O zdychającej sztuce dyskursu
Kto plotkuje?

Śmiało zaryzykuję stwierdzenie, że poziom festiwalu muzycznych w Polsce staje się z roku na rok coraz wyższy. Oprócz gwiazd wielkiego formatu, jak Portishead i Prodigy możemy, nie opuszczając rodzimego podwórka, posłuchać też nowych brzmień, zobaczyć na żywo najgorętsze zespoły obecnego sezonu i zorientować się, przynajmniej pobieżnie, co obecnie proponuje tzw. mainstream i tzw. underground. Czasy, kiedy można było szczerze powiedzieć, że nic ciekawego się u nas nie dzieje, odchodzą w niebyt i chyba tylko ktoś, kto poświęca więcej czasu na bezproduktywne zużywanie tlenu niż na autentyczne zainteresowanie sceną muzyczną ma powody do narzekań. Tak ja to widzę – bo w tym roku moim głównym powodem do niezadowolenia była konieczność wydania całej mojej krwawicy na coś innego niż festiwalowe karnety.

Zazdroszczę szczerze tym, którzy mieli okazję usłyszeć Portishead na żywo na Malcie, tym, którzy wybrali się na genialny w tym roku Audioriver, tym, którzy obecnie żyją Off Festiwalem. Mam nadzieję, że moja nędzna obecnie karma pozwoli mi w tym roku przynajmniej być na Tauronie. Wiele osób zrzędzi jednak, że polska scena muzyczna sama w sobie nie proponuje obecnie nic wartego zainteresowania. Szczerze – nóż otwiera mi się w kieszeni, kiedy to słyszę, zwłaszcza kiedy biorę udział w dyskusji tego typu: „a znasz to [nazwa zespołu]? – Nie. – A to? Też nie. – A tamto? Też nie. – To chyba nie interesujesz się za bardzo tematem? A, bo u nas tylko Doda i Feel…”.

Mam wrażenie, że część ludzi oczekuje, że nowi, młodzi artyści proponujący coś ciekawego pojawią się na MTV (ktoś to jeszcze ogląda?), w hot linkach na Youtube, lub – najlepiej – wyślą im bezpośrednio linka do swoich kawałków z uprzejmą prośbą o łaskawe przesłuchanie. W dobie hegemonii internetu, kiedy telewizja staje się właściwie opcjonalnym dodatkiem, a radio – offową alternatywą lub mdłym tłem do słuchania podczas jazdy samochodem, muzyka zaczyna wymagać od odbiorcy w coraz większym stopniu zainteresowania i zaangażowania. Najciekawsze zespoły odkryłam, grzebiąc w czeluściach zapomnianego już nieco MySpace’a oraz podczas klikania w losowe linki na YT. Pamiętam, że słynne „Wonderful life” Hurts znalazłam przypadkiem, kiedy miało dopiero kilkaset odsłuchań.

Nie ma w tym nic hipsterskiego – nie czuję potrzeby bycia o krok przed wszystkimi, często dobieram muzykę, literaturę, filmy, zupełnie losowo, z powodu małej wzmianki na czyimś blogu, podczas rozmowy, w artykule, czasami zupełnie przypadkowo trafiam na coś. Rozsyłam potem te rzeczy dalej, do moich znajomych, którzy nie są aż tak uzależnieni od internetu, żeby przesiedzieć na MySpace 8 godzin bez przerwy 🙂 Nie ma znaczenia, kto pierwszy – ale dobre rzeczy warto promować, żeby ich twórcy nie przepadli gdzieś z powodu braku odzewu i środków do kontynuowania twórczości. Czy staną się przez to „mainstreamowi” – uważam, że przejmowanie się tym jest dość uwłaczającą inteligencji formą pozerstwa. Dzieło nie staje się wybitne jedynie przez to, że jest „offowe”, jak wiele osób obecnie zdaje się sądzić. W moim odczuciu, jeśli kapela zagra koncert przed dwoma setkami ludzi i zainteresuje sobą pięcioro z nich, nie jest ambitna, tylko nędzna, ot całą filozofia – nie ma co snobować się i twierdzić, że 90% społeczeństwa to debile bez gustu.

6015764049_be821a5bdd_b

Ale ja, oczywiście, jak zwykle nie o tym. O czym chciałam naprawdę napisać parę zdań (ja i „parę zdań”, to dobre), to Oleszyce Hip Hop Fest. Kto zacz te Oleszyce, nie wie prawie nikt, więc powiem 🙂 . Za górami, za lasami, jest takie małe miasteczko, prawie pod ukraińską granicą, kawałek za Jarosławiem (kierunek Rzeszów, Tarnów, te klimaty). Dla mnie, mieszkającej na Śląsku, była to prawie 7-godzinna wycieczka (bo przecież PKP się NIE SPIESZY). Pojechałam tam na zaproszenie przyjaciela, który w zeszłym roku razem z swoim kolegą Pawłem założył agencję UK Event, zajmującą się organizacją koncertów w Krakowie i szeroko pojętych okolicach. Zachęcam do polubienia ich strony na FB (UK Event – klik), zwłaszcza jeśli ktoś jest zainteresowany polską sceną hip-hopową i klimatami pokrewnymi – koncerty organizowane są naprawdę profesjonalnie, warto się wybrać (najbliższy koncert w Krakowie, z tego co wiem, ma odbyć się w październiku w Rotundzie). Założyciel agencji, Tomek, lokalny patriota właśnie z Oleszyc, postanowił w tym roku pójść za ciosem i tak oto znalazłam się na Oleszyce Hip Hop Feście.

Co mogę powiedzieć – było genialnie. Od jakiegoś czasu moje gusta są silnie ukierunkowane na polski hip hop, który po latach chowania się w podziemiu łapie drugi oddech i jak dla mnie, tworzy w tej chwili chyba najbardziej wyrazistą niszę w polskiej muzyce. Okazji usłyszenia w jednym miejscu Rahima, Molesty i przede wszystkim – Grubsona nie mogłam przepuścić, więc spakowałam plecaczek i przeprawiłam się na niemalże drugi koniec świata. Wyposażona w VIPowską plakietkę organizatora (znajomości, hell yeah) właziłam w każde dostępne miejsce, skakałam pod samą sceną w wydzielonej sekcji zamkniętej i oczywiście polazłam zamienić dwa słowa z 3odą Kru, z którą miałam przyjemność spotkać się także po ostatnim koncercie w Rotundzie. Nie mam ciśnień na gwiazdy, zdjęcia z celebrytami i autografy (chociaż sobie zażyczyłam podpisy na plakacie, a co), ale to naprawdę frajda mieć okazję zamienić przynajmniej kilka słów z ludźmi, którzy tworzą coś, co nam się podoba.

Dlaczego piszę o tym wszystkim tutaj? Pojechałam na festiwal uzbrojona oczywiście w aparat i stanowcze postanowienie złapania jakiś fajnie ubranych ludzi na zdjęciach. Niestety, o inteligencji moja, rzeczą której tym razem zapomniałam zabrać (bo zawsze musi coś takiego być), była karta pamięci do aparatu, z czego zdałam sobie sprawę już na festiwalu. Nieliczne zdjęcia, jakie udało mi się zrobić, prezentuję tutaj, bez ałtfitów, jako że jestem tylko na jednym zdjęciu, w dodatku siedząc (znajdź Wally’ego! 🙂 ). Wybaczcie ich jakość, niestety nie dysponuję sensownym sprzętem i nie wycisnęłam z aparatu nic więcej. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy szaleli tam w tłumie razem ze mną, wszystkich którzy szczerzyli mi się do zdjęć i tych, których tam poznałam. Specjalne czółko dla Tomka, który jak zwykle troszczył się o swoje kaczuszki mimo wszystkich komplikacji i przygarnął mnie pod swój dach i dla jego mamy, za świetne obiadki i kuchenne pogaduchy. Aneta, Tomek, Marcin, Żaneta, Diana, Mateusz, Dominik, Damian, Paweł – dzięki wam wszystkim za genialny weekend 🙂

collage

6015765857_27418c0d30_b

6015767783_a5bb127ef9_b

6015771123_ccaefc8374_b

6016318840_28d5267d26_b

Za rok chłopcy planują kolejną odsłonę festiwalu – chociaż znając Tomka, niewykluczone jest, że klimat będzie całkiem inny, ostatecznie kiedy go poznałam, był fanem Schizmy i wiernym wyznawcą hardcore’u. Być może za rok pojawi się zatem z dreadami do pasa i zamiarem reaktywowania spuścizny Boba Marleya. Bóg jeden raczy wiedzieć. Niemniej, w imieniu jego i Pawła, zapraszam – zarówno na najbliższy koncert w Rotundzie (info w zakładkach na FB, chociaż line-up może się jeszcze zmienić) jak i na Oleszyce Hip Hop Fest za rok. Było genialnie, przynajmniej tak uzgodniliśmy, wracając do domu bardziej nad ranem, niż nocą, po miażdżącym koncercie 3ody Kru. Za rok też tam będziemy!BTW – festiwal odbył się 9. lipca, taki mam ekspresowy zapłon 🙂 Raczej nie zrobiłabym kariery jako reporter 🙂 Line – up tegorocznego festiwalu:

Grubson & 3oda Kru
Eldo
Molesta Ewenement
Rahim
Bob One
B.A.K.U.
Majsi
Joke Ferajna
Niagara
wueRA
GRZ

PS. Moja kicia najukochańsza przyniosła mi właśnie mysz. Wszystko pięknie, tylko co mam zrobić z na-wpół-zdechłą myszą? Nie mogę patrzeć jak zdycha i się męczy, a nie jestem w stanie jej dobić. Nienawidzę takich sytuacji…

 

O zdychającej sztuce dyskursu
Kto plotkuje?