Jak nie pokochałam Wittchen Young i inne historie
"Trawka", Snoop Dogg, bałkańskie rytmy i kożuch na zimę

W tym roku, jak co roku, spektakularnie zdechłam przy przejściu z trybu „zima” do trybu „wiosna”. Co roku Mamut powtarza „ubierz, dziecko, rajtki na tyłek”, na co oczywiście, oczadziała pierwszym słońcem, odpowiadam radosnym „pffff”, żeby dać jej satysfakcję i za kilka dni móc pozwolić wygłosić sławetne „a nie mówiłam…”. Tak mamo, jesienią zrobię dokładnie to samo – po raz kolejny. Przeziębienia są w moim wykonaniu dość spektakularne, z całą paletą objawów, toteż w tym sezonie kosztowało mnie to prawie dwa tygodnie uwięzienia w domu. Z jednej strony jednak się cieszę, bo ominął mnie blogowy shau na czerwone rurki, które budzą we mnie dalekie wspomnienia o przedszkolu, gdzie Mamut – wbrew moim protestom – posyłała mnie czasami w podobnie powabnych (uhhh) karminowych sztruksach.

Koturny z Zary: upadek człowieka pod Dworcem Głównym - tattwa

Ponieważ jest wiosna, oczywiście kocham kolory i oczywiście konsekwentnie robię po swojemu, tzn. najbardziej kolorową w szafie mam pidżamę ze Snoopym oraz tzw. niewymowne. I standardowo jestem w tych samych portkach co w poprzednich postach, moich ukochanych, które bezczelnie buchnęłam młodszej siostrze z szafy. Rurki zaczęłam nosić właściwie dopiero jesienią zeszłego roku, w pogardzie mając Lagerfeldy i Gabbany, i do dzisiaj nikt mnie nie przekona, że jest to fason korzystny dla kogoś powyżej rozmiaru „zgrabne 38″. Przy mojej sylwetce, okrutnie i boleśnie dalekiej od ideału, nie próbowałam nawet nigdy wyjść nosić ich do płaskich butów, bo moje poczucie estetyki zwijało się wtedy ze bólu. To chyba jedyna zasada jakiej trzymam się przy ubieraniu – 11. przykazanie: nie pogrubiaj 🙂 Dzwonom i szwedom mówię więc po stokroć – hell yeah, witajcie znowu. Obecności cekinowego beretu (innego!) nawet nie komentuję, przyrósł na stałe i żadna siła go ze mnie nie zerwie, tym bardziej kiedy nie chce mi się prostować włosów.

Koturny z Zary: upadek człowieka pod Dworcem Głównym - tattwa

Kulminacyjny punkt mojego przydługawego słowotoku – koturny z Zary – dedykuję AlicePoint. Zanim trafiłam na tego bloga, koturny kojarzyły mi się tylko z ciężkimi „żelazkami” sprzed 10 lat, noszonymi głównie przez spieczone na herbatnika panterki dyskotekowe, czyli w stylu remizowego lansu. Co gorsza, pamiętam też wersję męską – z metalowymi okuciami na przodzie, w moim środowisku pieszczotliwie zwaną „spermoślizgami” (nie, nie znam etymologii tego określenia). Obserwując stylizacje Alice z nieodłącznymi koturnami, z czasem przekonałam się, że daleko im do tego blokowego seksapilu, który zapamiętałam. Wiwat Alice! Są wygodne, stabilne, podobają mi się – i szczerze mówiąc nie interesuje mnie spór o to, czy „się nosi” czy „się nie nosi” rajstopy do peep toe. Moje się nosi, ja się tak noszę i amen.

Koturny z Zary: upadek człowieka pod Dworcem Głównym - tattwa

P.S. Wygoda wygodą, muszę się jednak przyznać, że nosząc ze swobodą wysokie obcasy – czasami w wersji ekstremalnej – od ok. 13 roku życia, przy pierwszym zetknięciu z magicznym (niech go szlag) krakowskim brukiem przed Dworcem Głównym, zaliczyłam razem z moimi koturnami spektakularną glebę, w biały dzień, przed tłumem ludzi. Miszczyni lansu – niech żyję ja.

Jak nie pokochałam Wittchen Young i inne historie
"Trawka", Snoop Dogg, bałkańskie rytmy i kożuch na zimę