Wydaj hajs z tattwą: wygodne buty poza sezonem
Złote myśli #1: "Moskwa-Pietuszki", "Nakarmić kamień", "Całe życie z moim ojcem"

Na premierę netflixowego serialu „Mindhunter” czekało sporo osób. Nie wszyscy wiedzą jednak, że produkcja ta inspirowana jest życiem autentycznej postaci – Johna Douglasa, agenta FBI i późniejszego profilera, który brał udział w tworzeniu Jednostki Nauk Behawioralnych i Jednostki Wsparcia Dochodzeń w Quantico w stanie Wirginia i który w 1995 roku opublikował książkę pt. „Mindhunter: Inside The FBI’s Elite Serial Crime Unit”. Teraz, po przeszło 20 latach, pozycja ta dostępna jest wreszcie w języku polskim za sprawą wydawnictwa Znak. 

„Mindhuntera” możecie kupić tutaj, a tymczasem powiem Wam, czego możecie się po niej spodziewać – to ważne, zwłaszcza jeśli jesteście już po seansie serialu i macie określone oczekiwania względem jego książkowego pierwowzoru. Ja nie miałam – przeczytałam całość jeszcze przed premierą serii i być może właśnie to sprawiło, że jestem wobec netflixowej adaptacji nieco sceptyczna. Ale po kolei.

Paradoksalnie „Mindhuntera” czyta się bardzo lekko – chociaż opisywane historie są momentami naprawdę makabryczne, a osadzeni wymykają się ocenie w granicach zdrowego rozsądku, to specyficzna narracja oparta na dygresjach i nawet anegdotach nie pozwala zatrzymać się na zbyt długo w jednym miejscu i unurzać przesadnie w makabrze. Jeśli w dodatku wiecie co nie co na temat opisanych w książce morderców, opisy ich zbrodni przypomną jedynie to, o czym już słyszeliście. Nowością są natomiast profile psychologiczne i wnioski samego Douglasa – i to właśnie jest najcenniejsza część tej pozycji. 

Urodzony przed poprawnością polityczną

Prawdziwy John Douglas w niczym nie przypomina serialowego Holdena Forda. Ten drugi to w zasadzie dzieciak, być może obdarzony intuicją i zapałem, jednak cokolwiek naiwny w swojej niewinności, taki dorosły skaut przepełniony dobrymi chęciami. Jego pierwowzór natomiast… cóż, powiedzmy sobie to wprost: John Douglas niezupełnie był miłym gościem. Swoje wspomnienia otwiera historiami z czasów młodości, studenckimi wybrykami, oryginalną „karierą” w wojsku oraz, nazywając rzeczy po imieniu, paradą cwaniactwa. Jako człowiek z gatunku „urodzeni przez polityczną poprawnością” nierzadko pisze w sposób, który dzisiaj może już budzić pewne obiekcje. Chociaż nie zdobywa tym samym sympatii czytelnika, daje cenne świadectwo czasów, w których zatrudnianie kobiet w FBI było nie do pomyślenia, a segregacja rasowa stanowiła nieodłączny element amerykańskiej kultury. Z tego powodu warto pamiętać, że książka ta nie została napisana tu i teraz, ale ponad 2 dekady temu, w czasach, w których homofobiczne żarty w „Przyjaciołach” nie budziły jeszcze publicznego oburzenia.

Często wystarczał jakiś drobiazg. Zdarzyło nam się wybuchnąć śmiechem podczas rozmowy z mieszkającym w domu spokojnej starości staruszkiem, który poruszał się na wózku inwalidzkim. Albo podczas rozmowy z eleganckim biznesmenem po czterdziestce, któremu tupecik zsunął się do połowy czoła. Wszystko potrafiło wzbudzić w nas wesołość. Dostrzegaliśmy najdrobniejsze elementy humorystyczne najróżniejszych sytuacji i choć zakrawało to na gruboskórność, prawdopodobnie nam służyło. Kiedy człowiek zajmuje się zawodowo oglądaniem miejsc zbrodni i zwłok, zwłaszcza jeśli ofiarami są dzieci, kiedy ma za sobą setki, a potem tysiące rozmów z ofiarami i ich rodzinami, kiedy był świadkiem straszliwych potworności, które ludzie potrafią wyrządzać innym ludziom, umiejętność śmiania się z głupot okazuje się naprawdę przydatna. W przeciwnym razie można zwariować.

W polskim przekładzie tłumacz zdecydował się zachować swobodny język oryginału – stąd padające w tekście określenia rodzaju „bycia szurniętym”, „dziwek” czy „skurwysynów”. Nietrudno zgadnąć, że gdyby „Mindhunter” powstał dziś, zapewne byłby językowo bardziej wygładzony i unikałby zbędnej kontrowersji. Czy tak byłoby lepiej? Trudno powiedzieć. John Douglas nie jest lekarzem, naukowcem ani profesjonalnym badaczem: jego eksperymenty w więzieniach miały ściśle pragmatyczny cel, nie musiały zatem w założeniu spełniać sztywnych wymogów naukowych, aby stać się przydatnymi. Sam Douglas pozostaje więc przede wszystkim człowiekiem napędzanym potrzebą ścigania zbrodni, a nie chłodnym analitykiem – nierzadko brak mu fachowego języka czy naukowych punktów odniesienia, a wspomniana poprawność polityczna zauważalnie nie jest dla niego kwestią priorytetową. Skuteczności jednak odmówić mu nie można. I chce się aż powiedzieć, że w tym kontekście cena za tę skuteczność nie jest wcale wysoka.

Widzowie serialu pamiętają z pewnością spotkanie Forda z jednym z więźniów i rozmowę, w której agent w szokującej formie pyta o powody zamordowania grupy pielęgniarek. Ten dialog nie narodził się w wyobraźni scenarzysty: w świecie Johna Douglasa cel uświecał środki, ilekroć chodziło o złapanie groźnego przestępcy i poświęcenie w tym celu zasady decorum. „Mindhunter” bowiem, poza tym, że stanowi źródło informacji o najgroźniejszych seryjnych mordercach Ameryki, jest także fascynującym studium przypadku samego autora i jego psychiki. To, w jaki sposób Douglas pisze o swoich rozmówcach – psychopatach, gwałcicielach, zabójcach, drapieżnikach polujących na swoje ofiary dla zaspokojenia popędu – momentami budzić może opór czytelnika. To poczucie dyskomfortu zmusza do refleksji nad tym, jak czuje się i odbiera bodźce ktoś, kto na co dzień obcuje z makabrą, śmiercią, wynaturzeniem i okrucieństwem przekraczającym granice racjonalnego pojmowania. Czy można pozwolić sobie na empatyczne przeżywanie tragedii za każdym razem, jeśli chce się zachować efektywność działania? Czy zatem skuteczność może rozgrzeszyć ślady cynizmu, czarne poczucie humoru czy brak wrażliwości?

Ludzie mojej profesji nie chcą całkowicie znieczulić się na potworności, z którymi stykają się w pracy, ale w nieunikniony sposób człowiek obojętnieje na wszystko, co jest mniej od nich przerażające. Pewnego razu podczas obiadu Pam otwierała w kuchni jakieś opakowanie, nóż się ześlizgnął i mocno się zacięła. Krzyknęła, a my natychmiast do niej podbiegliśmy. Kiedy zobaczyłem, że rana nie zagraża Pam ani jej ręce, zafascynował mnie wzór utworzony przez tryskającą z rany krew. Skojarzył mi się z plamami z miejsc zbrodni. Próbowałem rozładować napięcie kilkoma żartami. Zwróciłem Pam i dzieciom uwagę, że kiedy poruszała dłonią, wzór się zmieniał, a właśnie dzięki temu zjawisku możemy określić przebieg starcia między napastnikiem i ofiarą. Przypuszczam, że oni nie traktowali tego wszystkiego z równą beztroską.

Człowiek stara się stworzyć mechanizmy obronne pozwalające mu radzić sobie z tym, co widzi w pracy, ale łatwo przy okazji zmienić się w nieczułego, zdystansowanego skurwysyna.

Mindhunter: w drodze do jądra ciemności

Chociaż wymaga to nieco dobrej woli, w gruncie rzeczy nietrudno zrozumieć swoistą fascynację Douglasa osadzonymi zbrodniarzami. Przeprowadzone w więzieniach rozmowy dawały agentom wgląd w psychikę osób o skrajnie odmiennej od przeciętnego człowieka hierarchii wartości, poczuciu sprawiedliwości, potrzebie społecznego ładu i intrygujących potrzebach. Łatwo sprowadzić seryjnych morderców do poziomu potworów, jednak istota różnicy między nimi a „zwykłymi” przestępcami to materiał na poteżne opracowania fachowe. Z tego właśnie powodu nikt, kto interesuje się zagadnieniami psycho- i socjopatii nie będzie po lekturze „Mindhuntera” rozczarowany. Ed Gein (szczególnie ważny dla fanów „Milczenia owiec”), Ed Kemper, William Heirens, Charles Manson, Charles Davis, Richard Speck, Jerry Brudos, Monte Ralph Rissel, Ted Bundy, Thomas Vanda – są tu wszyscy, pojawiają się w dialogach, dygresjach, wspomnieniach, analizach, wnioskach. Dla wielu czytelników będzie to pierwsze zetknięcie z tymi postaciami, które wykracza poza opis ich zbrodniczej działalności. Douglas sięga głębiej: pyta swoich rozmówców o dzieciństwo, dom, środowisko, w którym się wychowywali, sytuacje, które odcisnęły na nich piętno. W niektórych przypadkach te historie są równie szokujące i przerażające co później dokonane morderstwa.

Nie oznacza to jednak, że autora nie obchodziły i nie obchodzą ofiary zbrodni, których sprawców ścigał. Przeciwnie: chcąc zadośćuczynić rodzinom zamordowanych, Douglas zmuszony był niejednokrotnie zdystansować się od sprawy i skupić jedynie na postaci mordercy. Z pomocą psychiatrów i psychologów konsekwentnie doskonalił warsztat, ucząc się tworzenia profilu psychologicznego przestępcy na podstawie pozostawionych śladów i rodzaju zbrodni. To pozwoliło mu wyciągnąć daleko idące wnioski, oparte na wieloletnim doświadczeniu:

Mimo że na ciele znaleziono negroidalny włos, byłem pewien, że mamy do czynienia ze sprawcą o białym kolorze skóry. W tamtych latach tego rodzaju zbrodnie niezwykle rzadko przekraczały granice rasowe, a kiedy już do tego dochodziło, wskazywały na to inne poszlaki. Tu ich brakowało, zresztą czarni przestępcy niezwykle rzadko, jeśli w ogóle, okaleczają ciała ofiar w tak makabryczny sposób.

Niepoczytalność i współodpowiedzialność

„Mindhunter” zainteresuje z pewnością także tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o historii FBI oraz realiach pracy agentów pod rządami Hoovera. Dla mnie, przyznam szczerze, sporym zaskoczeniem była informacja o pogardzie, z jaką Hoover traktował psychologię i „miękkie nauki” a także podejście Johna Douglasa do jasnowidzów, których przydatności podczas śledztwa wcale nie przekreśla. 

Chociaż w sferze formalnej „Mindhunter” zdradza nie do końca pozytywny dziś wpływ minionej epoki w sferze postawy społecznej i światopoglądowej, to Douglas zaskakuje wieloma wnioskami, które po ponad 20 latach od publikacji wybrzmiewają dziś jeszcze, zdaje się, mocniej, niż w momencie premiery książki. Najbardziej problematyczna wydaje się kwestia określenia niepoczytalności i tym samym zwolnienie przestępcy z właściwej kary oraz zastąpienie jej pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Zauważalne jest, jak wiele czasu poświęcił autor na rozmyślania nad tym problemem i próby określenia rozwiązania, które chroniłoby społeczeństwo przed groźnym mordercą i sprawiedliwie oceniałoby realne możliwości poznawcze winnego, dotkniętego poważnym zaburzeniem.

Chciałbym to wyraźnie podkreślić: kiedy zdają sobie sprawę, że inni ludzie stanęliby w obronie dziewczyny, a przynajmniej mogli ich później zidentyfikować, odchodzą, nie popełniwszy zaplanowanego przestępstwa. Obaj byli chorzy psychicznie, a Lawson mógłby spokojnie uzyskać orzeczenie o niepoczytalności. Mimo to w niesprzyjających okolicznościach powstrzymali się od popełnienia przestępstwa. Nie odczuwali aż tak przemożnego przymusu wewnętrznego, że musieli przystąpić do działania. Powtórzę zatem raz jeszcze: z moich doświadczeń wynika, że zaburzenia umysłowe nie usprawiedliwiają przestępcy. O ile nie utracił całkowicie kontaktu z rzeczywistością, a tym samym przestał rozumieć konsekwencje swoich poczynań w realnym świecie, kryminalista dokonuje wyboru i świadomie krzywdzi ofiarę. Ci mocno szurnięci są łatwi do schwytania. Seryjni mordercy – wprost przeciwnie.

Koniec końców o wartości tej publikacji przesądzają przede wszystkim informacje z pierwszej ręki i właśnie te konkluzje, które zmuszają do refleksji na tematy niezmiernie trudne z moralnego punktu widzenia. Niestety, tu właśnie zaczyna odczuwać się brak statystyk i opracowań naukowych, przynajmniej w formie przypisów. Z tego powodu „Mindhunter” jest przede wszystkim interesującym punktem wyjścia do zgłębiania tematu i podstawą polemiki do obrony stanowiska pragmatycznego. Kiedy profiler FBI o wieloletnim doświadczeniu mówi, że najbardziej okrutni seryjni mordercy zazwyczaj są biali, można dać mu kredyt zaufania, gdy jednak wyraża swoją opinię w kwestii skuteczności kastracji gwałcicieli, aż chciałoby się zapytać, jakie badania i dowody ma na poparcie tej tezy poza własnymi obserwacjami i intuicją. 

Te uproszczenia można jednak zaliczyć w poczet zalet „Mindhuntera”, który staje się dzięki nim pozycją przystępną nawet dla laika i niewymagającą ani doedukowania się przed lekturą, ani znajomości fachowej terminologii, ani nawet przebijania się przez naukowe rozważania na poziomie akademickim. Chociaż dylematy, które roztrząsa Douglas, nie należą do tych codziennych i błahych, to podchodzi on do nich w bardzo ludzki sposób, nie unikając emocji i nie chowając się za wszelką cenę za potrzebą obiektywizmu. Otwiera tym samym drogę do polemiki, w którą warto wejść, sięgając po więcej pozycji o zbliżonej tematyce. 

Nietrudno zrozumieć, dlaczego moim zdaniem było to przestępstwo motywowane gniewem, a nie pożądaniem. Jego myśli nie zaprzątał seks, ale gniew i wściekłość. Nawiasem mówiąc, właśnie z tego powodu kastrowanie gwałcicieli nie daje rezultatów. Kastracja nie powstrzyma takiego człowieka, ani pod względem fizycznym, ani emocjonalnym. Gwałt jest w sposób oczywisty zbrodnią motywowaną gniewem, więc jeśli odetniemy komuś jaja, stworzymy człowieka bardziej rozjuszonego niż kiedykolwiek wcześniej.

Przestępca to nie gwiazda rocka

Douglas robi też w „Mindhunterze” coś, co z rozmysłem pomijają twórcy popularnych filmów o seryjnych mordercach: demitologizuje swoich bohaterów, odziera ich z nimbu tajemnicy i niesamowitości. To ważne, zwłaszcza w kontekście uwielbienia, jakim wielu z nich cieszy się zza krat więziennych. Manson – natchniony prorok Rodziny – traci znacznie na swojej charyzmie, kiedy przyznaje, że za wszelką cenę chciał uniknąć ponownej odsiadki i z tego właśnie powodu pilnował się, aby nie brać osobiście udziału w żadnej zbrodni. Za sprawą prowokowania osobistych wynurzeń i przywołania krzywd doznanych w dzieciństwie Douglas odczarowuje przestępców, zamieniając ich ze swojego rodzaju idoli popkultury (i używam tego określenia z całym przekonaniem, pamiętając, że w sieci można kupić koszulki z twarzą Mansona) w wypaczonych, nieszczęśliwych ludzi, którymi w rzeczywistości są i którzy nie mają światu nic do zaoferowania, zdecydowanie nie zasługując na podziw, którym się w niektórych kręgach cieszą. 

Złożona pozostaje jednak kwestia samego kształtowania przestępców: z pragmatycznego punktu widzenia najlepszą metodą walki z przestępczością jest zapobieganie zbrodni. Na jakim jednak etapie jesteśmy w stanie jej zapobiec? Chociaż nie zmienia to faktu dokonania aktu przemocy, czy naprawdę możemy stwierdzić, że ktoś urodził się zły? Jak wiele osób jest współodpowiedzialnych w procesie „tworzenia” seryjnego mordercy? Ilu tragedii mogłoby uniknąć społeczeństwo, gdyby na bieżąco rugowało z otoczenia ślady patologii, przemocy względem dzieci, gdyby było bardziej skłonne do empatii w sytuacjach wymagających reakcji, realnej pomocy?

I wreszcie najważniejsze: ilu z nas byłoby zdolnych do popełnienia przestępstwa, nawet brutalnej zbrodni, gdybyśmy od dziecka byli poddawani wyniszczającej psychicznie torturze? 

W całej swojej karierze badacza i konsultanta nie spotkałem się z brutalnym przestępcą, który pochodziłby z funkcjonalnej, zapewniającej oparcie rodziny. Uważam, że znaczna większość brutalnych przestępców jest odpowiedzialna za swoje czyny, samodzielnie podejmuje decyzje i powinna ponosić ich konsekwencje. Absurdalne jest twierdzenie, że ktoś nie potrafi zrozumieć powagi swoich czynów, ponieważ ma tylko czternaście lub piętnaście lat. Mój ośmioletni syn Jed od dawna potrafi odróżnić dobro od zła. Niemniej dwudziestopięcioletnie doświadczenie podpowiada mi też, że większość przestępców nie jest nimi od urodzenia, ale „produktem” jakichś okoliczności, a to oznacza, że na jakimś etapie ich życia osoba, która powinna była wywrzeć na nich pozytywny wpływ, wywarła wpływ zdecydowanie negatywny. Właśnie dlatego uważam, że poza dofinansowaniem policji i systemu więziennictwa potrzebujemy przede wszystkim miłości. Bynajmniej nie upraszczam sprawy – dotykam tu samej istoty problemu.

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Znak.

 


Na zakończenie perełka z „Mindhuntera”, fragment opisu obławy na Roberta Hansena, seryjnego gwałciciela i mordercę odpowiedzialnego za śmierć 17 kobiet. Jego wypowiedź pokazuje dość jaskrawo, jaki gatunek ludzi posługuje się takimi argumentami jak ten przywołany w cytacie:

Policjanci wrócili do Hansena i przedstawili mu zarzuty wysunięte przez dziewczynę. Zareagował wściekłością. Twierdził, że nigdy nie widział jej na oczy i jest oczywiste, że dziewczyna próbuje naciągnąć go na odszkodowanie, korzystając z jego wysokiej pozycji społecznej. Jej opowieść nie miała, jego zdaniem, najmniejszego sensu.
Jak można zgwałcić prostytutkę? – spytał retorycznie policjantów.

Dedykuję polskim konserwatywnym politykom i publicystom. Nie wątpię, że Hansen miał też podobne zdanie na temat wykorzystywania nietrzeźwych. Wielkie umysły myślą podobnie czy coś w ten deseń. 

Wydaj hajs z tattwą: wygodne buty poza sezonem
Złote myśli #1: "Moskwa-Pietuszki", "Nakarmić kamień", "Całe życie z moim ojcem"