Chociaż uwielbiam zamierzony kicz jako formę wyrazu, bardzo nie lubię otaczać się przedmiotami, które nie mają praktycznego zastosowania. To dlatego rzadko przywożę z wyjazdów jakiekolwiek pamiątki poza jedzeniem lub lokalnym alkoholem – nieczęsto mam bowiem czas, żeby wyszukać coś naprawdę interesującego, wartego wydania mojej ciężko zarobionej krwawicy. Podczas ostatniego wypadu do Pragi skusiłam się na breloczek z Krecikiem, ulegając uroczej czapeczce. Przeważył jednak pragmatyzm – tak czy inaczej potrzebowałam nowego breloczka do kluczy, a od lat mam w zwyczaju owe klucze przypinać do maskotek niemieckiej marki Nici. Chociaż więc uwodziły mnie plakaty z reprodukcjami Alfonsa Muchy, nie sięgnęłam po nie, mając świadomość, że i tak nigdy nie zbiorę się, aby kupić do takiego plakatu elegancką ramkę, a nie jestem ani 15-latką ani berlińskim punkiem, żeby cokolwiek przyklejać do ściany za pomocą taśmy.

W najmroczniejszych koszmarach jawią mi się kule ze śniegiem do potrząsania, porcelanowe figurki, karykatury rysowane na Krupówkach, plecione torebki, t-shirty z przaśnymi napisami we wszystkich językach świata, odbitki obrazków rodzajowych w passe-partout sprzed Sukiennic i otwieracze do butelek z londyńską budką telefoniczną. Boję się trochę, że chociaż sama po takie przedmioty nie sięgam, to któregoś dnia je otrzymam. Być może właśnie dlatego nie przywożę pamiątek także znajomym: przeraża mnie nieco myśl, że mogliby się tym samym zrewanżować.

Lubię kolekcjonować wrażenia, nowe smaki i zapachy, drobne momenty i historie – och, przede wszystkim historie. Uczucie zagubienia w obcym mieście, odkrywanie nieznanego, małe lęki i wielkie euforie, przemykanie krawędzią ryzyka, spóźnienia i ich konsekwencje. Liczę schody i mijane kamienie, często patrzę na ludzi, zdarza mi się po prostu tak siedzieć i patrzeć, słuchać słów w obcym lub swoim nawet języku, bo nie muszę przecież jechać daleko, żeby na moment wyjść poza siebie.

Najcenniejsze rzeczy, które zdobyłam lub dostałam, kosztowały wiele lub zupełnie nic, rzadko coś pomiędzy: mam więc kamyki z Libii, Kenii i jeszcze kilku innych egzotycznych zakątków, o które poprosiłam i które zostały specjalnie dla mnie znalezione, podniesione z ziemi w wybranym momencie. Przechowuję kawałek drewna z historią i odbitkę ważnego zdjęcia. Ale mam też książkę przywiezioną z Japonii i drogie wieczne pióro, a z podstawki monitora łypie na mnie zielonym okiem jadeitowy chiński baby dragon. Pamiątki z przydrożnych straganów traktuję trochę jak kompromis: coś, na co warto zdecydować się tylko wtedy, kiedy nie ma szans na zwycięstwo.

 

Trochę tonę
Myśli rozsypane z królestwa absurdu: znowu mam gorączkę