Pod każdym względem był to dla mnie ciężki rok. Może nie najgorszy w życiu, ale muszę przyznać – do samego końca bardzo się starał zdobyć palmę pierwszeństwa w tej kwestii. Nie mogę nie cieszyć się, że wreszcie się skończył, mam jednak świadomość, że sama zmiana cyfry to tak naprawdę żadna zmiana. Problemy, z którymi zmagałam się w 2016, pozostają wciąż palące, wciąż muszę dokonać wielu wyborów, wciąż ciągną się za mną stare konflikty. 

Chociaż to tylko niewiele znaczący symbol, koniec roku przynosi pewną ulgę i daje nowe nadzieje. To dobrze. Nadzieja jest potrzebna.

W roku 2016 rzuciłam pracę i świadomie nie podjęłam nowej. Zmieniłam szablon na blogu, przygotowując go do daleko idących zmian, które tu niebawem nastąpią. Obejrzałam prawie 250 filmów i przeczytałam około 40 książek, oglądałam seriale. Zaliczyłam w całości 3 festiwale filmowe. Po raz pierwszy w życiu pojechałam do Pragi oraz do Brukseli. Bezpowrotnie straciłam kogoś dla mnie bardzo ważnego. Odcięłam się od ludzi i zamknęłam w czterech ścianach mieszkania. Walczyłam z napierającą falami depresją. Wciąż walczę.

Dużo się bałam i sporo rozmyślalam o tym, co będzie, tworzyłam w głowie najgorsze z możliwych scenariusze wydarzeń. Świat szokował mnie i przejmował grozą, odbierał raz po raz wiarę w człowieka. Przestałam wierzyć w to, że istnieją dobre rozwiązania. 

To nie był dobry rok. 

Bywały jednak gorsze i mając to w pamięci oraz ze świadomością, że mimo wszystko wciąż żyję, wnioskuję, że przeżyję i teraz. Jakoś to będzie, bo przecież jakoś być musi. Być może nadchodzący rok będzie doskonały, być może na taki przyjdzie mi jeszcze poczekać. Ale w końcu będzie przecież dobrze, bo już bywało. 

 To nie był najlatwiejszy rok.

ALE…

Widzicie? Mimo wszystko nie było aż tak źle.

Jak przetrwać rok 2017? Poradnik dla emocjonalnie niestabilnych
Dum-dum