Różności. Wstydliwe sekrety polskiej prasy vol.II. Babski kącik.
Post sponsorowany. Sen. Depresja. Hipomania

Patrzę na tego swojego bloga i tak sobie myślę, że dawno nie byłam już naprawdę złośliwa (uwierzcie mi – nie byłam). Zatem koniec z tym, dzisiaj sobie pożartujemy. Motyw przewodni – prasa kobieca w Polsce. No, może nie do końca kobieca. I nie do końca polska. Ale tytuły, które wezmę dzisiaj na tapetę, są  na pewno mniej lub bardziej związane z modą i lifestylem. Enjoy!

Tytułem wstępu zaznaczę, że nie ruszam prasy poniżej pewnego poziomu. To znaczy, nie kupiłabym Joya, Glamour, Cosmopolitana czy innych, podobnych, których nie rozpoznaję – nawet, gdyby dodawali do nich za darmo buty. Zresztą, to byłyby na pewno beznadziejne buty. Po pierwsze, jeśli w jakiejś gazecie piszą o seksie w stylu "uszczęśliw swojego mężczyznę kostką lodu" albo "odnajdź swój punkt G", to owa gazeta staje się dla mnie tym samym szmatława. Nie wiem, może jestem po prostu pruderyjna (ha ha), ale przyznaję też, że nie muszę niczego nigdy odnajdywać – bo nie gubię, a żaden mój chłopak jeszcze nie narzekał, mimo braku kostek lodu. Po drugie, historie z życia wzięte (ta. na pewno) mnie nie zajmują, bo mam swoje życie i pierdyliardy mocnych historii, z tym że większość nie nadaje się do druku. Wstydliwe sekrety sław nie interesują mnie także, moja cera ma się dobrze, bikini nie planuję w tym roku (w ogóle w żadnym) kupować, a jak zacznę się naprawdę odchudzać to zapłacę za karnet na siłownię, a nie za obrazki ze zdjęciami ćwiczącej na kocyku laski. W dodatku Glamour jest droższy od piwa, a jak coś jest droższe od piwa to powinno być dobre. Tak że wiecie. Nie kupuję.

Nie biorę do ręki także Elle i InStyle, bo treść – chociaż mniej seksualna niż w takim Cosmo – jest tak samo miałka i te parę obrazków z fajnymi ciuchami mi tego nie rekompensuje. Sporo jeżdżę pociągiem na trasie Kraków – Gliwice i potrzebuję czegoś, co mnie zajmie przez 3 [sic!] godziny (100 kilometrów – 3 godziny, pojmujecie? bo ja nie), a Elle wystarcza mi na jakieś 15 minut, z tego pierwsze 5 sprawdzam w spisie treści co tam dają sensownego, a pozostałe 10 poświęcam na przeczytanie tych kilku sensownych stron.

I wreszcie, po trzecie, unikam magazynów, które umieszczają na okładkach celebrytki z bożej łaski. Bo świadomość, że w środku jest na pewno sesja owej serialowej aktorki czy pogodynki oraz jej światłe wypowiedzi o tym, że czuje się piękna w swoim ciele i w ogóle to kocha ciepły majowy deszcz na swojej skórze, przyprawiają mnie o torsje. O zgrozo! Czy kogoś naprawdę interesuje, co jada na śniadanie Marta Żmuda-Trzebiatowska? NAPRAWDĘ?? A Ty się potem dziw, człowieku, czemu się w Polsce produkuje te wszystkie "Ciacha" i "Fenomeny" – bo skoro naród chodzi to oglądać…

Ale, jak już kiedyś pisałam, co kto lubi. Ja tam mam do siebie dystans i nie wstydzę się przyznać do tego, że kocham Lady Gagę (jako performera, nie muzyka) – a to, czy ktoś się będzie ze mnie śmiał, to mnie – szczerze mówiąc – wała obchodzi. Więc jeśli ktoś się obrazi hejtowaniem jego ulubionej gazetki, to cóż ja mogę na to – jedynie doradzić, żeby się nie utożsamiać tak silnie z kawałkiem papieru. Jak człowiek jest pewny swojej inteligencji, to szyderę bierze na luzie zamiast spinać tyłek. Próbując trochę uściślić, powiem tylko, że interesuje mnie popkultura oraz kultura alternatywna i wysoka, moda, zjawiska społeczne, psychologia tłumu i takie tam. Nie interesują mnie plotki, pudelki, cycki Paris Hilton, skandale towarzyskie w stylu majtek Dody oraz złote porady "jak żyć". Jak żyć, pytam tylko pana premiera, zatem – "Jak żyć, panie premierze?"

No to hop. W dzisiejszym odcinku – pierwsza część przeglądu prasy z marca 2012 roku. Wiem, że późno, ale ostatecznie prasa ma to do siebie, że wychodzi co miesiąc, więc jeśli jestem dla kogoś skarbnicą mądrości i światłości (nie daj Boże), zawsze może sobie kupić kolejny numer.

 

418511_10150646985061030_1274343042_n1. K Mag (marzec 2012, miesięcznik, cena – 9,99). Stanowczo mój faworyt. Zarzuty o hipsterstwo nie są bezpodstawne, ale kto by się tam przejmował. Kupuję, bo lubię to uczucie, kiedy otwieram stronę z recenzjami filmów lub muzyki i widzę, że nie znam 90% wykonawców i tytułów. Z nieco masochistyczną przyjemnością wydaję zatem co miesiąc dyszkę, żeby poczuć się jak przygłup. Jedyny magazyn, w którym z przyjemnością czytam wstępniaki – K jak Komar, Michał Komar, pamiętajcie. K Mag zastąpił w moim sercu papierowe wydanie Machiny, która – chociaż zarzucano jej komercjalizację – była jedynym magazynem na polskim rynku zajmującym się PO PROSTU POPKULTURĄ (i muszę przyznać, że mocno ukierunkowała moje zainteresowania). K Mag jest inny. Bardziej wyrafinowany, chociaż bez zadęcia. Co miesiąc potrafią mnie zaskoczyć – tak jak wtedy, kiedy wzięli na tapetę Dodę, którą po raz pierwszy miałam okazję oglądać w wersji nieprzyprawiającej o zażenowanie, litość lub mdłości. Redakcja, która nawet z Dody zdołała wykrzesać jakiś styl i błyskotliwą myśl, potrafi zrobić wszystko. Dlatego kupiłam marcowy numer, mimo, że na okładce jest Marina, o której wiem tyle, że ubiera ją AlicePoint. I cóż to mamy w tym marcowym numerze? Ano, cuda wianki. Jest Berlin, w którym nie byłam, ale teraz chcę jechać jeszcze bardziej. Jest – jak zwykle – felieton Ani Kuczyńskiej, w przypadku którego słowo „felieton” jest żenującym żartem prowadzącego. Trochę o kulturze, w tym numerze Little Dragon, Orbital, Xiu Xiu, Amadou i Mariam, Grimes, U2, czyli muzycznie mam wysoki poziom trafień, ale za to strony o sztuce przypominają mi, że jednak jestem prostakiem. Sporo kolorowego designu, jak zwykle boskie sesje zdjęciowe (ta z Mariną szału nie robi jak dla mnie, ale Maria Eriksson i Aleksandra Zaborowska – love milion) oraz wywiad z Anką i Wilhelmem Sasnalami. Nie jestem fanką twórczości Sasnala a film im moim zdaniem nie wyszedł za bardzo, ale co ja tam wiem. W debacie bierze udział m.in. Krzysztof Skiba, a dalej mamy Wima Wendersa. Świetny nowy cykl pod hasłem „śledź” – w tym numerze śledź śledzi Joannę Klimas przy pracy. I jak zwykle trochę mody, urody i zabawek dla chłopców. A, jeszcze jedno – od jakiegoś czasu można pobrać archiwalne numery magazynu za darmo z ich strony. Jak tu nie kochać K Maga?

537767_10150638494248161_719124768_n2. Fashion Magazine (wiosna 2012, kwartalnik, cena – 14,50zł). Szczerze mówiąc, leję na polskiego Vogue'a – jeśli miałby być tak nędzny jak amerykański czy brytyjski, to ja dziękuję, postoję. W zamian za to co kwartał kupuję sobie Fashion Magazine i nie muszę wpieniona omijać wywiadów, w których Jennifer Anniston jęczy, że Angelina odbiła jej chłopaka (ten numer Vogue'a US wrył mi się w pamięć). Magazyn intensywnie promuje polskie modelki (na okładce Magdalena Frąckowiak, w środku także sesja z Michaliną Manios) i projektantów, co się chwali, zwłaszcza że w wielu przypadkach jest co promować. W wiosennym numerze – Marcin Tyszka, tłumaczący, dlaczego tak naprawdę nie przepada za fotografią. Mały smaczek – artykuł "Pornochic" (jakiś chwytliwy temat ostatnio) i wielkie nazwiska: Franca Sozzani, Herb Ritts, królowa Elżbieta II, Andy Warhol. A wszystko oczywiście w kontekście mody – bo przecież o modę tu chodzi, Fashion Magazine nie rozmienia się na drobne i nie próbuje być kolejnym czasopismem kobiecym. W efekcie ok. 50% magazynu wypełniają sesje zdjęciowe (w tym numerze akurat mnie nie powaliły) i podgląd nowych kolekcji z wybiegów wielkich domów mody (bo np. takiego Vogue'a UK to wypełniają głównie reklamy). W wiosennym wydaniu także wklejka o stylu Warszawy. Minusem jest to, że ostatnio mam wrażenie, że kolejne wydania są coraz cieńsze i ukazują się coraz później. Wiosenne pojawiło się w kioskach dopiero tydzień temu, co w porównaniu z Vivą! Modą nie wypada dobrze. Ale cóż, nobody's perfect. Zainteresowanym polecam także bloga Fashion Magazine.

404790_10150704539337463_962663156_n3. Viva! Moda (wiosna 2012, kwartalnik, cena – 11,90zł). Wybaczyłam im tę nieszczęsną sesję z Wiktorią Grycan, niech tam. Dają radę – razem z Fashion Magazine bronią poziomu polskiej prasy zajmującej się modą. Elle czy InStyle to  jednak zupełnie inna liga i to nie w tym pozytywnym sensie. W wiosennym numerze Vivy! Mody – Alice Dellal w rewelacyjnej sesji, odcień tangerine tango, torebki z martwych zwierząt autorstwa Reid Peppard, demaskacja sekretu kapeluszy Anny Dello Russo, relacja ze stażu u diabła ubierającego się u Prady (czyli w redakcji Vogue), Francois Lesage i jego hafty, duet Lange & Lange, Julia Marcell, Creative Hub Group, także Herbert Ritts, Maja Sablewska (nie wiem, po co), nieoczywiste piękno Iris Apfel i Michele Lamy, Christian Dior i New Look, ciuchy z kolekcji Marni dla H&M (ledwo wybaczyłam im tę Wiktorię, a ci znowu się sprzedają), rady dla początkujących modelek. Mój faworyt – niezły tekst "To nie jest twój styl" – styl może i nie mój, ale temat jak najbardziej z moim guście. Większość sesji zdjęciowych naprawdę dobra,  albo po prostu trafia w mój gust. Do tego parę refleksji na temat mody w hip hopie i – jakżeby inaczej – przegląd trendów z najnowszych kolekcji. Lubię. Bez silenia się na snobistyczny intelektualizm i dorabiania ideologii, ale i bez zniżania się do poziomu prezentowania pogodynek na okładkach. Po prostu – dobre czasopismo o modzie, chociaż mogliby zainwestować w stronę internetową – profil na FB to trochę za mało. Dla fanów mody. Bo mainstream nie musi być wcale tandetny.

429380_112059005592405_117950525_n4. Twój Styl (marzec 2012, miesięcznik, cena – 8,90zł). No, bo mój na pewno nie. Wzięłam z półki w Empiku gdyż: zaplanowałam sobie porządny research gazetowy, nie jest to ponoć aż takie dno jak Glamour, a ze środka wystawał dodatek o trendach (o ja naiwna). Poza tym ostatnio zabrakło mi zapałek i musiałam odpalać papierosa od piecyka gazowego w łazience, a o wiele łatwiej robi się to za pomocą kawałka zwiniętego papieru – przecież nie będę palić stronami z Purple Fashion Magazine. Co rzuca się w oczy, to objętość czasopisma, dodatkowo nabijana przez łapówkę, czyli próbki i gadżety za darmoszkę. 3 próbki kremów, z tego 2 (takie same) od Vichy, widać, że nie oszczędzają chłopaki na kampanii reklamowej. Dodatkowo karta rabatowa do Gino Rossi i saszetka herbaty Irving [sic!] oraz pełno reklamowego śmiecia w stylu gazetki CCC. Szkoda, że nie ma żadnej kampanii o.b., bo tampony mi się akurat skończyły. Wyszedł mi też majonez i zioła prowansalskie, nie wiecie może, gdzie dodają teraz? Okładka zapowiada najgorsze –  jak magazyn lifestyle'owy pisze o religijnym święcie, od razu wiadomo, że w środku będzie tradycyjna polskość pełną gębą. Oprócz Wielkanocy – plejada sław polskiej estrady, od Joanny Brodzik (za co!!?)  do Anity Lipnickiej. Ale nie jest źle, bo wiem kto zacz, więc są to jakieś realne gwiazdy, do których człowiek już zdążył się przywiązać. Raport o Polkach katoliczkach nie wróży nic dobrego, podobnie jak zapowiedź: "Cuda się zdarzają. Drugie życie mojego dziecka". Ale daję szansę i otwieram. I – zaskoczenie, bo na wstępie Krystyna Kofta, za której pisaniem co prawda nie przepadam, ale szanować – szanuję. Trochę mody, jakieś trendy, jak na razie nawet nieźle, bardzo przeciętna sesja z okładkowymi celebrytkami, ale na razie bez tragedii, chociaż obok zdjęć są notatki z ich życiowymi mądrościami. Wiadomo. W numerze dużo Agnieszki Grochowskiej, o której słyszę, że jest świetną aktorką – ale ja ją widziałam w "Tylko mnie kochaj" (kochana, nigdy Ci tego nie wybaczę) i będę polemizować. Nie pamiętam jej roli w "Pręgach", ale najwidoczniej nie zrobiła na mnie wrażenia. Wywiad z Robertem Kozyrą zaskakuje mnie nieco, bo mam do niego słabość z uwagi na to, że jest hedonistą i sybarytą. Wciąż jednak życie sławnych ludzi, które nie jest w moich oczach specjalnie zajmujące. I wynurzenia księżniczki Anny Czartoryskiej nie poprawiają niestety sytuacji. Marian Dziędziel. Lekka nekrofilia na grobie Wisławy Szymborskiej. Michelle Obama. Że o Marcie Żmudzie-Trzebiatowskiej nie wspomnę (serio, lubię na nią patrzeć, ale nie musi nic mówić). A potem jest niestety już tylko gorzej – raport o Polkach – katoliczkach jest niestety na poziomie stereotypowej Matki-Polki, która wielki świat widzi tylko w TV. Wycinek kultury "specjalnie na bab" – babskie kino, babskie książki, babska muzyka. Artykuły o mężczyznach stojących z okazji Wielkanocy przy garach, o zdradzie, związkach, kłamstwach, rozwodach i o cudownie ozdrowiałym dziecku  pogłębiają niestety moją pewność – ten magazyn służy sprzedaniu konkretnych wartości. Mojego nastawienia nie zmienia ani feministyczny artykuł z serii "wizjonerki", reportaż o Tajlandii ani tekst o dzieciach mody – świetny temat, niestety podszyty matczyną troską i pozbawiony socjologicznego spojrzenia na problem. Czytając kolejne teksty, mam wrażenie, że pokazuje się mi Jedyną Słuszną Drogę – że pieniądz nie ma znaczenia, że najważniejsza jest rodzina, zdrowie, miłość, merdanie ogona wiernego psa. Twój Styl radzi kobiecie jak być prawdziwą kobietą zgodnie z patriarchalnym systemem wartości, lekko zmodernizowanym przez współczesne przemiany społeczne. Kobieta Twojego Stylu przygotuje w tym roku idealne święta wielkanocne, opisane na niemalże 30stu stronach – bo przecież jest Polką, a więc i katoliczką. A nawet jeśli nie, to i tak obchodzi święta, bo jest tradycjonalistką. Będzie wyglądała ślicznie i zwiewnie, bo mąż pomoże jej w kuchni, a dzieci z radosnym szczebiotem wyręczą ją później przy zmywaniu. Następnego dnia ruszy do biura i będzie władcza i pewna siebie, nie rozmazując sobie przy tym oka.  W skrócie – jak zostać kobietą nowoczesną, nie przestając być jednocześnie tradycyjną Matką-Polką. Bo przecież od tej roli nie ma ucieczki. Według tego modelu nie jestem w ogóle kobietą, a jeśli już, to jakąś zboczoną – bo nie chodzę z koleżankami na kawę, tylko na piwo, nie znoszę dzieci i nie czuję, żeby moja kobiecość wpływała w jakikolwiek sposób na moją inteligencję. Przepraszam, ja tego nie kupuję, Twojego Stylu nie ratują w moich oczach nawet felietony Agaty Passent i Olgi Lipińskiej. Jak by to powiedział poeta – twoja stara Twój Styl (nie znoszę dowcipów o twojej starej, ale sorry – musiałam). Dodatku o trendach nie będę komentować. Okrucieństwo też ma swoje granice.

bianca-balti-vogue-japan-march-2012-015. Vogue Japan (marzec 2012,  miesięcznik, cena – ¥680). Nie mam zielonego pojęcia, co tam jest w środku napisane. 🙂 Ale są najnowsze trendy, boska sesja Lady Gagi,  oraz masa fajnych gadżetów, o których można sobie pomarzyć. Nawet sesje celebrytek – w tym wypadku tematem przewodnim są sławne siostry, m.in. Dakota i Elle Fanning oraz Mary-Kate i Ashley Olsen – są naprawdę mocne i przekonują. Nie jestem fanką Anny Dello Russo, ale nie mogę kłócić się z tak oczywistą oczywistością, że japoński Vogue jest jednym z najlepszych na świecie. Duża ilość sesji – mniej lub bardziej powalających, ale nie spadających poniżej pewnego poziomu – i moda, moda, moda, moda. Do tego trochę o makijażu i kosmetykach oraz kreacje gwiazd. A wszystko w kolorze i na bogato, bo "szlachetny minimalizm" jest tu określeniem absolutnie nie na miejscu. Minusy – ekstremalnie trudny do kupienia (na szczęście w czeluściach internetu są miejsca, z których można bezczelnie ściągnąć w .pdf ogromne ilości różnych edycji Vogue'a, Elle, Harper'a Bazaar, L'Officiel i właściwie wszystkiego, czego dusza zapragnie), a jeśli gdzieś już się pojawi – skandalicznie drogi. Pomijam język, bo trudno mi kogoś obwiniać o własną ignorancję. Za to zawsze czułam lekki żal do japońskiego Vogue'a, że nie podkreśla bardziej swojego pochodzenia. Jest w rzeczywistości magazynem na wskroś europejskim, z lekką nutą Dalekiego Wschodu rzuconą "dla smaczku". Pamiętam z poprzednich numerów sesje w stylu mang czy te inspirowane gejszami, ale wciąż brakuje mi np. azjatyckich modelek – co można znaleźć np. w wydaniu chińskim. Szkoda. Do marcowego numeru jest dołączony dodatek w formie małej książeczki – "Vogue Color Bag & Shoes Dictionary", w którym znajdują się posegregowane kolorystyczne akcesoria na sezon wiosna / lato 2012. Książeczka zawiera wkładkę z naklejkami indeksującymi do oznaczania stron – bardzo w stylu japońskiego Vogue'a (mam w domu dwa czy trzy inne numery i do każdego dołączone były naklejki – zwykle w stylu bardzo harajuku 🙂 ).

 

Ech, i miało być ostro po bandzie, a wyszły trochę ciepłe kluchy. Chyba się przeziębiłam. Albo to tylko ten deszcz i świadomość, że w sobotę robię imprezę na 50 osób, a najchętniej odespałabym ostatni tydzień w samotności, w zaciszu domu. Na dzisiaj to tyle – czuję, że zaczynam się zmuszać do pisania, a to nigdy nie przynosi dobrych efektów, bo robię się naprawdę wredna. W następnej części: przeglądu prasowego Wysokie Obcasy Extra, Futu Ideas, Hot, Avanti, F5 Trend Book i Vogue Australia.

Na zakończenie dodam tylko, że umieram ze śmiechu, za każdym razem kiedy słyszę "Vogue" i "biblia mody" użyte w jednym zdaniu, głównie dlatego, że zwykle chodzi o Vogue UK lub Vogue US. Pastwiłam się już kiedyś nad tym tematem, więc nie będę się powtarzać – zainteresowanych odsyłam do mojego jesiennego manifestu.

 

Różności. Wstydliwe sekrety polskiej prasy vol.II. Babski kącik.
Post sponsorowany. Sen. Depresja. Hipomania