Wygrzebki z sieci #5: co przegapiliście w grudniu?
Nadrabianie zaległości: styczeń 2016

Zawsze z zazdrością oglądam zdjęcia koleżanek blogerek, które prezentują w internecie swoje cztery kąty. Niezależnie bowiem od tego, czy zdjęcie takie przedstawia ich własnościowe czy też jedynie wynajęte mieszkanie, czy też może tylko pokój w rodzinnym domu, elegancko wykadrowany obrazem z charakterystycznym chłodnym, jakby zamglonym filtrem prezentuje wnętrze estetyczne i efektowne, świadczące o dobrym guście właścicielki. I nie to nawet, że sam splendor i drogie meble: te czarodziejki potrafią ze stolika z Ikei, skrzynki po winie i wazonika wyczarowac minimalistyczną, stylową przestrzeń.

Naprawdę czuję zazdrość, kiedy rozglądam się po swoim pokoju i widzę równie efektowny, jednak już nie tak elegancki, bałagan. Z oparcia skórzanego fotela prezesa zwisa malowniczo mój czerwony biustonosz, a ponieważ tyję w stylu Bogini Matki, czyli równomiernie wszędzie, to i biustonosz nie przypomina koronkowej chusteczki do nosa, a średniowieczne narzędzie tortur z kokardką. I naprawdę chciałabym postawić tu i tam kozacki bibelocik, przywiesić jelenie rogi z plastiku pomalowane na biało i dorzucić hipsterski plakat, ale, do cholery jasnej, wszędzie leżą książki i jeszcze więcej książek, a w wolne miejsca dorzucam książki kolejne. Konsekwentnie przegrywam życie, w wyścigu o najbardziej stylowe zdjęcia własnej chaty zostaję daleko w tyle: żeby zrobić miejsce na suszoną roślinność, która tak dobrze wychodzą na Instagramie, musiałabym dokonać relokacji książek, a to staje się coraz trudniejsze. Nie mam miejsca na ładne życie.

Mam takie marzenia, że któregoś dnia pozbędę się tych kilku setek tytułów, zostanę z pojedynczą półką efektownych albumów do szpanowania przez ludźmi, a jeden tylko Kindle, niedawny zakup, wystarczy mi za wszystkie strony świata. I tak codziennie na moment zawieszam się przed tymi półkami, eliminując w myślach te, które oddam, sprzedam na allegro, podrzucę ukradkiem znajomym. Postoję tak sobie mało wiele, czasami wezmę którąś książkę do ręki, pogrożę jej trochę, a potem obiecuję sobie, że przeczytam ją jeszcze ten jeden ostatni raz i już na pewno wydam na pastwę innych ludzi. Po czym, rzecz jasna, nigdy tego nie robię. A jeśli nawet już zrobię, to żałuję. I nie mam chyba wyjścia, muszę szukać większego mieszkania.

Gdyby nie książki, mogłabym być jedną z tych osób, które są w stanie spakować się w 15 minut i opuścić własny dom w pośpiechu, nie oglądając się za siebie, z jedną małą torbą w ręku lub plecakiem. Poza książkami nie mam przecież wiele: trochę ulubionych ubrań, wygodne buty, laptop, aparat, opakowanie czerwonej herbaty, butelka z wodą, krem do twarzy i wieczne pióro. Przed ucieczką powstrzymuje mnie jednak wizja osieroconych kartek, dziesiątek kilogramów słów spiętrzonych na regale, w skrzyniach dwóch łóżek, w kartonach i pod blatem stolika.

Wciąż myślę o tym, że pewne z tych tytułów zmieniły moje życie, a niektóre nawet nauczyły mnie, jak żyć powinnam. To z powodu książek jestem dzisiaj tym, kim jestem.

Nigdy im tego nie daruję.

 

Wygrzebki z sieci #5: co przegapiliście w grudniu?
Nadrabianie zaległości: styczeń 2016