Przychodzi baba do krytyka... Tekst o tekście w ramach tekstu
Jean-Charles de Castelbajac for spring / summer 2012.

Moi kochani, w tym roku Gwiazdka nadeszła wcześniej. Zastanawiałam się, o czym by tu napisać, nad czym się poznęcać, chciałam poświęcić parę ciepłych słów sprawie Kac Wawa i Barbarze Białowąs, (cóż, jutro też jest dzień) aż tu nagle temat spadł z nieba. Muszę dorzucić coś od siebie, po prostu muszę.

Nie zamierzam pastwić się nad konkretnymi osobami, bo mi kultura osobista nie pozwala (szkoda, że pozwala autorkom artykułu), natomiast samo zjawisko zaintrygowało mnie na tyle, że chciałabym się nad nim pochylić. Bo – chociaż możliwe, że przypadkiem – Ilonie Witkowskiej i Marcie Karaś udało się trafić w parę punktów zapalnych.

W jednym narożniku mamy szafiarki – dziewczęta śliczne, miłe, zgrabne, radosne jak reklama Kinder Surprise. Mają identyczne urządzone pokoiki z białymi, lakierowanymi mebelkami, lubią wyprzedaże, na śniadanie jedzą muffinki, pancake’i i zapijają to kawą ze Starbucks’a w drodze na uczelnię. Bo przecież nie są głupie – studiują, czytają książki, lubią dobre filmy. Na lunch chodzą do pobliskiej francuskiej kawiarenki, gdzie zajadają się rogalikami, sałatkami i innymi frykasami, bębniąc w klawisze laptopa lub szczebiocząc coś do koleżanki, z rzadka odrzucając włosy z perlistym śmiechem. Ich chłopak jest równie idealny – przystojny, dobrze ubrany, razem stanowią modelową parę a’la król i królowa balu. Wszyscy im zazdroszczą, wszyscy ich kochają, poza nielicznymi, którzy są – jakżeby inaczej – zazdrośni i wylewają na piękne duo ocean Schadenfreude. Główna czirliderka i kapitan drużyny baseballowej. American dream w wersji spolszczonej.

I, drogie blogerki, ja oczywiście wiem, że jest to paskudne uproszczenie. Ja wiem, że czasami i Wy macie gorszy dzień, walczycie z pryszczem czy zatkaną toaletą, zdarza Wam się złapać gumę albo zostać porzuconą przez chłopaka. Ja to wiem, bo jestem jednostką cyniczną i nie wierzę w bajki. I wiem, że nierzadko jecie na śniadanie po prostu chleb z pasztetem a ok. 11.00 nie idziecie na francuski lunch tylko na cheeseburgera lub, siedząc na podłodze swojej alma mater, jecie bułkę przygotowaną w domu, kawa pochodzi natomiast z automatu w ciemnym korytarzu uczelni.

Nigdy nie byłam fanką american dream – nie lubię opowieści o tym, jak kultura konsumpcyjna produkuje zadowoloną armię klonów poupychanych w domkach na przedmieściach lub zajmującą apartamenty na Manhattanie. I to nie dlatego, że nie sądzę, że jest to osiągalne, a dlatego, że nie wierzę, iż ma to jakąkolwiek wartość oprócz tej przeliczanej w dolarach. Ale do meritum.

1

W drugim narożniku mamy autorki artykułu, reprezentujące pokrzywdzonych przez los, historię i Boga – Polaków. Nazwijmy ich Kowalskimi. Oni mają zawsze pod górkę. Jeżdżą do paskudnej pracy w śmierdzącym biurze – autobusem, bo nie stać ich na samochód i benzynę. Mieszkają w m2 z czteroosobową rodziną, a na wakacje jeżdżą…cóż, nie jeżdżą. Po zapłaceniu rachunków zostaje im już tylko na weekend u cioci Steni pod gruszą. Kobiety Kowalskich ubierają się tylko na przecenach, a buty z CCC są dla nich dobrem luksusowym. Z niechęcią patrzą na te wszystkie młode, rozrzutne hedonistki, którym się w dupach przewraca i zamiast patriotycznie się udręczać – wolą się bawić i cieszyć życiem. Wieczorami oglądają Wiadomości w poprawnej politycznie, służalczej wobec rządu, telewizji, dostają wrzodów żołądka i cierpią z powodu społecznej niesprawiedliwości. Nocami śnią o życiu blogerek – lekkim, cukierkowym, nieskażonym cierpieniem czy brakiem czegokolwiek.

Piszę to jako ktoś, kto nie skalał się nigdy ciężką pracą, siedząc przed pożyczonym laptopem (mój komputer rozkręciłam kilka dni temu i rozpaczliwie próbuję odzyskać zakładki Firefoxa z uszkodzonego dysku). Na tyłku mam aseksualny, rozciągnięty dres, a włosy związałam w kitkę, żeby nie upaćkać ich keczupem z tostów z serem. Wstałam dopiero dwie godziny temu ze spokojem człowieka, który wie, że nie ma dzisiaj żadnych obowiązków, których nie mógłby olać. Prowadzę życie dla wielu bezproduktywne i pozbawione zmartwień, bo nie dopuszczam ich do siebie, co sprawia, że jestem radosna jak pszczółka, nawet jeśli opłaty za ogrzewanie w zeszłym miesiącu skazały mnie na pewien czas na placki ziemniaczane i chleb posmarowany nożem. Nie mam chłopaka, a jeśli chodzi o wakacje, wciąż bardziej pociąga mnie styl wyjazdów „na Venilę Kostis” (czyli podróż za dychę) niż leżenie na brzegu basenu w luksusowym hotelu na Malediwach. Moje życie zdecydowanie bardziej przypomina to opisywane w Make life harder niż „Plotkarę”.

Nie bolą mnie markowe ciuchy czy egzotyczne wyjazdy, które śledzę u innych blogerek. Uważam, że to strasznie fajna sprawa, że dziewczyny potrafią cieszyć się życiem i rozumieją, że pieniądze nie służą do tego, żeby je mieć, tylko są po to, aby kupić za nie fajne wspomnienia. Cenię sobie świadomość, że udało im się zaistnieć bez ojca dyrektora i intensywnego PR-u w mediach, boli mnie polaczkowatość, hejterstwo i zawiść, z jakimi muszą w Polsce borykać się wszyscy, którym udało się osiągnąć chociaż najmniejszy sukces.

1

Z drugiej jednak strony w jakiś sposób rozumiem frustrację tych, którym się nie udało – brak wiary w siebie, poczucie niemożności wyjścia ze schematu, zmiany obecnego stanu; te rzeczy, tak bardzo mi obce, nie są powodowane przecież złośliwością, ale wiążą się ściśle z systemem, w jakim przyszło nam żyć. Ogólna niezgoda na panujący stan rzeczy i brak świadomości, że to my właśnie go tworzymy, sprawia, że frustraci, uwięzieni w pułapce własnych ograniczeń, próbują znaleźć ujście dla negatywnych emocji. Idealnym celem stają się szafiarki, przeciwwaga dla polskiej szarości i beznadziei.

Zarzut promowania konsumpcyjnego stylu życia nie jest pozbawiony sensu. Ale, na bogów, jaka jest alternatywa? Czy tego chcemy czy nie, wszyscy jesteśmy uwięzieni w świecie rządzonym przez pieniądz, od którego ucieczka jest niezwykle trudna i wiąże się ze buntem przeciwko całemu systemowi. Chociaż osobiście wolę nurzać się we własnym cierpieniu związanym z rozmyślaniami nad brakiem sensu życia ludzkiego jako takiego, rozumiem jednak, że nie każdy ma na to ochotę. Prawem blogera jest tworzenie takiego wizerunku swojej osoby, na jaki ma ochotę, a konwencja bloga modowego nie zakłada podejmowania trudnych społecznych czy politycznych kwestii. Trudno wymagać od takiej strony wyrafinowanych treści filozoficznych czy głębokich przemyśleń na temat życia. A jednak są takie blogi. Z przyjemnością czytam wpisy Miss Ferreiry, Heleny z The Wearability czy Venili Kostis, zza których widać autentyczne osobowości młodych kobiet, które poza tym, że lubią dobrze wyglądać, mają także coś do powiedzenia. Nie pociągał mnie nigdy plastikowy wonderland, w którym wszystko jest idealne i prosto spod klosza, tak jakby dziewczyny, które w nim żyją, egzystowały w równoległym wszechświecie.

Wyrobiony, dojrzały czytelnik traktuje te bajkowe opowieści jak uroczą bańkę, w którą ucieka dla relaksu i rozrywki, nie sądząc naiwnie, że życie blogerek jest usłane tylko różami. Jednak dla nastoletnich fanek ten obrazek może stać się celem do zrealizowania, modelem idealnego życia, które będą chciały prowadzić, gdy dorosną. Życia, w którym Alexa Chung jest bardziej sławna od Wisławy Szymborskiej, bo to co ładne i nieskomplikowane jest łatwiejsze do przyswojenia. I może przesadzam, ale z pewną zgrozą patrzę na pokolenie zapatrzone w przedmioty, dla którego konsumpcjonizm nie jest już tylko nieuniknionym elementem życia społecznego, ale celem samym w sobie. Mimo, że stanowi to niezbywalną cechę człowieka jako takiego, mania posiadania nie wydaje mi się czymś godnym pochwały i reklamy.

picjumbo

Najpoważniejszym problemem tekstu, do którego się odnoszę, jest bezpośredni atak (czy raczej lincz) na Kasię Tusk. I chociaż dla mnie autorka bloga Make life easier też jest w pewnym sensie robotem, fikcyjną, idealną postacią kreowaną ku uciesze tłumu, polską księżniczką serc ludzkich, nie widzę powodu żeby pastwić się nad nią w oderwaniu od całego zjawiska. Chociaż, z drugiej strony, to właśnie cena popularności – nie można ukryć, że nazwisko i pochodzenie zapewniły Kasi na starcie tysiące czytelników a artykuł przysporzy ich jeszcze więcej. Będąc w ten sposób wystawioną na celownik, autorka musi liczyć się z tym, że będzie dla wielu symbolem blogerki zajmującej się modą i zostanie ukarana za grzeszki całej społeczności. Co nie zmienia faktu, że lincz jest linczem i przekracza to granice etyki dziennikarskiej. Artykuł puentuje pytanie: „Pytanie, ile dziewczyn, poddanych dyktatowi tworów typu Makelifeeasier, posuwa się do kredytowania ich swoim ciałem i zrezygnowania z godności dla kolejnej pary jeansów czy kremu z Sephory?” – tego nie chcę komentować, bo zdanie przekracza pewien poziom absurdu, poza którym jest już tylko żenada. Poza tym, jak już pisałam, nie chcę tu nikogo wyzywać od idiotów i obrażać.

Pomimo nieprofesjonalnego charakteru tekstu i przebijających spod niego frustracji autorek, nie mogę nie zgodzić się tym, że te modelowe „dziewczyny z sąsiedztwa” nie są – moim zdaniem – dobrym wzorcem. Ale to moja prywatna opinia, bo wolę krew i pot i ból zamiast przyklejonego do twarzy uśmiechu Miss Perfect. Droga blogerko, Twój blog mówi za Ciebie – pokazując na nim tylko wycinek życia, skupiony na materialnych wartościach i dopieszczaniu swojej estetyki, nie oczekuj, że ktoś będzie doszukiwał się pod tym lukrem intelektualnych głębi. Niewątpliwie jesteś bystra, zabawna i masz coś do powiedzenia – ale dopóki tego nie mówisz, nie dziw się, że będziesz postrzegana przez pryzmat tego, co prezentujesz publicznie. Reakcja szafiarek na artykuł jasno pokazuje, że to, co się o nich myśli ma dla  samych zainteresowanych ogromne znaczenie, blogerki bronią się bowiem rękoma i nogami przed etykietką głupich, próżnych materialistek z uprzywilejowanych rodzin.

I na to jest tylko jedna rada. Chcesz być postrzegana jako kobieta inteligentna – to bądź kobietą inteligentną. Pokaż czasami, że produkujesz refleksje głębsze niż „czy kupić rurki miętowe czy koralowe”, że masz poczucie humoru, że jesteś żywym człowiekiem odczuwającym emocje, a nie tylko plastikową lalką w drogich ciuchach. Chyba, że jest Ci to obojętne a opinia otoczenia nie ma dla Ciebie żadnej wartości, wtedy przestań bić pianę o takie artykuły.

Czy blogerki modowe to inteligentne kobiety z pasją, czy próżne Barbie opętane obsesją bycia „perfect”? Osobiście wolę wstrzymać się od opinii.

Aczkolwiek ciąg dalszy nastąpi.

 

Przychodzi baba do krytyka... Tekst o tekście w ramach tekstu
Jean-Charles de Castelbajac for spring / summer 2012.