Konfesja przedświąteczna. Forma eksperymentalna
Welcome in Neverland. Piotr Piskorowski

Regularnie na własne życzenie pozbawiam się części funduszy i kupuję kolorowe magazyny, przyznaję się bez bicia. W natłoku śmiecia wypełniającego półki salonów prasowych (zażarcie bojkotuję Empik, ale niestety niektóre czasopisma można dostać tylko tam) jest kilka takich gazet, na które jestem w stanie wydać kasę. Tematyka bloga zobowiązuje, więc pochylę się tylko nad tymi, które spełniają jedno kryterium: zawierają foty, które ew. blogerka może podpieprzyć i bez podpisu wrzucić na blogaska z podpisem „inspiracje”. Szkoda czasu na gadanie o czymś pokroju Joy’a, Glamour, że o Cosmopolitanie nie wspomnę (że ktoś to w ogóle czyta, szacun wielki) – od magazynu wymagam, żeby zajął mnie treścią na jakiś czas, co przy ilości godzin jakie spędzam w towarzystwie PKP (żeby ich…) jest naprawdę istotne. Nie lubię czytać w pociągu książek, bo z dobrą lekturą wolę uwalić się w fotelu czy na łóżku, z kubkiem herbaty, w ciszy i spokoju – i kontemplować. Jak jest w PKP, wie chyba każdy – ludzie pchają się, śmierdzą (jak wszędzie), drą paszcze, piją piwo, dzieci latają po przedziale jak kot z pęcherzem, poza tym pociąg hałasuje. Mogłabym poczytać pewnie jakąś literaturę kobiecą (o ile byłaby za darmo, bo przecież nie kupię), bo nie wymaga skupienia, myślenia i ogólnie niczego od czytelnika, ale nie chcę ryzykować że wpadnę na kogoś znajomego i zostanę przyłapana z takim badziewiem w ręku. To tak jakby nakryć człowieka na słuchaniu disco-polo (chyba, że w formie żartu imprezowego). Bo tak, jestem zarozumiałym intelektualnym snobem i burżujem, jak mawia mój kumpel, patrząc na mnie z rozbawieniem. Mogę wyjść z domu w bluzie od dresu i cichobiegach (czyli po lanserskiemu – obuwiu sportowym typu „city”), mogę (chociaż nie lubię, z uwagi na komfort bliźnich) pokazać się bez makijażu, ale nie wystąpiłabym publicznie z jakimś żartem literackim w ręku. Np. z „Alchemikiem”. Albo innym zbiorem truizmów spod znaku Coelho. Z tych samych powodów nie byłabym w  stanie wyciągnąć w przedziale pociągu nowego numeru Cosmo – raz, że wstyd, a dwa, że żeby zająć się przez 2,5 godziny trasy, musiałabym wziąć ze 20 numerów. Dawno, dawno temu, skusiłam się na Glamour, bo był jakiś dodatek o ciuchach – a potem przez 2 godziny plułam sobie w brodę, bo po odjęciu banalnych zdjęć laseczek i aktoreczek w różnych pozach i kilku miałkich tekstów o rozwodach, wspaniałych niezależnych kobietach, szacunku do samej siebie i byciu piękną „bez względu na wiek, figurę, fryzurę, rasę i wyznanie” została mi stopka redakcyjna. To ja już wolę Coelho – przynajmniej można się pośmiać. Złośliwie, rzecz jasna.

Następnym razem, kiedy będzie mi się strasznie nudzić, popastwię się trochę nad polskimi magazynami o modzie, ale tym razem pochylam się tylko nad najnowszym numerem kwartalnika Viva! Moda. Jako, że polskiej edycji Vogue’a nie ma i prędko nie będzie z wiadomych przyczyn, trzeba lubić to, co się ma i nie narzekać. I nie narzekam, serio (zwłaszcza biorąc pod uwagę poziom amerykańskiego czy brytyjskiego Vogue’a nie ma czego żałować) – kupuję Vivę! Modę od dawna, widziałam jak mocno zmieniła się w ciągu kilku ostatnich lat i kibicuję redakcji, bo jako jedni z nielicznych potrafią zająć mnie przez 2 godziny podróży dzięki temu, że nie uciekają się do fotek cellulitów celebrytek na wakacjach oraz plotek o życiu prywatnym różnej maści artystek i aktorek z bożej łaski i nie karmiąc mnie papką dla blondynek poszukujących w życiu sensu, celu i męża (metaforycznych blondynek oczywiście, realną blondynką sama zostałam, zresztą, będzie to powód do kolejnej serii moich złośliwych wynurzeń).

Cóż to mamy w najnowszym numerze Vivy! Mody? Ano mamy parę słów o chłopakach z genialnego bloga Montaigne Street (niestety, strona ma automatyczne odtwarzanie muzyki, czyli to, co sprawia, że trafia mnie nagły szlag przy kompie) i o Loulou de La Falaise, wywiad z Diane von Furstenberg przeprowadzony przez Bartka Michalca z Zuo Corp., historię legendarnych płaszczy MaxMary w wielbłądzim kolorze, totalnie boską sesję „Sztuka w służbie mody”, parę fajnych fot  makijaży, wywiad z Lady Gagą (mówcie co chcecie, ja ją lubię, zwłaszcza, gdy nie muszę słuchać, ale o tym kiedy indziej) i oczywiście przegląd trendów z wybiegów, upchnięty gdzieś tam pod koniec. I parę innych rzeczy, np. księciunio Alexi Lubomirski, na którego zawsze miło się pogapić, bo to ładny chłopiec jest.

Agnieszka Maciejak na FashionPhilosophyI mamy też Wiktorię Grycan, która właściwie nie wiadomo co robi w tak szacownym gronie. Nie wiem, może sztuczka miała polegać na tym, że jak ktoś wciśnie do numeru parę roznegliżowanych fot zupełnie przeciętnej nastolatki z nadwagą, dziką forsą (rodziców) i równie dzikim parciem na szkło, społeczeństwo da się złapać na poprawność polityczną i promowanie modelek plus size. Sorry, se ne da. Po pierwsze, i mówię to jako ktoś komu słowo „nadwaga” nie jest obce – ja lubię te chude wieszaki w roli modelek. I „kobiece kształty” nigdy mnie specjalnie nie kręciły, nie szukam w nich wymówki do tego, żeby się nie odchudzać. Nie odchudzam się, bo nie mam do tego jaj, jak to mówią, co nie znaczy, że nie chciałabym obudzić się z wystającymi koścmi biodrowymi i wciągnąć na tyłek dżinsów w rozmiarze XS. Albo przynajmniej S. Ale to oczywiście kwestia gustu – być może Karlie Kloss podoba mi się milion razy bardziej niż Crystal Renn w okresie „plus”, ale ta druga jest okrutnie seksowna i atrakcyjna, tylko nie w moim typie. I naprawdę rozumiem zachwyty nią lub Moniką Belucci, która także daleka jest niezmiernie od rozmiaru „0”. Podniecenia Beth Ditto nie rozumiem, miażdżyca, nadpotliwość i wielka opona na  brzuchu obciągnięta siateczką mogą być reklamą fast foodów, ale są tak odległe od zdrowia i higieny, że raczej podziękuję. I w nosie mam poprawność polityczną, gdybym kiedykolwiek doprowadziła się do tego stanu, mam tylko nadzieję, że trafię na dobrego lekarza, zanim serce nie wyrobi na zakręcie przy wchodzeniu na stopień autobusu.

Dlatego też, ja się pytam, co robi Wiktoria Grycan w sesji dla magazynu o modzie? Pytam się, co robiła na wybiegu na pokazie Agnieszki Maciejak? Mówcie co chcecie, ale niezależnie od rozmiarów, modelka powinna – moim zdaniem – być ładna (niekoniecznie) i interesująca (koniecznie). Powinna przyciągać wzrok, a nie sprawiać, że myślę tylko „dobra, dzisiaj nie jem kolacji”. Kiedy patrzę na sesje Crystal Renn, wzrok z przyjemnością przesuwa się po krzywiznach ciała (tekst jak z Harlequina) – widać, że mamy do czynienia z profesjonalistką, kobietą świadomą swoich atutów, piękną, dojrzałą i emanującą seksapilem. Może trochę z tego powodu uważam, że sesja panny Grycan jest nieco nie halo – bo „plus size” kojarzy mi się z dojrzałą kobiecością, pełne kształty są ostatecznie dowodem dojrzałości seksualnej. Może dlatego mam wrażenie, że półnagie lub nagie zdjęcia Crystal Renn są przesycone erotyką, ale wciąż na poziomie – podczas gdy patrząc na sesję Wiktorii, szukam podpisu „młoda cielęcina na sprzedaż”. Nie jestem pruderyjna, właściwie cierpię na pewną atrofię moralności – nie próbuję tutaj przeforsować poglądu, iż „seks jest tylko dla dorosłych”, bo serio – nie okłamujmy się. Po prostu uważam – naprawdę – że pokazywanie seksu lub seksualności powinno służyć albo celom erotycznym albo artystycznym. W pierwszym przypadku mamy na przykład Playboya, w drugim – fotografię, film czy malarstwo z trochę wyższej półki. Tutaj mamy Playboya, który zasłonił małoletnie cycki i udaje wielką sztukę.

Przeglądając poprzednie numery „Vivy Mody”, mam wrażenie, że jest to najmarniejsza, najbardziej tandetna i nieudana sesja, jaką pokazali. Jakby mało było pokazać na zdjęciach nieletnią latorośl wypchanych pieniędzmi cukierników, ktoś wpadł na pomysł, żeby całość okrasić fałszywymi tatuażami w stylu tych z paczek Chio Chips i jakimiś szlaczkami. Te ze zdjęcia powyżej mają chyba kojarzyć się z najbardziej oklepanym obrazem Hokusai (nie każcie mi tego odmieniać), w każdym razie aluzja jest subtelna jak rzut cegłą. Wszystko to w klimacie „ubodzy krewni orientu” – bez pomysłu, bez polotu, bez sensu. W zderzeniu z edytorialem „Sztuka w służbie mody” przepaść między jakością zdjęć z jednej i drugiej sesji bije po oczach. W roli głównej – nastolatka jakich wiele, być może chodzi więc o promowanie przeciętniactwa, zwykłości i banału? I to nawet nie byłoby takie złe – gdyby nie fakt, że sesja jest dowodem na to, że sztuka, piękno czy osobowość nie mają nic do gadania. Liczy się kasa. Serio zastanawiam się, ile troskliwi rodzice zapłacili za możliwość wypuszczenia swojej latorośli na wybieg, bo myślę, że gdyby sama projektantka chciała promować „plus size”, wybrałaby kogoś bardziej efektownego i doświadczonego. Z tego samego powodu nurtuje mnie, kto zabiegał o sfotografowanie Wiktorii dla Vivy! Mody – redakcja, próbująca podłapać modową ciekawostkę, czy rodzice, pragnący zapewnić dziecięciu wjazd na modowe salony? Bo ludzie to pazerne są – nie wystarczy im możliwość kąpania się w basenie wypełnionym ciężką kasą, muszę jeszcze pokazać ich w TELEWIZORZE. I w gazetach. Najlepiej na okładkach. A najlepiej nie z powodu talentu i osiągnięć, bo kto by się talentem przejmował w dzisiejszych czasach, lepiej być sławnym z powodu fajnych spodni i umiejętności dobierania do nich majtek i torebki. Co, jak widać, jest umiejętnością na tyle istotną, że wypromowały się dzięki niej dziesiątki panien nie wiadomo skąd wziętych. I to jest kuriozalne, ale nie drażni, raczej pociesza, uświadamiając, że można być cool nie mając taty dyrektora, wystarczy się dobrze ubierać. I dlatego przypadek Wiktorii Grycan budzi we mnie taki niesmak – bo jest częścią tego systemu, którym tak strasznie gardzę i którego, jako nieodłącznie związanego z dorosłością, stanowczo unikam póki mogę. Pieniądz rządzi światem, ale przykro patrzeć, jak prasa się sprzedaje – nawet ta modowa, napędzana przez komercyjny styl życia.

z10789866O

I serio, nie ma w tym zazdrości – nie zazdroszczę Wiktorii ciała, bo robię wszystko, by nie mieć go aż tyle. Nie zazdroszczę sesji w Vivie! Modzie ani wybiegu, bo mimo, że żyje mi się z moim ciałem bezpiecznie i wygodnie, nie uważam go za model do naśladowania i promowania, a każdy nadprogramowy kilogram nie jest kwestią lansowania kobiecych krągłości, tylko tym, że leżę bykiem w czasie, kiedy powinnam biegać/pływać/grać w tenisa. Zazdroszczę jej majątku (rodziców, w tym przypadku) – ale zazdroszczę ich też Billowi Gatesowi, a nie obchodzi mnie jego fizys ani ciało dopóki nie zechce machnąć sobie rozbieranej sesji do magazynu.

Tak naprawdę, mam do tej sesji jeden główny zarzut. Jest brzydka i tandetna, banalna i pozbawiona stylu, na poziomie Glamour albo innego kobiecego mózgotrzepa. I powiem, w stylu Paula Coelho (czyli uciekając się do banału i idiotoodpornie ale z posmakiem głębokiej mądrości, co strasznie jara tych mniej oczytanych), że na świecie jest wystarczająco wiele brzydoty, nie trzeba tworzyć jej jeszcze więcej. Amen.

 

Konfesja przedświąteczna. Forma eksperymentalna
Welcome in Neverland. Piotr Piskorowski