Co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to...
Różności. Wstydliwe sekrety polskiej prasy vol.II. Babski kącik.

Nie jest tajemnicą, że od dziecka sporo czytam. Nauczono mnie tej sztuczki wcześnie, głównie dlatego, że byłam straszną gadułą i rodzina straciła cierpliwość. Bo ileż można – dziecko kłapiące paszczą od momentu przebudzenia aż do oporu (kiedy mama gasiła mi światło, gadałam sama do siebie i opowiadałam sobie bajki) wymaga drastycznych środków.  Telewizja nie była za czasów mojego szczenięctwa rekomendowanym środkiem wychowawczym, poza tym nie było zbyt wielu programów dla dzieci, a te, które były, raziły infantylnością. Do dzisiaj z nienawiścią wspominam misia Colargola (nienawidziłam pajaca z całego serca), nie byłam także specjalną fanką misia Uszatka, który był FRA-JE-REM. Lubiło się za to oglądać He-Mana (ulubiona postać – Szkieletor), Muminki (odpowiednio psychodeliczne) oraz Smurfy (akcja była). Ale to i tak dużo później, bo nie jestem w stanie przypomnieć sobie w ogóle, czy w czasie, gdy miałam 4-5 lat, byliśmy (nie)szczęśliwymi posiadaczami odbiornika TV. Ostatecznie jednak rodzina wycwaniła się, ucząc mnie czytać na „Gazecie Wyborczej” i w efekcie pozbyli się problemu na długo przed moimi 6. urodzinami, kiedy całkowicie opanowałam sztukę czytania w myślach (w sensie, że nie na głos – wcześniej cały dom musiał razem ze mną przeżywać przygody Plastusia, gdyż głos miałam zawsze donośny jak dzwon). Z perspektywy czasu, w wieku 10 lat czytałam szybciej, więcej i chętniej niż dzisiaj, bo obecnie z dnia na dzień obserwuję coraz większe odmóżdżenie spowodowane uzależnieniem od internetu. O tempora, o mores!

[Jak pewnie zauważyliście, jestem dziś w nastroju wybitnie przemądrzałym. Nie zamierzam udawać, że jest inaczej.] 

W ciągu tych wszystkich lat pojawiły się w moim życiu książki, które na zawsze odmieniły mą nędzną egzystencję. Niektórym nigdy tego nie wybaczę. A oto one (porządek kompletnie losowy):

531320_330204620373010_354244291_n1. Stefan Żeromski – „Ludzie bezdomni” (nie dodam tutaj zdjęcia książki, bo jeszcze mnie ktoś opacznie zrozumie i pójdzie ją kupić, a potem go będę miała na sumieniu; na zdjęciu scenka rodzajowa, którą przyuważyłam i uwieczniłam pod krakowską Pocztą Główną – do mnie to trafia). Ta niesamowita książka nauczyła mnie w pierwszej klasie ogólniaka, jak cierpieć. W ogóle sprawiła, że cierpienie stało się dla mnie niemal namacalne. Słowo daję, że nigdy w życiu nie cierpiałam tak bardzo, jak podczas czytania tej literackiej masakry – pamiętam, że trzymałam palec założony pomiędzy ostatnią stroną z napisem KONIEC, a spisem treści i nerwowo liczyłam, ile jeszcze do końca. Jak długo jeszcze będę musiała się męczyć. Moment, kiedy mogłam wreszcie rzucić tym potworkiem z całej siły o ścianę, był zaiste wybawieniem. Nie odmówiłam sobie oczywiście późniejszej przyjemności zmieszania tego wybitnego literackiego dzieła z błotem na lekcjach polskiego i w zadanym do domu wypracowaniu, zawierającym rozwiniętą argumentację oraz wsparcie autorytetu w osobie Gombrowicza (patrz: „Dzienniki”). Serio, nienawidzę tego badziewia – zaczynając od głównego bohatera – idioty, idąc poprzez kompletnie nieaktualny dzisiaj problem klasowości, kończąc na rozdartej sośnie, moim prywatnym symbolu literackiego kiczu. Wiele razy zastanawiałam się, czy czytałam w życiu gorszą książkę i – chociaż raz sięgnęłam nawet po Harlequina (ciekawość zabiła kota) – odpowiedz brzmi wciąż: NIE.

Dlaczegóż „Ludzie bezdomni” zajmują w moim sercu miejsce tak poczesne, trudno powiedzieć, bo gardzę też „Lalką”, „Granicą”, „Nad Niemnem” i „Cudzoziemką” oraz całym dorobkiem Sienkiewicza, chociaż niechętnie przyznaję, że ten ostatni – chociaż pisał bzdury – miał przynajmniej niezły flow. Mogę jedynie domniemywać, że moje powody są bardzo gombrowiczowskie. I może jeszcze chodzić o to, że nie jestem fanką patriotycznego polskiego rozdrapywania ran, coby się nie zabliźniały, jak tego chciał masochista Żeromski.

539381_330204100373062_345299346_n2. Johann Wolfgang von Goethe „Cierpienia Młodego Wertera” (jak wyżej – poza tym, jak wiadomo, alkohol jest najlepszym lekarstwem na Weltzschmerz – nie pomaga co prawda na bycie niedojdą i mięczakiem, ale nie można mieć wszystkiego) . Nigdy tego nie zrozumiem – jak Goethe mógł mi to zrobić. Bo odbieram to bardzo personalnie – że po przeczytaniu „Fausta”, który wywołał we mnie okrzyki zachwytu, spazmy i w ogóle miłość na wieki, rozochocona dałam autorowi kredyt zaufania i sięgnęłam po przygody tego jelenia Wertera. Fakt, nie z własnej woli, bo zmusił mnie do tego system edukacji (ja nie wiem kto te lektury dobiera, ale myślę, że jest totalnie popapranym sadystą i nienawidzi literatury pięknej), ale nie złagodziło to mojego bólu. „Cierpienia” mają jedną tylko zaletę – udręka (Wertera i czytelnika) nie trwa długo, bohater już po około 100 stronach zdaje sobie sprawę, że jest dla świata zbędnym balastem i nie marnuje więcej papieru. Mój stosunek do tego arcydzieła romantyzmu (co dość znacząco pokazuje, jak wartościową epoką w literaturze był romantyzm) oddaje dość dobrze dialog, jaki wywiązał się na lekcji polskiego podczas omawiania lektury:
– polonistka: „Cierpienia” wywołały w Niemczech falę samobójstw – młodzi ludzie naśladowali Wertera, ubierali się podobnie i tak jak on, popełniali samobójstwo.
– Maciej: ja też się chciałem zabić, jak to przeczytałem…

Nasuwa się filozoficzna refleksja – jaką wspaniałą rzeczą jest dobór naturalny i selekcja. Najsłabsze osobniki muszą wyginąć, żeby nie degenerować rasy – dlatego chwała Werterowi, że nie rozmnożył się, tylko taktownie zszedł ze sceny, nie przekazując swoich rozmemłanych, płaczliwych genów dalej.

A, proszę mnie nie przekonywać o wartości romantyzmu jako epoki. „Faustowi” wybaczam wszystko, Norwid nie był romantykiem tylko geniuszem, a Słowackiego lubię za hulaszczy tryb życia i za to, że nie był nawet w połowie tak nadęty jak Mickiewicz. Reszta jest milczeniem. O ile romantyzm z eksportu pozostawił po sobie faktycznie parę niezłych pozycji, o tyle nigdy nie mogłam przekonać się do wynurzeń facetów, którzy skwapliwie wyemigrowali jak jeden mąż, a potem dzielili swój czas pomiędzy brylowanie na salonach i łapanie syfilisu a płakanie w kałamarz, że im do ojczyzny tęskno. Verba et voces praetereaque nihil, jak to mówią.

IMG_04723. George Orwell – „Rok 1984”. Hemingway napisał kiedyś: „Człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”. Orwell mówi: „terefere”. Pamiętacie finałową scenę „Roku 1984”, z klatką pełną szczurów? Byłam wstrząśnięta. Z dnia na dzień przestałam używać określeń „ja nigdy” i „ja na pewno”. Miałam może 14 czy 15 lat i nagle dostałam w twarz tą bolesną prawdą – że nie ma żadnego „na pewno”, a ja nie mam prawa zakładać, że w danej sytuacji zachowałabym się tak, a nie inaczej. W efekcie są kwestie, wobec których do dzisiaj nie potrafię zająć jednoznacznego stanowiska – jak aborcja czy eutanazja. No, może nawet nie tyle „nie potrafię”, co po prostu – nie chcę. I nie ufam z definicji ludziom, którzy wierzą w pewne rzeczy lub wyznają zasady nie pozostawiając miejsca na wątpliwości. Brak wątpliwości oznacza brak refleksji – bo zawsze jest jakieś „ale”. Pamiętam, że kiedy poznałam jednego z moich byłych chłopaków, na samym starcie stoczyliśmy zaciętą dyskusję o to, co jest silniejsze – instynkt przetrwania czy instynkt macierzyński? Kobiety, rzucające w Oświęcimiu swoje dzieci pod koła pociągu, byle tylko nie iść do gazu – czy matki, które przy porodzie proszą, aby ratować życie dziecka za wszelką cenę, nawet z poświęceniem ich własnego życia? Wtedy gardłowałam za histeryczną wolą bycia, za instynktem przetrwania. Dzisiaj nie wiem – bo nie ma odpowiedzi.

Zapewne przeginam. Prawdopodobnie to nie jest temat na blogaska, który już dawno stracił orientację i obecnie jest po prostu o wszystkim. Ale w internecie, jak w życiu, człowiek dostaje czasami refleksją – taką lekko z czapy – prosto w twarz. Witam w moim świecie – nie jest może różowo, ale za to szczerze.

IMG_04714. Friedrich Nietzsche – „Antychryst”. Jak już kiedyś pisałam, w gimnazjum parałam się okultyzmem, magią, religiami wszelakimi oraz walką z systemem. Wiadomo, szkoła katolicka. Jeśli chcecie wychować bogobojnie dzieci, to nigdy nie wysyłajcie ich do katolika, statystycznie wspaniała większość wkracza na drogę wojującego ateizmu. Ze wstydem przyznaję, że też miałam taki epizod – co prawda daleko mi było do palenia kotów na cmentarzach i noszenia pentagramów czy odwróconych krzyży (jest jakaś granica złego stylu), ale słuchałam nieco szatanistycznej muzyki i miałam alergię na kościół. Obecnie jestem zdania, że z ateizmu się wyrasta, chociaż kiedy czytam Dawkinsa, widzę, że nie każdemu się to udaje. Zaprawdę, trzeba wielkiej bezczelności i poczucia humoru, żeby stwierdzić jednoznacznie, że Boga NIE MA i jeszcze – że można to racjonalnie udowodnić. Ale rottweiler Darwina pędzi niepowstrzymany i z pianą na ustach, co czyni go fanatykiem i stawia w jednym rzędzie z apokaliptycznymi żulami krzyczącymi o rychłej zagładzie świata.

Co zawdzięczam Nietzschemu – że włączył mi w głowie małą lampkę z napisem „myśl!” (Nietzsche, bitsches!) i stała się jasność – nie wiem, czy jakakolwiek inna książka tak mocno pchnęła mnie do zgłębiania tematu i poszukiwań. W pełni akceptuję jego zarzuty wobec chrześcijaństwa jako religii występującej przeciwko naturze (afirmacja słabości i litości), dodając do tego cały pakiet własnych „ale”. Nie oznacza to jednak, że mam coś przeciwko religii jako takiej – odkąd zdecydowałam się zostać agnostykiem i konformistycznie wstrzymać się od głosu do momentu kiedy ktoś przedstawi mi dowody, wychodzę z założenia, że duchowość to jedno, a zorganizowane systemy religijne to drugie. I do tego drugiego wołami mnie nikt nie zaciągnie. Daleka jestem od zwalczania religii czy przekonywania kogoś do istnienia czy nieistnienia sił wyższych – chyba, że ktoś próbuje mnie agresywnie nawrócić. Co oznacza, że brzydzę się zarówno religijnym fanatyzmem, jak i wojującym ateizmem, zwłaszcza w przypadku osób, które – jak ja kiedyś – naczytały się Nietzschego czy LaVeya i zatrzymały się na etapie powtarzania sloganów. Aktualnie praktykuję feng shui i wiem (nie wierzę, tylko właśnie WIEM), że karma istnieje. Jak na razie, to się sprawdza. A poza tym…”Formuła naszego szczęścia: tak, nie, linia prosta, c e l . . .”

IMG_04755. Witold Gombrowicz – „Ferdydurke”. Przeczytałam i załamałam się. Gombrowicz na długie lata odebrał mi chęć pisania – stwierdziłam, że nie ma to wielkiego sensu, bo i tak nigdy nie będę tak dobra. Jednocześnie obudził we mnie przeświadczenie, że polityczna niepoprawność jest naprawdę w dechę i nie warto udawać, że człowiek jest patriotą, skoro w rzeczywistości naród jest dość sztucznym pojęciem. W zasadzie „naród” od „grupy ludzi mieszkających na tym samym terenie itd” odróżnia to, że narodem jest łatwiej manipulować, powołując się na odpowiedzialność zbiorową i obronę terytorium, któremu nadaje się jakieś magiczne znaczenie. Tak, jak wiadomo – nie jestem patriotką. I nie ukrywam, że bardziej interesuje mnie, co się wyrabia w gospodarce, niż przenoszenie krzyży i Smoleńsk. Dom jest tam, gdzie wiesza się kapelusz, a tak naprawdę, to – jako, że nie przywiązuję wagi do przedmiotów martwych i krajobrazu – nie obchodzi mnie specjalnie, gdzie. Ważne – z kim. Zatem, jeśli mogłabym zapakować moją rodzinę i przyjaciół i zabrać ich ze sobą, mieszkałabym nawet we Włoszech, chociaż pewnie klimat zabiłby mnie po miesiącu.

Gombrowicz jest winny temu, że w bardzo młodym wieku gimnazjalnym stałam się cyniczna i odtąd ociekam sarkazmem z okazji i bez okazji, w dni powszednie i w niedziele. Nie uznaję świętości i nietykalnych autorytetów, niewiele przychodzi mi na myśl rzeczy, których nie dałoby się przedstawić w ironiczny sposób. A że nie wypada? Że „nie powinno się”? Cóż, nie mam zbyt wiele do stracenia. Jestem skłonna zaryzykować.

IMG_04746. Erich Maria Remarque – „Na zachodzie bez zmian”. Tamtego dnia zostałam zadeklarowaną pacyfistką, co – jak na razie – trwa od około 8 lat. Jak powiedział Paul Valéry, „Wojna jest to wydarzenie, w czasie którego zabijają się ludzie zupełnie się nie znający i to ku chwale i pożytkowi ludzi, którzy się znają, ale się nie zabijają” – trudno z tym polemizować. „Na zachodzie bez zmian” jest historią człowieka rzuconego w środek czegoś, co przeczy człowieczeństwu w rozumieniu humanistycznym. I jako zadeklarowana humanistka, wychodzę z założenia, że nie ma większej wartości niż ludzkie życie – zastrzegając jednocześnie, że moja egzystencja jest moją prywatną sprawą i jeśli zachce mi się ją przerwać, tłukąc głową o chodnik, to wara światu od tego. Nikt nie ma natomiast prawa rozkazywać innym, aby umierali w imię pewnych wartości – głównie dlatego, że w moich oczach nie ma takich abstrakcyjnych idei, których obrona jest obiektywnie warta ludzkiego życia. Mojego życia – być może, o tym zdecyduję sama. Ale każdy, kto twierdzi, że obowiązkiem obywatela jest umierać za kraj, powinien siedzieć do końca życia uwiązany u słupa w miejscu, gdzie nikt nie może go usłyszeć.

Jako wolna jednostka mam prawo umrzeć w ramach buntu lub jako symbol. Ale nic – może poza konieczną obroną własną – nie usprawiedliwia poświęcenia cudzego życia dla swojej korzyści. Nie wierzę w wojnę obronną i wojnę sprawiedliwą, uważam, że wydany rozkaz nie zwalnia z odpowiedzialności, jestem przeciwna karze śmierci. Nie podam ręki żołnierzowi – i nie chodzi tu bynajmniej o nienawiść. Po prostu nie byłabym w stanie potraktować jak pełnoprawnego człowieka kogoś, kto świadomie wybrał życie zawierające możliwość zabijania. Nieważne, w jakim kontekście. Nastawienie to umocniło się we mnie po tym, jak nasi dzielni chłopcy polecieli w podskokach bawić się w wojnę na Bliskim Wschodzie. Po stronie USA. Tego samo USA, które jest głównym dostawcą broni dla państw rozwijających się (chociaż Rosja jest twardą konkurencją). Wiecie, „wojna to najgorsze zło. Zrodzone w bezrozumie.” /Leopold Staff/

IMG_04707. Lewis Carroll – „Alicja w Krainie Czarów”. Wyobraź sobie, że to wszystko jest snem. Takim, z którego nie możesz się obudzić. Dookoła „Alicji” narosło wiele legend. Od narkotycznych tripów do psychoanalitycznych podróży w głąb świadomości – a wszystko to okraszone pedofilskimi zapędami autora. Ta książka to moja obsesja – mam w domu oryginał i wszystkie polskie przekłady (Stiller ponad wszystko, Słomczyński precz do domu, resztę litościwie przemilczę) oraz parę pozycji związanych z tą małą książeczką, wciąż w planach pozostaje zakup „The Annotated Alice” Gardnera. Tę ostatnią udało mi się kiedyś przeczytać, wyżebrawszy pożyczenie od kumpla, ale ciągle przekładam jej zakup z powodu ważniejszych wydatków – polecam każdemu pasjonatowi, świetna rzecz. Zawsze jestem zainteresowana filmami, książkami i wydarzeniami związanymi z „Alicją” – niestety większość to straszna tandeta i bezczelne żerowanie na kultowej postaci (film Burtona, dokonujący gwałtu na postaci Kapelusznika, był dla mnie jak cios w samo serce), chociaż trafiło się kilka perełek. Dobrych parę lat temu wgniotła mnie w podłogę gra komputerowa „American McGee’s Alice”, lubię też niezmiernie 2-odcinkowy miniserial „Alice”, a ostatnio wpadł mi w oko (pomimo niedociągnięć) film „Malice in Wonderland”, będący swobodną wariacją na temat oryginału.

„Alicja” zapoczątkowała w moim życiu okres fascynacji psychodelą, oniryzmem i absurdem. I tak trzyma mnie to do dzisiaj, wciągając coraz bardziej, coraz głębiej, po spirali w dół. Jedna z tych książek, które niesłusznie zalicza się do kanonu literatury dziecięcej.
To nie jest przyjemna historia.

IMG_0473 (1)8. Günter Grass – „Blaszany bębenek”. Bezkonkurencyjne pierwsze miejsce w kategorii „najbardziej wstrząsająca scena z łbem konia w roli głównej”. „Ojciec chrzestny” wymięka. Ale co ważniejsze – po odłożeniu „Bębenka” na półkę postanowiłam nie dorastać. Nigdy. I trzymam się tego twardo jak na razie 7 czy 8 lat – póki co, jest dobrze. Nie ma w tym żadnej deklaracji nonkonformizmu czy niezgody na rzeczywistość – po prostu: nie widzę powodu. Fakt, z roku na rok jest coraz trudniej zachować dziecięcą radość i szczerość graniczącą z bezczelnością, nie jest też łatwo wmawiać wszystkim dookoła, że konwenanse i konsekwencje to coś, co przytrafia się innym – nie mnie. Ale cóż – viva la vie!

IMG_0476

9. Vladimir Nabokov – „Lolita”. Kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, znienawidziłam ją z całego serca. Dopiero później wyczytałam gdzieś, że być może nie jest to wina książki, ale dennego przekładu – i sięgnęłam po Jedyne Słuszne Tłumaczenie Mistrza Stillera. I wpadłam. Zdaniem Shawa: „Kobiety są jak przekład: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne” – a ja, czytając wersję Stillera (i bezlitośnie porównując z tekstem oryginalnym) mam wrażenie, że jednak się da pogodzić wierność i urodę. W przypadku książek, oczywiście. Od czasu przeczytania „Lolity” zupełnie inaczej patrzę na rolę tłumacza, przywiązuję też o wiele większą wagę do przekładów książek, które kupuję. Nieliczne tytuły, na punkcie których mam obsesję (jak wspomniana „Alicja”, czy „Makbet”), MUSZĘ mieć na półce w oryginale i we wszystkich dostępnych na język polski tłumaczeniach. Stillera i Barańczaka kupuję w ciemno. Rozwiązaniem problemu byłoby zapewne czytanie wszystkiego w oryginale, ale niestety zawęziłoby to moje zainteresowanie literaturą do tej anglojęzycznej, ewentualnie – zakładając ogromny wysiłek i ogrom czasu – rosyjskiej. A muszę przyznać, że odkąd raz porwałam się z motyką na słońce (czytaj: próbowałam przeczytać w oryginale „Mechaniczną pomarańczę”), nieco się zniechęciłam.

Muszę przyznać wprost – bez tych książek nie byłoby mnie dzisiaj. Lub może – nie byłabym sobą. A gdybym nie była sobą – czy byłabym kimś zupełnie innym? I can’t explain myself, I’m afraid, Sir, because I’m not myself you see. Actually, we’re all mad here.

 

Co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to...
Różności. Wstydliwe sekrety polskiej prasy vol.II. Babski kącik.