TV Time, czyli czas na seriale - jak nie stracić rachuby i zawsze być na bieżąco?
John Douglas - "Mindhunter". W umyśle seryjnego mordercy

Proces zakupowy przebiega u mnie zazwyczaj w ten sam sposób: mam pieniądze, nic mi się nie podoba, potem nie mam pieniędzy i nagle podoba mi się wszystko i wszystkiego potrzebuję. Alternatywnie: buty wołają do mnie „mamo!”, okazuje się, że to najnowsza kolekcja Bardzo Znanego Projektanta, a ja nie upadłam jeszcze na łeb, żeby wydać na parę botków 5 tysięcy złotych; kolejne pół roku spędzam, szukając podobnych butów w cenie dla plebsu, bo nie podoba mi się nic innego, kiedy w końcu znajduję, cała ta miłość mi mija i zabawa zaczyna się od nowa.

Efekt? Mam naprawdę niewiele ubrań i butów, a wybór każdego nowego elementu garderoby zajmuje mi całe tygodnie. Między innymi dlatego przestałam kupować ubrania stacjonarnie – tracę wtedy cierpliwość i krytycyzm, ulegam zmęczeniu i wybaczam ciuchom wady, których nie darowałabym przy zakupach online. 

Zakup na lata

Mam tylko dwie stopy i nieprzeciętnie cenię sobie komfort, dlatego na zakup nowych butów decyduję się niezmiernie rzadko. Mam po jednej parze każdego potrzebnego mi rodzaju obuwia bardzo o nie dbam, dzięki czemu służą mi zawsze przez przynajmniej kika sezonów. Rekordziści, ciemnoróżowe kowbojki z Venezii, są już ze mną od dobrych 7 czy 8 lat. 

Większość butów w mojej szafie – jeśli nie wszystkie – pochodzi z wyprzedaży. Nie niektóre polowałam miesiącami. Tylko jedne kupiłam pod wpływem chwili, ale są na tyle uniwersalne i klasyczne (gładkie, czarne szpilki z licowej skóry, z niewielkim szpicem), że nigdy tego nie żałowałam. Zwykle czaję się na upatrzony model, czekając na obniżenie ceny. W przypadku polskiej marki Animalbale niewiele brakowało, a obeszłabym się smakiem – baletki z jelonkami wpadły mi w oko już parę lat temu, ale zdecydowałam się na zakup dopiero pod wpływem informacji o likwidacji sklepu internetowego i związanej z tym wyprzedaży. Jeśli Wam też się podobają, pospieszcie się – na stronie zostały już tylko pojedyncze sztuki. 

Jesienne wyprzedaże: gdzie upolować wygodne buty na następne lato?

Skusiłam się na czarne baleriny ze skóry licowej z miedzianymi jelonkami – są naprawdę świetne. Sprawdzajcie dokładnie długości wkładek – buty Animalbale wypadają o rozmiar większe niż standardowa rozmiarówka!

Moje ukochane sandały Ilario Ferucci nie dokonały jeszcze co prawda żywota, ale po 3 sezonach wyglądają, szczerze mówiąc, jak ścierwo. Cierpię z tego powodu, bo nie tak łatwo jest znaleźć sandały, które spełniają moje wymagania:
– mają grubą, koniecznie wyprofilowaną podeszwę;
– są w całości wykonane ze skóry naturalnej lub tkaniny, bez kawałka syntetyku poza spodnią częścią podeszwę;
– mają niskie zapięcie poniżej kostki, które dobrze trzyma stopę;
– są japonkami.
Podczas zakupu nie negocjuję żadnej z tych zasad. Nie daję się idiotycznie namówić na „ale przecież są takie ładne”, „będą na specjalne okazje” i „jakoś się przyzwyczaję”. Jestem już za stara, żeby się wbrew własnej woli do czegoś przyzwyczajać. 

Sandały… na zimę

Powiecie pewnie, że sezon na sandały już się skończył, ale ja mam jeszcze zamiar nadchodzącej zimy zabrać japonki na wycieczkę. No i kolejna sprawa, że za rok też będzie lato, a ja już będę miała z głowy kwestię obuwia, gdyby niespodziewanie znowu przyszło w maju. Z wiekiem zrozumiałam, że najfajniejszą rzeczą w zarabianiu pieniędzy jest to, że można kupić sobie coś wtedy, kiedy to się opłaca, a nie wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. 

Jeśli zatem wybieracie się nadchodzącej zimy na jakieś egzotyczne wakacje lub tak jak ja chcecie załapać się na dobry produkt w fajnej cenie poza sezonem, zastanówcie się nad porządnymi sandałami na przyszłe lato.

Marki dla miłośników komfortu

Jest kilka marek-pewniaków, które każdorazowo gwarantują komfort noszenia. To na przykład Scholl, Caprice, Clarks, Birkenstock czy TOMS. Nie przypominam sobie, żebym w ofercie którejś z tych marek widziała kiedyś niewygodne buty z niewyprofilowanymi wkładkami. Co do wzornictwa… cóż, tutaj bywa różnie. O ile TOMS i Birkenstock podobno podobają się hipsterom, millennialsom i fanom normcore’u na całym świecie, to Caprice i Scholl potrafią czasami nieprzyjemnie zaskoczyć siermiężnością. Warto jednak sprawdzać ofertę tych marek – zawsze jest szansa, że trafi się coś naprawdę super. Sama pamiętam, jak w Caprice kupowałam świetne kozaki, a w Schollu – naprawdę ładne sandały na obcasie. 

Sama po tygodniach rozważań wybrałam ostatecznie model KAIRO marki Birkenstock – co prawda musiałam buty odesłać z powodu źle wybranej tęgości (Birkenstocki dostępne są w wersjach „regular” i „narrow” – na wąską stopę), ale nie rozczarowały mnie i już zamówiłam nową, lepiej dopasowaną parę. Najbardziej obawiałam się, że pręcik między palcami stóp będzie bardzo twardy i buty obetrą mnie podczas noszenia, ale już po pierwszym mierzeniu przekonałam się, że nie ma ryzyka: jest miękki i elastyczny, właściwie niewyczuwalny. Same buty są solidne, rewelacyjnej jakości. Coś tak czuję, że to będzie miłość na lata.

Buty z misją

Tomsy to moja wielka obuwnicza miłość: dawno, dawno temu wypatrzyłam w jednym z postów Asi Glogazy urocze koronkowe espadryle. Kupiłam je, niestety okazały się nie dość że bardzo delikatne i mało wytrzymałe, to jeszcze średnio wygodne – wkładka nie była w środku wyprofilowana, co jest częstym problemem w tanich espadrylach. W efekcie buty stanowczo zbyt szybko rozczłapały się i zniszczyły, a mnie przy chodzeniu bolały stopy. Kiedy wyrzuciłam je, kompletnie zniszczone, długo szukałam podobnych, ale wygodniejszych. I kiedy już miałam odpuścić, zniechęcona, znalazłam TOMSy. 

W szydełkowych wsuwanych TOMSach (powyżej z numerem 16) przechodziłam już w zasadzie 3 sezony i kiedy tylko na zewnątrz robi się cieplej, od razu po nie sięgam. To jedne z najwygodniejszych butów, jakie kiedykolwiek miałam: przylegają do stopy jak rękawiczka, są przewiewne i leciutkie, a miękka, wyprofilowana wkładka w środku sprawia, że można w nich spędzić cały dzień bez zmęczenia. Kilkakrotnie prałam je już w pralce (jasna tkanina nieco się brudzi) i wciąż wyglądają bardzo dobrze. Lubię je do tego stopnia, że właśnie zamówiłam drugą, identyczną parę na przyszłość. 

Marka angażuje się w działalność charytatywną w krajach trzeciego świata, a za każdą sprzedaną parę przekazuje kolejną potrzebującym i to niezależnie od tego, gdzie kupicie swoje TOMSy. Więcej o aktywności prospołecznej marki możecie przeczytać tutajtutaj

 

TV Time, czyli czas na seriale - jak nie stracić rachuby i zawsze być na bieżąco?
John Douglas - "Mindhunter". W umyśle seryjnego mordercy