Trochę tonę
Szorty kulturalne vol. 30, czyli 16. MFF Nowe Horyzonty vs. Cannes 2016

Na punkcie dbania o cerę mam od prawie dwóch dekad lekką obsesję. Jako że malować zaczęłam się wcześnie, jeszcze w podstawówce, stosując konsekwentnie w szóstej klasie tusz do rzęs i niedopasowany do koloru skóry krem koloryzujacy, a w gimnazjum nakładając już tapetę łopatą, wcześnie wypracowałam sobie także nawyki pielęgnacyjne, ucząc się przede wszystkim w kolorowych magazynów dla nastolatek typu „Twist”, „Dziewczyna”, „Filipinka” i „Nasza Miss”.

Czasami trafiały sie tam mądre porady, jak na przykład stanowczy nakaz zmywania dokładnie szpachli przed pójściem spać oraz oczyszczania liczka, co by nie dopuścić do zapryszczenia. Niestety, jako posiadaczka alabastrowej cery wzięłam sobie te porady do serca zbyt mocno i w okresie dojrzewaniam z uporem maniaka używałam żelu do mycia twarzy Normaderm marki Vichy, który ma tę właściwość, że wybija pryszcze co do nogi, pod warunkiem, że się ma pryszcze i cerę ze skłonnością do przetłuszczania. Ponieważ ja sama pryszczy i trądziku nigdy się nie dorobiłam, co zawdzięczam genom (gdyby to była prawda, że czynniki środowiskowe mogą wywołać trądzik ot, tak, to miałabym go na pewno dzięki jedzeniu wszystkiego, co popadnie, konsekwentnemu unikaniu zdrowego trybu życia oraz codziennemu zapychaniu porów tanimi kosmetykami), to zafundowałam sobie w wieku 16 lat skórę suchą.

Jeśli komuś wydaje się, że to nic wielkiego, to spróbuję problem przybliżyć: posiadanie cery suchej oznacza, że nocowanie u kogoś na spontanie nie wchodzi w grę, o ile osoba ta nie posiada baterii odpowiednich kosmetyków w postaci mleczka do demakijażu, łagodnego preparatu oczyszczającego z wodą, nawilżającego toniku oraz kremu do twarzy, który trzeba wklepać w ściągniętą, obolałą twarzy zarówno rano jak i wieczorem. Oczywistością jest także, że twarz trzeba umyć w wodzie przegotowanej lub najlepiej mineralnej, a po wszystkim delikatnie osuszyć za pomocą – najlepiej – ręcznika papierowego.

Jeśli peeling, to tylko enzymatyczny, jeśli krem na zimę – to przynajmniej półtłusty, a i ten na lato nie może mieć żelowej, lekkiej konsystencji. Inaczej człowiek budzi się rano z uczuciem, jakby mu ktoś zrywał skórę z twarzyczki, a ze skórek odchodzacych płatami z nosa można układać puzzle. W momentach desperacji posiadaczka cery suchej gotowa jest wetrzeć w twarz nawet balsam nawilżający do ust, krem do rąk lub wazelinę kosmetyczną. Głównie po to, żeby przy uśmiechaniu się twarz nie pękła na pół i nie zaczęła krawić.

Chociaż od tamtego czasu sporo się zmieniło i stan mojej cery unormował się na tyle, że pozostała „normalna, z tendencją do przesuszania”, jako potencjalna posiadaczka wczesnych zmarszczek (minus suchej skóry) wciąż obsesyjnie dbam o to, żeby się jednak nie pomarszczyć. W mojej kosmetyczce nie ma miejsca na kompromisy: albo coś się sprawdza w 100% albo wylatuje. Co interesujące, rzadko sięgam po naprawdę drogie produkty – chociaż zdarzało mi się używać kosmetyków z górnej półki, często nie widzę specjalnej różnicy między nimi a ich tańszymi, starannie dobranymi zamiennikami. Poniższa lista, chociaż skomponowana pod kątem potrzeb suchej i skłonnej do przesuszania się skóry, powinna sprawdzić się także, przynajmniej częściowo, przy cerze wrażliwej i na pewno przy normalnej. Posiadaczkom tej tłustej niestety nie jestem w stanie tym razem pomóc. Sorry, dziewczyny!

oczyszczanie

Zaznaczyłam w tytule, że post dotyczy kosmetyków na każdą kieszeń i naprawdę tak jest – poza sekcją demakijażu i końcówką tego tekstu. Odkąd odkryłam mleczko do demakijażu Clarins z alpejskimi ziołami, nie używam niczego innego – gdybym musiała z niego zrezygnować, prawdopodobnie wróciłabym do płynu micelarnego Vichy, bo też ciepło go wspominam, ale nie planuję zmian. To mleczko działa jak gumka do wycierania makijażu – rozpuszcza wszystko łącznie z wodoodpornym linerem (trzeba przez moment przytrzymać wacik przy oku, ale nie ma później efektu tuszu rozmazanego malowniczo na policzku), a przy tym jest bardzo delikatne, nie podrażnia skóry, a nawet ją nawilża. Gdybym była bardzo, bardzo zmęczona, jestem w stanie wyobrazić sobie, że po zmyciu makijażu tym kosmetykiem idę po prostu spać, a rano wciąż mam twarz.

Zarówno mleczko Clarins jak i płyn micelarny Vichy nie należą do najtańszych – duża butelka tego pierwszego (400 ml) kosztowała mnie ok. 100 zł, ale przyjechała do mnie z firmowego sklepu we Francji, gdzie została kupiona z użyciem karty rabatowej. Zakup mniejszego mleczka (200 ml) po prostu się w Polsce nie opłaca z uwagi na niewielką różnicę w cenie – możecie jednak poszukać opakowania 50 ml, czasami trafia się w zestawach upominkowych lub podróżnicznych. Płyn micelarny Vichy to wydatek o wiele mniejszy – online znajdziecie go już za niewiele ponad 30 zł.

Pod koniec lipca koleżanka z pracy sprezentowała mi próbkę GLOVa ze swojego zestawu beGLOSSY – od tamtej pory nie rozstaję się z tym małym gadżetem i na dobre dojrzałam już do zakupu pełnowymiarowego produktu. GLOV to rękawica lub ściereczka do usuwania makijażu jedynie za pomocą wody, bez żadnych kosmetyków. Chociaż trudno było mi w to uwierzyć, to zapewniam, że to cudo naprawdę działa i usuwa wszystko dokładnie po 1-2 przetarciach nawet najmocniejszego makijażu, bez podrażnień. Utrzymanie GLOVa w czystości nie jest przesadnie trudne – wystarczy wypłukać dokładnie rękawicę w ciepłej wodzie i przeprać w rękach z pomocą mydła. Zajmuje to kilka sekund, a samo narzędzie może służyć do ok. 3 miesięcy – po tym czasie należy (ze względów higienicznych) wymienić je na nowe. Pełnowymiarowa rękawica kosztuje 39,90 zł, ściereczka – 49,90 zł, ale zanim zdecydujecie się na zakup, możecie sięgnąć po tester (czy też wersję podróżną, bo sprawdza się w tej roli idealnie) w cenie 14,90 zł. Polecam!

oczyszczanie 2

Organique to od kilku lat moja wielka miłość. Zwłaszcza savon noir, czarne mydło w formie pasty o konsystencji błota. Odkąd go używam, nie sięgam po peeling enzymatyczny – sprawdza się w tej roli idealnie i świetnie oczyszcza oraz wygładza skórę. Przy codziennym stosowaniu mógłby wysuszać cerę, więc sięgam po niego 1-2 razy w tygodniu i nakładam na dosłownie 30 sekund do minuty. Po zmyciu skóra jest napięta, gładka, czysta, a pory wyraźnie się zmniejszają. Raz tylko popełniłam błąd i zostawiłam maź na twarzy na ok. 5 minut, wywołując podrażnienie. Savon noir sprawdzi się również w przypadku problematycznej skóry na plecach lub dekolcie – z tego, co słyszę od koleżanek, wynika, że daje świetne efekty przy stosowaniu na cerę przetłuszczającą się i skłonną do wyprysków, pomagając redukować ilość sebum. Ważne jest, że to czarne mydło z czarnych oliwek i oleju oliwnego nie wysusza skóry, a nawet wspomaga jej nawilżanie. Maź należy nałożyć równomiernie cienką warstwą na skórę, po czym po chwili rozmasować z wodą, tworząc pianę. Chociaż ten kosmetyk nie wygląda zachęcająco, to daje świetne efekty, a i cena nie powala – w Organique savon noir możecie kupić w salonach marki na wagę, 100 ml to wydatek ok 15zł (+ koszt opakowania wielorazowego użytku, ok. 5 zł), a online dostępne jest opakowanie 200 ml za 34,90 zł. Taki słoiczek wystarcza na kilka miesięcy!

Biała mleczna pianka Organique teoretycznie przeznaczona jest do mycia ciała, ale co z tego, skoro to najdelikatniejszy kosmetyk myjący, z jakim miałam do czynienia. Używam jej od kilku lat do twarzy i nie zamierzam tego zmieniac – lekka i puszysta, jest o wiele bardziej wydajna niż jakikolwiek krem czy żel w tubce, więc małe opakowanie 100 ml w cenie 18,90 zł wystarcza mi zawsze na ok. 2 miesiące. Ma subtelny zapach, dobrze oczyszcza i nie powoduje przykrego uczucia ściągnięcia skóry, które zwykle towarzyszy oczyszczaniu twarzy za pomocą kosmetyków wymagających użycia wody.

Moje ostatnie odkrycie to hydrolat różany od Ministerstwa Dobrego Mydła – od dawna używam wody różanej w charakterze odświeżającego toniku i sądzę, że zostanę już przy tym kosmetyku na stałe. Nie dość, że pięknie pachnie, to jeszcze dobrze nawilża, dając uczucie odprężenia. Podoba mi się też opakowanie – ciemna szklana buteleczka z atomizerem, która stanowi miłą odmianę od plastikowych słoiczków z krzykliwymi napisami. Hydrolat można kupić online w cenie 22 zł za 50 ml – wydajność zależy głównie od częstotliwości używania, mnie wystarcza na długo, bo korzystam z niego raczej doraźnie. Jeśli cena wydaje się Wam za wysoka, polecam poszukać w sklepach ekologicznej wody różanej do celów kosmetycznych. Naprawdę warto!

nawilżenie

Podczas ostatnich zakupów w sklepie internetowym Ministerstwa Dobrego Mydła postanowiłam też zaryzykować i zastąpić krem do twarzy olejkiem. Po 2 tygodniach używania nie sądzę, żebym miała w najbliższym czasie wrócić do starych nawyków. Olejek nawilżający z nasion malin, zamknięty w podobnej jak hydrolat szklanej buteleczce z ciemnego szkła, wyposażony jest w wygodną pipetę, która ułatwia nakładanie kosmetyku. Codziennie wieczorem aplikuję kilka kropli na mokrą, nieosuszoną twarz i delikatnie wcieram. Efekt? Buzia jak pupcia niemowlęcia – kiedy zdarza mi sie wybiec rano w pośpiechu bez nałożenia żadnego kosmetyku, skóra wciąż jest elastyczna i miękka, dlatego też nigdy nie używam go dwa razy dziennie. Unikam tego zwłaszcza właśnie rano, kiedy nie mam czasu czekać, aż olejek się wchłonie. Wtedy sięgam po serum Bioliq, którego wiosną i latem używam czasami zamiast kremu, fundując twarzy 2-3 razy w roku kurację rewitalizującą. Serum ma nieco lepką konsystencję, jednak błyskawicznie się wchłania. Po 2 tygodniach codziennego używania widać wyraźną różnicę: cera nabiera równego odcienia, znikają drobne niedoskonałości, skóra jest jędrna i napięta. Po serum warto sięgnąć zwłaszcza zimą, chociaż wtedy może być konieczne nałożenie na to jeszcze kremu nawilżającego, chroniącego przez zimnem. Wiosną i latem sprawdza się natomiast idealnie bez żadnych dodatków.

Serum znajdziecie na Allegro już w cenie ok. 16-17 zł i zachęcam przy okazji do przetestowania innych kosmetyków tej polskiej marki, bo są naprawdę świetne. Zakup olejku to wydatek rzędu 21 zł i gwarantuję, że nawet przy codziennym stosowaniu wystarczy Wam na długo – sprawdźcie przy okazji inne produkty Ministerstwa, bo w ich sklepie są olejki i hydrolaty także do skóry o innych potrzebach, a znajdziecie tam ponadto świetne kule kąpielowe i – jakżeby inaczej – ręcznie robione mydło. Moje serce podbiło ostatnio to marchewkowe!

Zimą zawsze wybieram kosmetyki ze szczególną starannością. Odkąd marka AA zaczęła redukować swoją świetną linię Eco i wycofała ze sprzedaży najlepszy krem wszech czasów, czyli antyoksydacyjne marchewkowe cudo o konsystencji masła, zaczęłam szukać zamiennika. Marchewkowy krem Diaderma nie rzucił mnie na kolana, ale olejek już tak – możecie znaleźć go na Allegro w cenie ok. 25-35 zł za buteleczkę, która wystarcza na kilka miesięcy używania. Z uwagi na jego żółty odcień najlepiej stosować ten kosmetyk na noc, na mokrą skórę twarzy – jego działanie docenią nie tylko posiadaczki suchej skóry, ale wszystkie „córki młynarza” o księżycowo białych policzkach. Chociaż nie przeszkadza mi, że mam jasną karnację i w zasadzie bardzo to lubię, to nie chcę wyglądać na chorą albo na gotkę, a marchewkowy olejek pomaga mi wyrównać odcień skóry tak, że nawet po zarwanej nocy wyglądam wciąż jak człowiek, a nie jak świeżo wykopane zwłoki. Jedyny minus to brak pipety, co utrudnia nieco nakładanie kosmetyku.
do zadań specjalnych

Wodoodporny żel nawilżający Skin79 to moje ostatnie odkrycie. Skusił mnie wysoki filtr przeciwsłoneczny SPF 50+, w myśl zasady, że tylko plebs łazi opalony, a szlachta ma jasną skórę, a mówiąc poważnie – do używania takich kosmetyków przekonały mnie zdjęcia pomarszczonej jak rodzynka Brigitte Bardot, która w jednym z wywiadów powiedziała, że żałuje bardzo tego smażenia się na wiór na słońcu. Mając totalną jazdę na punkcie nieposiadania zmarszczek przynajmniej do 40stki (mojej babci i matce wychodziło to naprawdę dobrze) używam żelu przez całe lato (zimą obniżam faktor do 30+ lub 40+) samodzielnie lub na serum Bioliq. Jego ogromną zaletą jest przyjemny zapach i leciutka konsystencja, która idealnie sprawdza się przy nakładaniu kremu BB (Missha – faktor SPF 40+). Miałam obawy, czy tak lekki kosmetyk sprawdzi się w roli nawilżacza, ale muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Na zimę wybiorę pewnie coś o bogatszej konsystencji, ale póki co, żel króluje w mojej kosmetyczce. Nie jest może tani (ok. 80 zł poza promocją), ale na polskiej stronie marki znajdziecie go obecnie w promocji w cenie 59 zł.

Od lat używam tylko jednego balsamu do ust, więc oczywiście marka musiała wycofać go ze sprzedaży. Mój ukochany Nivea Med Protection (to ten turkusowy) jest niestety niedostępny już nawet na Allegro – szkoda, bo był rewelacyjny i tej konkurencji nie wytrzymywały sztyfty Neutrogeny, Burt’s Bees czy Carmexu, które z nawilżaniem radzą sobie dość dobrze. Med Protection idealnie leczył pęknięcia, przesuszenia, zapewniał ochronę w zimne dni. Na szczęście pojawił się Soothe Protect, chociaż muszę sprowadzać go z Niemiec, bo w Polsce jeszcze nie udało mi się na niego wpaść i nie jestem pewna, czy w ogóle trafił na nasz rynek. W sklepach są dostępne wersje np. Hydro CareSun Protect, które są ok, ale tym dwóm specjalistom nie dorównuje nic.

Ekstremalnie sucha skóra ma duże wymagania: niezależnie od tego, jak bardzo o nią dbasz przez cały rok, ostry mróz może obrócić te wszystkie starania w pył i w ciągu tygodnia zafundować Ci policzki clowna i martwy naskórek odchodzący z twarzy płatami. Odkąd raz mi się to przydarzyło, zawsze zimą mam pod ręką ultraturbonatłuszczajacy krem ochrony z alantoiną SVR z linii Blue Originelles (30% tłuszczu) lub nawet lepiej: emulsję o 60% [sic!] zawartości tłuszczu. Przez kilka minut po nałożeniu wyglądam może jak królowa smalcu, ale za to nie przemarzają mi policzki i mróz może mnie pocałować w tyłek. Jeśli spędzacie zimą dużo czasu na świeżym powietrzu, np. jeżdżąc na nartach, to gorąco polecam któryś z tych produktów. Nie należą co prawda do najtańszych – w sieci kosztują ok. 40-50 zł każdy, poza internetem trochę drożej, ale są bardzo wydajne i przy stosowaniu doraźnym jedna tubka na pewno wystarczy na całą zimę. Kosmetyki z tej linii polecane są przy pielęgnacji skóry atopowej i łuszczycowej, nadają się również dla dzieci i niemowląt.

Szczerze mówiąc nie wiem, czy i ewentualnie które z tych kosmetyków zawierają SLSy (zachęcam do przeczytania tego tekstu), parafinę, nikotynę i arszenik czy inne szkodliwe rzekomo składniki, przed jakimi przestrzegają się wzajemnie dziewczyny na forach dyskusyjnych. Zachowuję sporo dystansu wobec paranoi na punkcie redukowania związków uznawanych w danym momencie za szkodliwe i chociaż staram się unikać SLSów z uwagi na zawartość oleju palmowego, to jest to decyzja tylko i wyłącznie wynikająca z pobudek etycznych, nie zdrowotnych. Dlaczego? Chyba głównie dlatego, że nie widzę większej różnicy w stosowaniu „naturalnych” i „nienaturalnych” kosmetyków poza tą odczuwalną w portfelu, co więcej – nie zauważam ich na skórze osób, które sięgają po nie od lat. W wieku 28 lat mam cerę w lepszym stanie niż wiele moich młodszych koleżanek i konsekwentnie sięgam po prostu po to, co w zauważalny sposób jej służy. Tak naprawdę możecie zrobić wiekszą przysługę swoim włosom, paznokciom i cerze nie przez popadanie w szaleństwo na punkcie składów kosmetyków dostępnych w drogeriach, ale przez odstawienie papierosów, jedzenie orzechów, tłustych ryb morskich, nasion, nawadnianie organizmu. A tak zupełnie między nami, powiem Wam w tajemnicy, że moja skóra wygląda znacznie lepiej od czasu, kiedy przestałam się codziennie malować, mimo że „prawdziwy, azjatycki” krem BB zastąpił podkład w mojej kosmetyczce już lata temu. Pozostawiam ku refleksji.

PS – na mojej topliście wciąż brakuje jeszcze idealnego kremu pod oczy – takiego, który zapobiegnie powstawaniu cieni (nie mam z tym wielkiego problemu i chciałabym, żeby tak zostało), idealnie nawilży i opóźni marszczenie się o 10 lat. Jeśli znacie takie cudo, to dajcie znać w komentarzu! Zachęcam też do dzielenia się swoimi kosmetycznymi hitami poniżej – ten zbiór na pewno przyda się niejednej posiadaczce suchej skóry.

 

Trochę tonę
Szorty kulturalne vol. 30, czyli 16. MFF Nowe Horyzonty vs. Cannes 2016