11 świetnych kosmetyków dla cery suchej, na które Cię stać
Marek Krajewski - "Mock". Niepublikowany dotąd fragment!

Jak wspominałam ostatnio, moją festiwalową listę priorytetów podczas Nowych Horyzontów otwierają zawsze filmy z konkursu głównego w Cannes. W tym roku przyjechało ich aż 11, z czego udało mi się dotrzeć na 8. Misję uważam za wykonaną.

7. Ja, Daniel Blake (I, Daniel Blake, reż. Ken Loach, 2016) – 7/10

Niewiele było filmów, które podczas tegorocznej edycji festiwalu wzbudziły tyle emocji. W skrócie: wyborcy partii Razem, prekariat i wielkomiejska hipsterlewica wychodzili z seansu ze łzami w oczach. Cała reszta, zdaje się, zachowała przynajmniej odrobinę zdrowego sceptycyzmu.

Warto ustalić fakty: Ken Loach jest socjalistą i jego filmy mają wymowę silnie socjalizującą. Jako tuba do wyrażania poglądów politycznych i społecznych są nazywane prawdą objawioną przez zwolenników lewej (przynajmniej gospodarczo) strony i propagandą przez przeciwników. Jako że socjalizm podoba mi się okrutnie, ale tylko w teorii i z kraju naprawdę socjalistycznego wyjeżdżałabym szybciej niż z obecnej wielkiej białej Polski narodowej, która też mi się nie okrutnie podoba, ale przynajmniej nie jest idiotycznie naiwna, to ja się utożsamiam z tą drugą grupą. Znaczy: jestem na nie.

Tytułowy bohater (świetny Dave Johns) tej ślicznej, wyklejanej z makaronu laurki na cześć angielskiej klasy robotniczej zmuszony jest porzucić pracę, której przed chorobą był niezwykle oddany. Zaczyna się walka o zasiłek: niemal niemożliwy do uzyskania, czemu zdają się przeczyć sprawozdania Polaków pobierających socjal w Wielkiej Brytanii, ale wiadomo – reżyser ma prawo do własnej, socjalistycznej wizji świata. Daniel nie potrafi obsługiwać komputera, nie wie, jak sporządzić CV i spełnienie kryteriów niezbędnych do otrzymania zasiłku spełzają na niczym. Uszczelniony na człowieka, niegodziwy system pozostaje niegodziwy: urzędnicy nie mają duszy i na cały przybytek przypada tylko jedna urzędniczka, która nie jest wcielonym Szatanem.

A w kolejce po zasiłek – jak to w kolejce po zasiłek: w zasięgu wzroku nie ma nikogo, kto podpadałby pod szeroko pojętą patologię społeczną, nikt się nie awanturuje, zero zadymy, wnioski składa się przez internet, normalnie Europa. To właśnie tam Daniel poznaje Katie, kochającą i troskliwą matkę, której jedynym problemem jest to, że bezlitosny system jest bezlitosny i przydzielił jej przestronne, duże mieszkanie, w którym pewne rzeczy wymagają dopracowania i naprawy. Jak żyć?

Trudno wymagać od Loacha obiektywizmu, ostatecznie „Ja, Daniel Blake” to nie dokument, ale od kina zaangażowanego można byłoby oczekiwać przynajmniej pewnej uczciwości w ocenie. Reżyser prezentuje biało-czarny, przesycony poczuciem bezsilności, obrazek bez odcieni szarości i wylewa na to wszystko wiadro zarzutów pod adresem amorficznego, nie do końca sprecyzowanego systemu, któremu przeciwstawia robotników i działaczy społecznych. Daniel nie dość, że jest ciężko pracującym obywatelem, to jeszcze dobrym człowiekiem, który sobie od ust odejmie, żeby pomóc komuś innemu. Jego przyjaciółka nie tyka się używek i jest w stanie oddać wszystko, łącznie z własnym obiadem, snem i godnością, żeby dać swoim dzieciom to, co najlepsze, chociaż ani razu nie zająknie się na temat alimentów, które powinna regularnie otrzymywać na swoje dzieci od ich ojców. Dla takich ja ona nie ma w Anglii pracy. Totalnie żadnej pracy. Anglia, zła matka, z tego wynika, jest jeszcze gorsza niż Polska, bo w Polsce fundusz alimentacyjny bez dyskusji wypłaca dzieciom nieodpowiedzialnych ojców co miesiąc określoną (wcale nie tak małą, bo prawie dorównującą zasiłkowi dla bezrobotnych) sumkę. Co na to Polacy?

Nawet czarnoskóry sąsiad Daniela, chociaż oszust i w zasadzie ktoś między paserem a przemytnikiem, jest kumplem jak malowanie i niejednokrotnie oferuje swoje wsparcie. W tek kochającej się rodzinie obywateli, złożonej z białego Anglika, białej Angielki  i imigranta, Loach próbuje upchnąć angielskie społeczeństwo, zawzięcie krytykując, ale nie sugerując konkretnych, przemyślanych rozwiązań, jak przystało na reprezentanta lewej strony. Tak więc jak urzędnicy reprezentują System i jemu składają krwawe ofiary, tak pracownice banku żywności to co do sztuki anioły, nie kobiety i zdają się nie wiedzieć w ogóle, czym jest biurokracja.

„Ja, Daniel Blake” jest filmem świetnie zrobionym i rewelacyjnie zagranym; nie ma tu miejsca na infantylny ton i ckliwe momenty i nawet bohaterowie, chociaż są bardziej wyimaginowanymi modelami niż prawdziwymi reprezentantami swojej grupy społecznej, nie zachowują się, jakby byli wycięci z kartonu. Ich postaci napisane są tak, aby nie sposób było nie polubić ich i nie odczuwać współczucia, co już w pierwszych scenach ma ustawić sympatię widza także po odpowiedniej stronie barykady. Ostatecznie – biją naszych, nawet jeśli w Polsce klasa robotnicza w tej formie nie istnieje, a struktura polskiego społeczeństwa wygląda zupełnie inaczej. Piękny jest jednak ten apel o okazanie współczucia i dostrzeganie drugiego człowieka, szkoda jedynie, że tło wydarzeń rozpisał Loach łopatą, nie siląc się na wiarygodność. Daniel Blake traci przez to na prawdopodobieństwie jako człowiek bez skazy, nieco tylko porywczy starszy pan o złotym sercu. Loach radośnie przypisuję całą winę – jak wygodnie – państwu, które zawodzi obywatela, zdejmując jakąkolwiek odpowiedzialność ze społeczeństwa, które w kwestii wywiązywania się ze w swoich obowiązków wobec rzeczonego państwa może mieć też niejedno na sumieniu. Ten pojedynek Dawida z Goliatem nie może skończyć się tak jak w Biblii, bo takie rzeczy to tylko w książkach, narasta więc oburzenie i płyną wyrzuty pod adresem dzierżących władzę, tymczasem Loach dyskretnie zamiata pod dywan tych, którzy ze świadczeń socjalnych korzystają, chociaż na nie nie zasługują i ograniczają jednocześnie dostęp do nich tym naprawdę potrzebującym. To chyba właśnie tutaj tkwi największy problem reżysera, który zdaje się nie rozumieć, że tak groźnego systemu nie tworzą przecież najeźdzcy z Marsa, a współobywatele. Samo państwo zaś, jako dobro zbiorowowe, nie jest dojną krową, tylko organizmem tworzonym przez sumę wszystkich wewnętrznych działań, także oddolnych. Zaprezentowany wycinek rzeczywistości jest więc siłą rzeczy przerysowany i sztuczny: chociaż bez wątpienia Daniel Blake istnieje i imię jego Legion, bo jest ich wielu, to Loach, zamiast edukować, przyjmuje optykę pokrzywdzonej grupy, uparcie zamykając oczy na niewygodne fakty. W konsekwencji „Ja, Daniel Blake” jest filmem w jakimś sensie złośliwym, wbijającym szpilkę w takie miejsce, z którego nie da się go usunąć – Loach wie dobrze przecież, że społeczeństwo nie zechce wziąć odpowiedzialności i woli przerzucić ją na kogoś innego. Jeśli chodzi o propagandę, cel został zatem osiągnięty.

Nagrodzony Złotą Palmą „Ja Daniel Blake” może być z powodzeniem puszczany na spotkaniach członków partii Razem jako przypomnienie o tym, jak wygląda świat i z czym socjalizm ma walczyć. Warto tylko pamiętać, że rzeczywistość filmu fabularnego nie leży w domenie faktów i obiektywnej prawdy: to wizja świata widziana oczami socjalisty, nieco cynicznie (lub zupełnie naiwnie) obliczona na efekt. Podobnie jak przed laty książki o Panu Samochodziku czy nagrodzone Oscarem „Spotlight”, „Ja, Daniel Blake” sprawdza się najlepiej jako narzędzie miękkiej propagandy. Trafia do tych, których do socjalizmu przekonywać nie trzeba i da do myślenia tym, którzy jeszcze się wahają. Kogo nie przeciągnie na swoją stronę? Cóż, przede wszystkim tych, którzy rzeczywistość zasiłku poznali na własnej skórze i którzy wiedzą, że w tych kolejkach nigdy nie stoi sama sól tej ziemi, a nawet wręcz przeciwnie i którzy mają świadomość, że urzędnik niekoniecznie jest pomagierem Szatana, a częściej niż złą wolę prezentuje po prostu podobną bezsilność lub ewentualnie frustrację spowodowaną debilnym poziomem pytań petentów, zbyt leniwych, żeby czytać i myśleć. Ci jednak, krytycznie podchodzący do dogmatu o wrodzonej człowiekowi tendencji do uczciwości i dobra, pozostaną w mniejszości.

TRAILER

11 świetnych kosmetyków dla cery suchej, na które Cię stać
Marek Krajewski - "Mock". Niepublikowany dotąd fragment!