Kobieta, mężczyzna, człowiek. Wielka polemika
10 rzeczy, które nie są cool

Miesiąc pełen niespodzianek. Każdego dnia przeżywam taki miniszok, bo dzieje się coś, czego naprawdę się nie spodziewam. Niedawno obejrzałam „Poza szatanem” i wciąż czuję się mentalnie zgwałcona, bo niby czuję, że coś w tym filmie było ambitnego, ale do mnie to nie doszło i w efekcie nie rozumiem. Fakt, wielu rzeczy w życiu nie rozumiem, ale w przypadku filmów zdarza mi się to dość rzadko – rozumiem je jakoś, zawsze mam własną interpretację (czasami sprzeczną z intencją reżysera) albo przynajmniej swoje zdanie. Takiego Almodovara na przykład nie znoszę jak zarazy, bo odrzuca mnie od jego metaforyki i konsekwentnie zwalczam jego kolejne filmy. Ale mimo odrazy do tych obrazów wciąż rozumiem je w jakiś sposób, po seansie mam wrażenia, przemyślenia, targają mną emocje – za co niechętnie przyznaję Almodovarowi plusa.

W przypadku „Poza szatanem” zakończyłam oglądanie ze startymi z twarzy śladami jakiejkolwiek inteligencji. Domyślam się, że film miał być w założeniu genialny i niesamowicie głęboki. Ale ja (pomijając zachwyt nad genialnymi zdjęciami) nie jestem w stanie powiedzieć nawet po chłopsku czy podobało mnie się, czy też nie podobało mnie się. Nie wiem. I siedzę zbaraniała, zastanawiając się, co – do jasnej cholery – właśnie się dzieje. Wydaje mi się, że tak czują się ludzie, kiedy zostaną zaskoczeni ripostą lub podchwytliwym pytaniem i nie mają pojęcia, co powiedzieć. Bo ja właśnie nie wiem, co powiedzieć. Dziwne uczucie.

Jeśli jestem już przy filmach, chcę z tego miejsca gorąco odradzić Wam „Połów szczęścia w Jemenie”. Chyba, że lubicie historie o zarybianiu sztucznych akwenów z dwójką przeraźliwie brytyjskich Brytyjczyków (wiecie, w stylu „przepraszam, będę miał orgazm” – patrz: „W pogoni za rozumem”) w rolach głównych. Albo jeśli cierpicie na bezsenność. W moim przypadku poskutkowało – zasnęłam kilka minut po zamknięciu netbooka.

W ogóle nie mam ostatnio szczęścia do filmów. Metodycznie uzupełniam listę moich wielkich braków, tzn. sięgam po filmy i książki, których nie znam, a wszyscy dookoła znają, co powoduje we mnie nie tyle wstyd, co frustrację, że inni wiedzą, a ja nie. Po dobrym starcie („Ojciec chrzestny II”, „Lśnienie”, „Podziemny krąg”, „Mechanik” z Bale’em) mam teraz tendencję zniżkową i właśnie przejechałam się na „Jeźdźcu bez głowy”. Jakiś czas temu przeczytałam na blogu Heleny, że „z Burtona się wyrasta”. Najpierw chciałam zareagować świętym oburzeniem, napisać – że jak to, że jak tak można! Ale uderzyło mnie, że zawsze wydawało mi się, że „lubię Burtona”, ale tak naprawdę nie jestem zagorzałą fanką żadnego z jego filmów. Lubię krótkometrażowego „Vincenta”, „Gnijącą pannę młodą” i „Charliego i fabrykę czekolady”, ale bez wszystkich tych trzech produkcji mogłabym się bez problemu obejść, bo o żadnej nie mogę powiedzieć, żeby wbiła mnie w ziemię. „Sok z żuka” i dwie części przygód Batmana obejrzałam dla zabicia czasu, bez uczucia specjalnej przyjemności (ale i nie nudząc się), za to do dzisiaj nie mogę Burtonowi wybaczyć tego, co zrobił z „Alicją w Krainie Czarów”, a zwłaszcza z postacią Kapelusznika. Ostatnimi „Mrocznymi Cieniami” też nie wykazał się w moich oczach – wiadomo, że reżyser ten ma swój specyficzny styl i zwykle balansuje na krawędzi kiczu, ale w tym wypadku przekroczył ją i radośnie stepuje już po drugiej stronie. Wydaje się, że z Johnny’ego Deppa wycisnął już wszystko co się dało i naprawdę powinien zacząć chłopaka oszczędzać.

Od kilku dni pomieszkuje u mnie kątem Kath Frankie siostra moja i – jak zwykle, kiedy spędzamy razem czas – od tego czasu masowo oglądamy niewymagające filmy, ustawiając sobie przed monitorem dwuosobową lożę szyderców. Tym razem towarzyszy nam także Lisek Chytrusek, mój nowy współlokator (kiedy dowiem się, skąd pochodzi ta ksywka, powiem Wam na pewno) i muszę przyznać, że bawimy się doskonale. Ogólnie po seansie pamiętam nierzadko bardziej złośliwe komentarze Kath Frankie niż fabułę, ale hej – przecież to nie nasza wina, że te filmy są takie słabe.

Ogromnym rozczarowaniem jest dla mnie najnowsza część „Madagaskaru”. Naprawdę lubię tę serię i liczyłam na coś więcej – a konkretnie na większe ilości dialogów z pingwinami i lemurami w roli głównej. Zamiast tego dostałam Artura Żmijewskiego produkującego się z nędznym skutkiem w roli lwa Alexa. Ostatnio przeczytałam, że twórcy polskiego dubbingu planowali zatrudnić do roli zebry Marty’ego Maćka Stuhra – jeśli to prawda, to podejmując inną decyzję popełnili naprawdę spory błąd. Jak wiadomo, w polskim dubbingu jest tylko kilka nazwisk, które gwarantują stworzenie epickiej postaci i „młody Stuhr” jest jedną z nich. Szkoda. „Madagaskar 3” jest piękny, kolorowy, dynamiczny i…nudny. Prawdopodobnie pięknie wygląda w 3D – przynajmniej dla tych, którzy (w przeciwieństwie do mnie) widzą w kinie efekt 3D (serio, nie wiem, co jest grane, ale przestaję to dostrzegać po max 15 minutach).

Kath Frankie namówiła mnie na „Kruka. Zagadkę zbrodni”, mimo, że nie należę do fanów Edgara Allana. Większości film pewnie się spodoba, ale jak dla mnie, powstało już zbyt wiele obrazów (zarówno literackich jak i kinowych) o podobnej tematyce. Jest książka, jest zbrodniarz, są zbrodnie naśladujące te z książki. Widzieliśmy to w „Nagim instynkcie”, motyw przewinął się przez około tysiąc filmów bazujących na Apokalipsie św. Jana i w ogóle – Biblii, kilka lat temu ukazała się (świetna, skądinąd) powieść Matthew Pearla „Klub Dantego”. Pomysł jest naprawdę chwytliwy, ale rozwiązanie zagadki w przypadku „Kruka” nie jest specjalnie trudne. Cusack radzi sobie z postacią poety nieźle, chociaż mógłby być bardziej neurotyczny, a mniej agresywny, w tle mamy klimatyczną scenerię i dopracowane szczegóły, ale to wszystko za mało. Zadowoleni będą fani kina hiszpańskiego – a przynajmniej tak sądzę, bo – porównując do innych thrillerów i kryminałów pochodzących z tego kraju – film wydaje mi się bardzo typowy, chociaż typowo amerykańska dynamika nie wyszła mu na złe. Kath Frankie w miarę usatysfakcjonowana opowieścią o swoim życiowym idolu, ja z trudem powstrzymuję ochotę, żeby wyjść do kuchni i zrobić sobie kanapkę, zabijając czas. Nuda. Ale to nie jest zły film. Ja go po prostu nie polecam.

Na zakończenie prawdziwa perełka. Bo czegóż można spodziewać się po produkcji zatytułowanej „Abraham Lincoln: Łowca wampirów”? Z góry wiadomo, że będzie to dno i do tego z dziesięć metrów mułu.  Film zaskakuje o tyle, że da się go obejrzeć, chociaż naprawdę lepić strzelić sobie setkę przed seansem (żeby nabrać dystansu) albo zaplanować gdzieś w trakcie przerwę. Idealny film do prasowania, kiedy miło zawiesić oko na czymś co miga i świeci, a wyrafinowana fabuła nie jest specjalnie pożądana. Dużo się dzieje, biegają koniki, Abraham Lincoln ścina drzewa od jednego uderzenia siekierą, a dookoła grasują wampiry. Widz dowiaduje się, że jedyna wojna, którą stoczyli Amerykanie na własnej ziemi, była tak naprawdę walką ludzi i bezlitosnych krwiopijców, a najbardziej efektowne sceny przedstawione są w slow motion. Jak na film pozbawiony wielkich nazwisk w spisie obsady, ma spory rozmach i prawdopodobnie nie rozczaruje widzów spragnionych mordobicia. Nieistotne. To wciąż totalna filmowa porażka.

Nie popełniajcie moich błędów.

I jeszcze jedno – za kilka miesięcy w kinach pojawi się coś, co ma szansę zostać nowym „Zmierzchem”, czyli „Piękne istoty”. Jeśli kogoś nie zniechęciło jeszcze porównanie do bajki o świecących wampirach, zachęcam do obejrzenia trailera:

W opisie mamy DARK SECRETS, POWERFUL MAGIC i BEAUTIFUL CREATURES.  Z trailera możemy też wywnioskować, że dostaniemy także nastoletnią miłość, która może przezwyciężyć wszystko. Nawet przeznaczenie. Powiedzcie sami – czy to się może nie udać?

 

Kobieta, mężczyzna, człowiek. Wielka polemika
10 rzeczy, które nie są cool