Kupowanie prezentów to jedna z tych czynności, które naprawdę kocham. Mam większą frajdę z wybierania świetnych gadżetów niż z dostawania upominków – zawsze boję się, że pod kolorowym opakowaniem będzie coś strasznie banalnego lub zupełnie nietrafionego, a – przepraszam za to – nie jestem z rodzaju tych, którzy doceniają samą pamięć. Zwłaszcza wtedy, kiedy ta pamięć objawia się na godzinę przed wręczeniem i zmusza obdarowującego do gorączkowej gonitwy po sklepach w poszukiwaniu kubka albo łapania pierwszej książki, która nawinie się pod rękę. Zawsze myślę sobie wtedy, że od kogoś, kto naprawdę nie ma do tego głowy, wolałabym dostać ananasa z Tesco i paczkę żelków, bo po te specjały nigdy nie chce mi się zasuwać do pobliskiej Almy, a bardzo cenię sobie ich obecność w mojej szafce. I w żołądku.

Zdarza mi się kupować prezenty z półrocznym wyprzedzeniem. Zwłaszcza wtedy, kiedy myślę o czymś, co muszę sprowadzić z innego kraju (albo wręcz kontynentu) lub o przedmiotach unikatowych, robionych na zamówienie, spersonalizowanych. Wiem z doświadczenia, że ci, którzy czekają do ostatniej chwili, bardzo często nie dość, że w panice podejmują kiepskie decyzje, to jeszcze znacznie przepłacają – popularne zabawki dla dzieci przed świętami często drożeją, zamiast tanieć, a na allegro próżno szukać naprawdę atrakcyjnych ofert. Z tego powodu pracuję ostro nad poradnikiem prezentowym na święta, który mam zamiar opublikować za kilka dni. Póki co zostawiam Was z kilkoma pomysłami na rozgrzewkę. Poprzednie części cyklu znajdziecie tutaj.

Mikołajki już za kilka dni. Jeśli się pospieszycie, zdążycie zamówić jeszcze prezent online!

 

1. Zegar lub notatnik z płyty winylowej

Ogólnie mówiąc, nie jestem fanką gadżetów do wieszania na ścianie i stawiania na półkach – lubię to, co praktyczne, a jednocześnie efektowne. Muszę szczerze przyznać, że te zegary, chociaż naprawdę podoba mi się koncepcja za nimi stojąca, nie są chyba czymś, co sama powiesiłabym w swoim domu. Z drugiej jednak strony, ja w ogóle nie powiesiłabym w domu zegara, bo przecież na cholerę mi zegar, skoro mam komputer stacjonarny, laptopa i dwa smartfony, a przed monitorem/ekranem spędzam lekko 16-18 godzin na dobę. Notatnik z okładką wykonaną z winylowej płyty przygarnęłabym jednak z przyjemnością – nawet jeśli moja kolekcja superanckich notatników to zbiór dziewiczych, pustych stron zamkniętych między okładkami. Lubię notatniki.

Winylowe zegary z np. Batmanem i postaciami z Breaking Bad oraz notesy znajdziecie w sklepie zdrugiegotloczenia.pl. Dostępne także na koncie allegro firmy (tutaj w niższych cenach, za to z większą ilością wzorów).

1

 

2. Kubki Kinto ze zwierzętami

Te japońskie kubki firmy Kinto rzuciły mnie na kolana, odkąd po raz pierwszy znalazłam je w Bonami – w tej chwili zostało już tylko kilka ostatnich sztuk z jeżykiem. Wykonane z delikatnej porcelany, są efektowne i dopracowane, a przy tym sprawdzają się również w roli nastrojowych lampionów (ze świeczką lub podgrzewaczem w środku). Cena niestety nie należy do najniższych, dlatego jest to dla mnie jedna z tych rzeczy, które chętniej kupiłabym w prezencie niż samej sobie. I tak też zrobiłam.

Sama mam w domu 3 podobne kubki, które Marta wygrzebała we wrocławskiej Renomie – produkcji chińskiej. Sądzę więc, że przy odrobinie szczęścia znajdziecie takie same, tylko tańsze, na Aliexpress.

Oryginalne kubki Kinto z serii Mugtail możecie obejrzeć tutaj.

2

 

3. Butelka na wodę z filtrem z węgla drzewnego black+blum

Jeśli w pracy / szkole / na uczelni nie macie dostępu do stołówki lub nie dysponujecie czasem, żeby biegać gdzieś za żarciem, a codzienne zamawianie posiłków nie mieści się Wam w tej części średniej krajowej, którą co miesiąc przelewają Wam na konto, mogą Wam się przydać zgrabne pojemniki na żarcie i wodę. Analogicznie przydać się mogą osobie, którą chcecie obdarować, a która nosi swoje kanapki do pracy w zawiniątku z folii aluminiowej i reklamówce z Żabki.

Odkąd kupiłam butelkę z wkładem z węgla drzewnego black+blum, w ogóle nie kupuję wody mineralnej – 0,8 l to wystarczająco na ok. pół dnia. Staram się zawsze nalać wieczorem wody, zostawić na noc, a rano w pracy przelać do innego naczynia i przefiltrować sobie świeżą porcją na resztę dnia.

Filtr wystarcza na ok. 3 miesiące przy codziennym używaniu – po tym czasie trzeba go wygotować i można używać przez kolejne 3 miesiące. Po pół roku używania nadaje się tylko do wyrzucenia (można od razu zamówić sobie 1-2 na zapas) – ale wciąż da się go wykorzystać np. w charakterze nawozu do rośliny doniczkowej lub ogródka, jako pochłaniacz zapachów w kociej kuwecie lub – w tym samym charakterze – do butów.

Poza tym butelka wygląda super. I to w sumie przeważyło. Mam czerwoną, ale gdybym teraz miała wybierać, pewnie zdecydowałabym się na niebieską. Inne rzeczy, jak pojemnik na kanapki albo termiczny pojemnik na zupę znajdziecie w sklepie online.

12

 

4. Ręcznie wykonane skórzane etui na Kindle’a

Uwielbiam ręcznie wykonane przedmioty. Chodzi mi przy tym raczej nie o dżinsowe szorty ponabijane ćwiekami przez licealistkę z zajawką na DIY, ale o małe dzieła sztuki z najwyższej jakości materiałów. Takie rzeczy wybieram najczęściej wtedy, kiedy chcę kupić coś skórzanego – okazuje się bowiem, że niezwykle trudno jest znaleźć więcej niż kilka modeli etui, pokrowców, zawieszek czy breloczków wykonanych z naturalnej skóry, a nie z worka na śmieci. Ja wiem, że zwierzęta i życie dla wszystkich, ale jestem organicznie niezdolna do wydania więcej niż 5zł na coś, co jest wykonane z PVC, bo tyle mniej więcej kosztuje rolka worków Jana Niezbędnego. W końcu jakość tych wszystkich kurtek, torebek i butów jest mniej więcej taka sama jak worków Jana, a i zapach wydzielają nawet taki sam.

Chcę, żeby rzeczy, które kupuję, służyły mi przez lata – odkąd wybieram tylko te skórzane, noszę jedne buty od dobrych 5 lat (wciąż wyglądają świetnie), a mojej torbie nie przecierają się i nie niszczą paski. Nie chcę mieć dookoła siebie wielu przedmiotów, ale chcę mieć tylko te, które naprawdę kocham. A kiedy coś kocham, nie chcę się z tym szybko rozstawać.

Wyciągając więc wnioski z tego, jak wyglądają etui na Kindle’a i iPada mojego współlokatora (czyli jak coś, co zdechło kilka miesięcy temu i zostało przejechane przez TIRa), w przyszłym miesiącu kupuję właśnie to etui.

1

 

5. Breloczek w kształcie konika

Kocham Etsy. Chociaż często przerażają mnie zaporowe ceny niektórych produktów, nieodmiennie zachwycam się talentem, jaki ludzie mają w rękach. Skórzany breloczek w kształcie konika należy do tych przerażających cenowo rzeczy, jednak z lekkim wstydem przyznaję, że gdyby było mnie stać na taką ekstrawagancję i gdyby nie to, że to małe cudo kosztuje mniej więcej tyle samo, ile 6 czy 7 lat temu warta byla moja ukochana torba, brałabym bez wahania. To chyba jedna z tych rzeczy, które przyczepia się do tzw. statement bag, jakieś Diora czy innego szanela. Może więc najpierw trzeba się dorobić takiego szanela, a potem dopiero myśleć o tym, co się do niego przypnie?

1

 

6. Pogo Pony

Dobre – nie dlatego, że polskie, ale dlatego, że dobre. O breloczkach Pogo Pony dowiedziałam się z bloga Harel, najlepszego źródła informacji o rodzimych markach związanych z modą. Artykuły na temat uroczych koników pojawiły się także w GlamourVU Magu – za każdym razem podobały mi się bardziej i od tego czasy wytrwale śledzę kolejne egzemplarze pojawiające się na Etsy.

Każdy egzemplarz kucyka Pogo ma zaszyte w środku małe złote serduszko i jest ręcznie wyszywany, haftowany, ozdabiany za pomocą różnorodnych elementów. Dzięki temu niemożliwe jest znalezienie dwóch identycznych koników.

1

 

7. Ciastolina Play-Doh

Pewnie pomyślicie teraz, że zupełnie mnie pogięło i że z pewnych rzeczy jednak się wyrasta. Ale przyznam się Wam szczerze, że ostatnio, kiedy kupowałam prezent mojej chrześnicy w Smyku, skusiłam się na jedno opakowanie (koszt to jakieś 6-7zł) tej pachnącej – i różowej! – masy.

Zdarza mi się po prostu otwierać słoiczek i zaciągać się tym zapachem, który momentalnie przenosi mnie z powrotem w koniec lat 90., w czasy dzieciństwa. Noszę go przy sobie w torebce do pracy (serio), żeby w chwilach nadmiernego stresu ugniatać w dłoniach, powstrzymując się przed zwymyślaniem klienta przez telefon.

Ciastolina to fajny gadżet, którym możecie sprawić komuś lub sobie przynajmniej kilka godzin frajdy za kilkanaście złotych. Nawet jeśli słoiczek miałby przez większość czasu stać na półce i służyć do tego, żeby od czasu do czasu móc sztachnąć się tym niepowtarzalnym, niemożliwym do podrobienia słodkawym zapachem.

Ciastolinę w różnych zestawach możecie znaleźć np. w sklepie internetowym Agito. Btw niektóre z tych kucykowych zestawów mają ciastolinę w wersji brokatowej. Just sayin’.

collage

 

8. Coś do poczytania

Wyjaśnijmy sobie jedno na wstępie: kupowanie w prezencie książki komuś, kto naprawdę dużo czyta, wcale nie jest aż takim dobrym pomysłem. Po pierwsze prawdziwe mole książkowe zwykle na bieżąco zaspokajają swoje czytelnicze potrzeby, po drugie nigdy nie macie pewności, że traficie z tytułem – nie dość że w gusta, to jeszcze w listę „to read” swojej ofiary. To znaczy obdarowanego. Dobrze więc wybadać wcześniej teren i sprawdzić, czy wspomniana ofiara przypadkiem już akurat tej konkretnej pozycji na półce nie ma lub czy nie uważa jej za niewartą zainteresowania. Protip: kupowanie w prezencie książek Coelho, poradników (zwłaszcza tych z rodzaju „ulecz swoje życie”) jest bardzo ryzykowne i zwykle wiele mówi o obdarowującym. Niekoniecznie dobrych rzeczy.

Na swoim własnym przykładzie mogę Wam przedstawić jak to działa – kiedy dostaję w prezencie książkę, zwykle już z góry wiem, że nie przeczytam jej w ciągu najbliższych kilku miesięcy. To proste – jeśli jest to dla mnie pozycja ważna, to najprawdopobniej zdążyłam już kupić sobie egzemplarz. Jeśli ważna nie jest, to na liście priorytetów wyprzedzi ją kilkanaście innych tytułów. Druga sprawa, że zwyczajnie nie mam już miejsca na nowe książki i kiedy kupuję nową, zwykle pozbywam się czegoś innego. Oznacza to, że książki przeczytane zazwyczaj rozdaję, sprzedaję na allegro (szału tam w tej chwili nie ma, ale mam do wystawienia jakieś 50 pozycji) lub wymieniam na Fincie na punkty. Siłą rzeczy te z dedykacją zostawiam na półce, nie mając za bardzo innego wyjścia. Na dłuższą metę jest to dość męczące, bo z zasady nie oglądam dwa razy tych samych filmów i nie czytam dwa razy tych samych książek (poza „Mistrzem i Małgorzatą”, „Alicją” w przekładzie Stillera i „Hamletem”; te wałkuję co roku od nowa, do znudzenia). I tak oto na półkach zalegają mi pozycje, z którymi naprawdę nie mam co zrobić. Bo przecież nie wyrzucę.

W efekcie rozdałam już wiele książek, które dostałam od kogoś w prezencie – nierzadko jeden rzut oka wystarczył mi, żeby wiedzieć, że nigdy po tę pozycję nie sięgnę. Ale jako że właśnie przesiadam się na Kindle’a, mam nadzieję, że książek na moich półkach przestanie w końcu przybywać.

Z drugiej strony lubię książki w prezencie kupować – zawsze kiedy jadę do Gliwic, wybieram dziadkowi interesującą biografię, np. Anny German albo Jana Kiepury, a dla babci szukam nowych powieści jej ulubionych pisarek. Wiem, że moja kuzynka i ciocia przepadają za skandynawskimi kryminałami, a wujek interesuje się historią II wojny światowej. Wiem też jednak, że żadne z nich nie spędza wolnych popołudni w księgarniach, buszując codziennie między półkami. Oznacza to, że zakup nowości lubianego przez nich pisarza lub coś mniej znanego, co wykopię podczas wielogodzinnych poszukiwań, może być strzałem w dziesiątkę. I, nie chwaląc się, zwykle jest.

collage

Żeby kupić komuś książkę, która sprawi obdarowanemu radość, trzeba wiedzieć coś o jego gustach i upodobaniach. Warto wybadać wcześniej, co takiego ofiarę zachwyciło w ostatnich miesiącach, jaki jest ofiary ulubiony tytuł, jaka pozycja budzi w niej nostalgiczne wspomnienia. Pamiętacie ten odcinek „Przyjaciół”, w którym Chandler kupił Kathy wczesne wydanie „Aksamitnego królika”? Ano właśnie.

„Księżyc myśliwych” to październikowa nowość Znaku – magiczna, malarska powieść z mroczną tajemnicą w tle, której akcja rozgrywa się na niemieckiej wyspie Sylt. Spodoba się tym, którym przypadł do gustu „Świat Zofii” oraz fanom nawarstwiających się zagadek i sekretów. Na uwagę zasługują dobrze odmalowane portrety psychologiczne bohaterów i listy, którymi przeplatana jest narracja. Kto jest ich adresatem? Kto jest nadawcą? Warto się tego dowiedzieć. Recenzji książki i wywiadu z autorkami spodziewajcie się na blogu już niebawem!

Pamiętacie Madeline? Jeśli Wasze dzieciństwo przypadło na lata 90., prawdopodobnie znacie ją z dobranocek o 19.00. Przygody małej Paryżanki i jej 11 koleżanek pod opieką panny Clavel zapadły mi w pamięć ze względu na charakterystyczną kreskę. Chociaż po książkę sięgnęłam z zamiarem podarowania jej mojej chrześnicy, przyznam szczerze – przeczytałam z przyjemnością.

„Dzienniki japońskie”„Zabijemy albo pokochamy” to z kolei pozycje dla tych, którzy lubią wiedzieć więcej o współczesnym świecie. Fani reportażu i informacji z pierwszej ręki będą zadowoleni: Japonia i Rosja to kraje, o których rozmawia się dużo, ale niewiele z sensacji wymienianych podczas tych rozmów ma się jakkolwiek do rzeczywistości – chociaż nie można traktować żadnej z tych książek jako kompendium wiedzy o nieznanym, to jednak zawarte w nich opowieści pomogą zrozumieć zawiłości obcych kultur i systemów politycznych.

„Facecje” to głośna premiera ostatnich tygodni: Patryka Brylińskiego i Macieja Kaczyńskiego znacie być może z ich rewelacyjnego fanpage’a, na którym biorą się za bary z historią w żartobliwy, mocno ironizujący sposób. Niektórzy porównują Facecje do Sztucznych fiołków i może jest w tym trochę prawdy, tyle tylko, że Facecje nie ociekają pretensjonalnością i poczuciem wyższości.

Autorzy „Facecji” zasłynęłi screenami z Facebooka, na których znane historyczne (i nie tylko) postaci toczyły między sobą ożywione dyskusje. Częścią projektu i zarazem kampanii promującej książkę jest strona #HistoriaCoachemŻycia, na której możecie otrzymać cenną życiową poradę absolutnie ZA DARMO. Zdecydowanie warto.

1

„Beksińscy” wywołali sporu poruszenie na listach sprzedaży i w dyskusjach o literaturze. Przejmujący portret ojca i syna autortwa Magdaleny Grzebałkowskiej ukazuje z całą mocą dramat dziwnej, w zasadzie patologicznej rodziny, w której emocje przepuszczane były przez krzywe zwierciadło. Beksiński nigdy nie uderzył swojego syna. Beksiński nigdy nieprzytulił swojego syna – już otwierające tę wyjątkową biografię motto wgryza się boleśnie w świadomość. A potem już tylko boli coraz bardziej.

„Madame” Antoniego Libery to dla mnie powód, dla którego literaturę piękną nazywamy piękną. Niewiarygodny kunszt, z jakim Libera tworzy kolejne zdania i lekkość, z jaką operuje składnią sprawiają, że każdy rozdział jest jak misterna miniatura w starej książce. To nie jest historia, którą można czytać nieuważnie, połykając w biegu co drugie zdanie i łapiąc sens między znakami przestankowymi. Przy „Madame” warto zatrzymać się na dłużej.

Niechętni temu językowemu pietyzmowi zarzucają Liberze przeintelektualizowanie. Fanom jego styl może kojarzyć się mgliście z Herbertem: tak jak i u Zbigniewa, także i tutaj elegancja formy nie przesłania emocjonalnej siły historii. Bohater nie mówi językiem, jakim posługują się jego dzisiejsi rówieśnicy, ale tym gorzej dla jego rówieśników.

„Białe zęby” Zadie Smith to propozycja od lat niezmiennie aktualna. Być może dzisiaj, z uwagi na napiętą sytuację polityczną, nawet bardziej niż w momencie premiery. Mniej kunsztowne niż „O pięknie”, jednak z bardziej wartką akcją i mocniejszymi, przyziemnymi podziałami, „Białe zęby” dokonują wiwisekcji świata w warunkach wielokulturowości na przykładzie współczesnego Londynu. Splecione ze sobą losy zakakująco różnych i niejednolitych rodzin tworzą chaotyczny, barwny kolaż, który jednocześnie jest tylko wycinkiem większej całości.

Mamy 2015 rok. Wiemy już, że multi-kulti to niewypał, który właśnie wybucha światu w twarz. Smith, chociaż nie daje jasnych odpowiedzi, podsuwa w „Białych zębach” wskazówki, które ułatwią zrozumienie, dlaczego tak właśnie się stało.

„Najgorszy człowiek na świecie” był chyba jednym z najgłośniejszych tytułów tego roku. Bezkrompromisowy i brutalny w swojej szczerości, wzburzył ocean kontrowersji także ze względu na osobę Małgorzaty Halber, która otwarcie przyznała się do autobiograficznych wątków w powieści. „Najgorszy człowiek…” wznowił dyskusję o alkoholizmie, jednak w innej niż dotychczas formie: alkoholizm w ujęciu Halber daleki jest jeszcze od nocowania w rowie i patologii w jej powszechnym rozumieniu. To alkoholizm codzienny, znany, oswojony. Żeby dobrze się bawić. Żeby wreszcie się nie bać. Żeby cokolwiek poczuć. Przecież wszyscy tak robią.

„Komedie” Szekspira w przekładzie Barańczaka sprawdzają się zawsze. To jedna z tych pozycji, którą wiele osób chciałoby mieć na półce, ale mało kto decyzuje się na zakup, bo raz, że drogo, dwa – że w zasadzie to już się treść zna i trzy – że przecież jest tyle pilniejszych zakupów książkowych na liście. Każdy fan Szekspira wie jednak, że dwa różne przekłady to w zasadzie dwie odmienne względem siebie książki, których wymowa może nie do końca się pokrywać. Ja na przykład nie jestem w stanie czytać tłumaczeń Słomczyńskiego od czasu, kiedy nauczyłam się angielskiego na tyle, żeby zrozumieć skalę przestępstwa, jakiego dopuścił się on na „Alicji w Krainie Czarów” (Stiller forevaaaaa!). Barańczak to jednak insza inszość: o tych przekładach mówi się, że zostały przygotowane z myślą do czytania, a nie na scenę. Niezależnie od tego, czy jest to prawda, nie można odmówić tłumaczowi, że przybliżył Szekspira odbiorcy tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Jeśli chcecie postawić na półce jeden tylko wybrany przekład dzieł Szekspira, niech to będzie właśnie Barańczak.

2

„Szlak nadziei” to pewniak, jak w zasadzie każda książka Daviesa. Solidny research, przystępny język i dar opowiadania sprawiają, że historia staje się interesująca nawet dla kogoś, komu szkoła średnia dała solidnie popalić. Ten tytuł z przyjemnością postawią na półce także pasjonaci tematu: chociaż z Daviesem można w niektórych kwestiach polemizować lub wręcz się nie zgadzać, nie można mu odmówić merytorycznego przygotowania i znajomości poruszanych kwestii.

Atlasie” Dominiki Słowik, moim wielkim tegorocznym zakochaniu, pisałam tutaj (pod tym linkiem znajdziecie natomiast wywiad z autorką). To chyba moja ulubiona książka tego roku: do przeczytania zmusiłam już z 15 osób i wciąż wciskam ten tytuł kolejnym. I czekam, oczywiście, na kolejną książkę Dominiki!

„Wyspa łza” Joanny Bator jest senna, wręcz oniryczna, rozgrywa się gdzieś pomiędzy rzeczywistością i wyobrażeniem, podświadomą tęsknotą, niezaspokojoną potrzebą. Jeśli ktoś spodziewa się reportażu ze Sri Lanki, rozczaruje sę srodze. W szary, deszczowy dzień, łatwo jednak poddać się tej miękko płynącej opowieści o poszukiwaniu i zaskakujących więziach.

„Ludzie, którzy jedzą ciemność” to z kolei pozycja na mojej liście „do przeczytania”. Zainteresował mnie opis, zachęciła opinia znajomego – jeśli macie uwagi na temat tego tytułu, koniecznie się nimi podzielcie!

„Love x Style x Life” Garance Dore także figuruje na mojej liście. Początkowo sceptyczna, po entuzjastycznych opiniach koleżanek postanowiłam dać Garance Dore szansę i zapoznać się z tą publikacją. Jeśli chcecie mnie powstrzymać, to jest ostatnia okazja.

3

 

9. Kołonotatnik z Bohaterem

Kołonotatnik z Bohaterem Małgorzaty Halber oglądam z nabożeństwem i pożądaniem w oczach za każdym razem, kiedy jestem w dowolnej księgarni. Pięknie wydany, okazały notatnik wypełniają rysunki Bohatera, którego pokochałam do szaleństwa już niemal 3 lata temu (wpis jest w rozsypce, ale mam dowód na to, że kochałam Bohatera zanim stał się supergwiazdą).

Bohater to Ty w Twojej własnej głowie, te wszystkie mroczne, zakręcone myśli, które sprawiają, że zamiast wychodzić z domu do ludzi masz ochotę zawinąć się w burrito z kołdry i oglądać seriale. Przez resztę życia.

collage

 

10. Kolorowanka dla dorosłych z odpowiednimi narzędziami

Moda na kolorowanie dotarła do mnie bardzo późno. Kiedy jednak zobaczyłam „Inwazję bazgrołów”, poddałam się i przestałam walczyć: uległam trendowi. Zaopatrzywszy się w kredki, jęłam radośnie wypełniać białe pola kolorami. Wnioski? Przede wszystkim: to naprawdę relaksuje. Godzina kolorowania to lepsza terapia niż dowolny drink i stado dowolnych przyjaciółek w kontekście wyzbywania się stresu w życiu. Skupienie na jednej precyzyjnej czynności czyści głowę ze wszystkiego innego. Inna sprawa, że odwykła od odręcznego pisania dłoń boli po takiej sesji jak sukinsyn i doprawdy cieszę się, że piszę (i koloruję) lewą, ale myszkę komputerową obsługuję jednak prawą ręką, bo konsekwencje tej zabawy, kiedy się dobrze wkręcę, odczuwam czasami jeszcze następnego dnia.

Kolorowanek dla dorosłych jest na rynku bardzo wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. W zasadzie przygotowuję nawet wpis z wybranymi, najlepszymi według mnie tytułami, w które warto się zaopatrzyć. Istotne jest jednak, aby podczas zakupu wybrać także odpowiednie kredki: te najtańsze z kiosku za piątaka niekoniecznie będą dobrze napigmentowane, a mogą przy tym łamać się i kruszyć. Byle jakie flamastry natomiast nie dość, że szybko wyschną, to jeszcze zostawią na kartkach brzydkie smugi, nierówno kryjąc kolorowaną powierzchnię.

Z uwagi na pracę używam produktów tylko dwóch marek – STABILO i Maped, przy czym tej pierwszej zdecydowanie dłużej, więc może też dlatego zdążyłam się z nią bardziej zaprzyjaźnić. W ciągu ostatniego 1,5 roku przetestowałam WSZYSTKIE produkty STABILO dostępne w Polsce i spośród nich wybrałam takie, z którymi się już nie rozstaję: nie tylko dlatego, że mam je zawsze pod ręką, ale przede wszystkim z powodu ich wysokiej jakości. No i dlatego, że mają fajne opakowania. Wiadomo.

Ze wszystkich kredek STABILO to właśnie te ekologiczne lubię najbardziej. Przy kolorowaniu sprawdzą się również flagowe produkty marki: kultowe pointy 88 (tu w wersji mini), flamastry pen 68 (neonowe!) albo Scribbi. Wiem, że te produkty nie należą do najtańszych, ale serio – warto. Na przykładzie zakreślaczy świetnie widać, że chytry dwa razy traci, jak to mówią: możecie wydać kasę raz i mieć coś, co wystarcza na długi czas, albo poskąpić i kupić tani zamiennik z Tesco marki Tesco, który przestanie nadawać się do użytku w momencie, kiedy będziecie go najbardziej potrzebować, czyli w środku nocy przez ważnym egzaminem, w mniej więcej 1/3 zakreślania skserowanych notatek. Been there, done that.

Przy okazji zwróćcie też uwagę na kredki woody 3 w 1 – dorosłym nie przydadzą się może tak, jak dzieciom, bo mają bardzo grube sztyfty, ALE są naprawdę świetne do zamalowywania dużych powierzchni. W zależności od siły nacisku mogą zastąpić zwykłe kredki, pastele olejne (elegancko się rozcierają), kredki świecowe i farby akwarelowe – zamalowaną powierzchnię można rozetrzeć mokrym pędzelkiem. Poza tym świetnie sprawdzają się także na szkle, drewnie, ścianie, ciemnych powierzchniach oraz np. na kaloszach. Dzieciaki je uwielbiają. Cena studzi nieco entuzjazm, ale jak dla mnie są warte każdej kasy.

2

1

 

Jeśli macie fajne pomysły na mikołajkowe prezenty – podzielcie się nimi w komentarzach!
 

Zakupy? Tylko online
Magia czasu, magia obrazu: Instagram w teorii i praktyce + 10 kont, których nie możesz przegapić