jedynie częścią. Możliwość dokonania owej rekonstrukcji niesie za sobą jednak konsekwencje: czy zbrodnia popełniona przez przestępcę jest wynikiem błędu systemowego czy może wyborem? W świecie Shirowa okoliczności wykroczeń są zawsze drobiazgowo badane: defekty organizmów naprawia się, puszczając przestępstwo w niepamięć, konsekwencją złego wyboru dokonanego przez ducha jest śmierć świadomości: de-ghosting.

„Ghost in the Shell” przedstawiając rozterki tytułowego ducha zamkniętego w skorupie, powłoce, stawia przed odbiorcą szereg pytań o odpowiedzialność, istotę wolnej woli, o to, w jakim stopniu świadomość determinowana jest (i ograniczana) przez fizyczność. Kusanagi ewoluuje – początkowo z kobiety w cyborga, zatracając w którymś momencie biologiczną płeć, następnie stając się istotą cybernetyczną, wolną od ograniczeń ciała. Ta nirwana obciążona jest konsekwencją w postaci zatracenia jednostkowości, jednak niesie za sobą połączenie z innymi świadomościami na poziomie najbardziej elementarnym, jak to tylko możliwe.

Jak każde dobre sci-fi, „Ghost in the Shell” stanowi rozbudowaną refleksję na temat przyszłości rasy ludzkiej i jej perspektyw w świecie, w którym miękkie, słabe, podatne na uszkodzenia ciało biologiczne przegrywa nierówną walkę z maszyną. Każe zastanawiać się, w jakim stopniu byt określa świadomość, na ile jesteśmy niewolnikami swojej fizyczności – być może niezdolność do przekroczenia pewnych granic myślowych jest efektem właśnie tej ułomności? A może, z drugiej strony, uczucia wyższe, z których jesteśmy tak dumni, wynikają właśnie ze świadomości, jak krucha i przemijająca jest nasza ziemska powłoka? Czy bylibyśmy zdolni do empatii nie znając bólu i cierpienia?

Czy bylibyśmy wtedy wciąż ludźmi?

 

steamboy

4. Steamboy (Suchîmubôi, reż. Katsuhiro Ohtomo, 2004) – 8/10

Paulo śmieje się, że tytuł tej animacji brzmi jak zapowiedź filmu porno o młodym, chętnym do swawoli ogierze. Tym, którzy sądzą podobnie, spieszę wyjaśnić: nic z tych rzeczy. Ta, mam wrażenie, raczej słabo znana produkcja nigdy nie doczekała oficjalnej premiery w Polsce – a szkoda. Klimaty steampunkowe traktowane są nad Wisłą nieco po macoszemu, że o dieselpunku nie wspomnę. Ten fakt naprawdę martwi i martwić powinien, biorąc pod uwagę, że gatunek daje ogromne możliwości zaprezentowania efektownej rozpierduchy na ekranie, a efektowna rozpierducha to przecież to, co tygrysy lubią najbardziej.

Destrukcja ma w sobie coś pociągającego – to była moja pierwsza myśl zaraz po seansie. Historia chłopca, który za pomocą swoich sprytnych maszyn próbuje ochronić miasto przed zakusami złych facetów z niecnymi planami, to prawdziwy jackpot dla tych, którzy stęsknili się za dobrymi, sprawnie opowiedzianymi historiami przygodowymi. „Steamboya” można obejrzeć samotnie, karmiąc oczy widokami potężnych machinerii i widowiskowych wybuchów: pół Londynu (rzecz dzieje się bowiem a Anglii) obraca się tu w perzynę, a dopieszczona animacja zaspokoi potrzeby nawet najbardziej wymagających estetów. Z drugiej strony to dobry pomysł na spędzenie wieczoru z dzieckiem zainteresowanym techniką, małym geekiem zdradzającym pociąg do dłubania w mechanizmach.

Ta szalenie droga produkcja poniosła spektakularną klęskę finansową. Krytycy zarzucają jej niedopracowany scenariusz i braki w fabule – osobiście sądzę, że to bezpodstawne argumenty. „Steamboy” nie jest z pewnością arcydziełem, ale wszelkie uchybienia w scenariuszu nadrabia spektakularną stroną wizualną i dbałością o detal. Warto zobaczyć.

 

pobrane (1)

5. Sklep dla samobójców (Le Magasin des suicides, reż. Patrice Leconte, 2012) – 7/10

Mishima (poleca samurajskie miecze), Lukrecja (ta od trucizn), Marylin (z nadwagą) i Vincent (bardzo depresyjny) – co za rodzina! Ten piękny obrazek psuje jedynie najmłodszy potomek wspaniałego klanu – ale ostatecznie czego można się spodziewać, kiedy nadaje się dziecku imię Alan? Prowadzony przez ekscentryczną rodzinę sklep z artykułami dla samobójców prosperuje świetnie, jednak rumiany i roześmiany szkrab psuje interes, podnosząc niedoszłych klientów na duchu i dając im wiarę w lepsze jutro.

Jeśli dobrze pamiętam, to chyba brat Zwierza powiedział, że (parafrazuję) pewne rzeczy uchodzą na sucho tylko frankofonom. Miał rację. Gdyby za tę animację zabrał się Tim Burton, skopałby to bez mała, tak jak większość produkcji, których się dotknął. Chociaż Kasia miała na myśli coś innego, jestem zdania, że ten przyciężkawy temat z podobną finezją i lekkością mogli zrealizować tylko Francuzi, bo Amerykanom zwyczajnie brakuje do tego polotu. Musieliby też wyjąć najpierw kij z tyłka i zaniechać śmierdzącej na kilometr hipokryzją pruderii, a to, jak wiemy, prędko raczej nie nastąpi. To krzywdzące uogólnienie, ale hej, moja antyamerykańskość nie jest bynajmniej tajemnicą.

Przyjemnością jest już rozszyfrowanie samych imion: stawiam na Yukio Mishimę, Lukrecję Borgię, Marylin Monroe oraz Vincenta Price’a. Macie lepsze propozycje? Im dalej w las, tym lepiej: dopieszczona, piękna kreska pasuje idealnie do atmosfery filmu, dialogi są żywe i naturalne (jako zwolenniczka oryginalnych wersji językowych postawiłam na napisy, chociaż nie mogę odmówić polskiemu dubbingowi wysokiej – przynajmniej zazwyczaj – jakości), a rozbrajające piosenki doprawiają całość do smaku solidną dawką absurdu i grotestki. Być może właśnie tak wyglądałaby rodzina Addamsów, gdyby postanowili zostać mieszczanami i porzucić swoje gotyckie fascynacje?

 
Kongres-T

6. Kongres (The Congress, reż. Ari Folman, 2013) – 9/10

Lubię filmy, które budzą skrajne emocje. Sam fakt, że jedni z moich znajomych oceniają coś na 1/10, a inni – 9/10, jest dla mnie wystarczającym argumentem do poświęcenia czasu. Na „Kongres” czekałam bardzo długo – chociaż nie jestem fanką Lema (nie żebym miała coś przeciwko, po prostu nie przeczytałam wystarczająco wiele, żeby się z nim blisko zaprzyjaźnić), to pierwsze zajawki prezentujące animacyjny rozmach tej produkcji wbiły mnie w ziemię. Cieszę się niezmiernie mogąc zatem powiedzieć, że dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam.

Warto sobie przed seansem uświadomić, że „na motywach” to nie to samo co „ekranizacja” i widz, który będzie szukał tu fabuły „Kongresu futurologicznego” srodze się zawiedzie. Chociaż motyw samego kongresu pojawia się w filmie – a jakże – rzecz dotyczy innych jego gości i zupełnie innej historii.

Entuzjaści „House of Cards” powinni wpisać sobie ten film na listę „do obejrzenia”: Robin Wrigt, występująca tu w swojej własnej osobie, jest w „Kongresie” bohaterką interesującą i złożoną. Była gwiazda kina próbuje zachować nieśmiertelność, zgadzając się na zeskanowanie i zdigitalizowanie swojej postaci. Nigdy się nie zastarzeć. Nigdy tak naprawdę nie odejść. Za cenę usunięcia się z życia publicznego i rezygnacji z tożsamości móc do końca cieszyć się sławą i uwielbieniem. Zostać legendą.

„Kongres” sprawia wrażenie tłumaczenia książki Lema przełożonej na język i symbolikę Fabryki Snów. Totalitarne zagrożenie i halucynogen rozpylany w powietrzu nie tracą swojej wymowy nawet w tej luźnej adaptacji i w odniesieniu do innego świata: dysonans pomiędzy tym, co prawdziwe i światem takim, jakim pragniemy go widzieć, pozostaje równie wyrazisty, jeśli nawet nie bardziej niepokojący. Psychodeliczna animacja sprawia, że seans przypomina transową jazdę bez trzymanki, sen umysłu skąpanego w LSD. Głęboka refleksja na temat ludzkości wliczona jest w cenę.

 

Ależ... pani Magdo!
Nowa rewolucja przemysłowa: wywiad z Dominiką Słowik, autorką książki "Atlas: Doppelganger"