Wampir z krainy róż
Pseudofilozoficzny manifest o tolerancji i wierze

Środa, 2:00. Obudziłam się w środku nocy i wyspana, usiadłam jak zwykle przed komputerem. O tej porze na Facebooku zawsze coś się dzieje. Toczą się długie rozmowy o niczym, ludzie wrzucają linki z dziwną muzyką. Zimowa depresja i nocne lęki kumulują się, nie pozwalając zasnąć. Trwa umowna godzina duchów.

Czasami biorę w tym udział. Rozmawiam do rana z przyjaciółmi o życiu, o śmierci, o seksie i muzyce, o problemach i planach. Nie mam wrażenia, że taka forma wymiany myśli cokolwiek nam odbiera – w końcu widujemy się regularnie, wiem, gdzie ich znaleźć, wiem, że jeśli teraz wyjdę z domu, znajdą dla mnie kąt do spania. Czasami dzieli nas kilka minut spaceru, czasami tysiąc kilometrów. To bez znaczenia.

Pisze do mnie Porzeczka, fotograf mój ukochany, i zaczynamy szydzić. On ma plan, który jest taki ironiczno-autoironiczny, a mnie to bardzo odpowiada i podchwytuję klimat. Przerzucamy się więc wariacjami na ten temat, aż ton zaczyna stawać się gorzki, a ja zaczynam czuć, że to boli. Dość, do cholery.

Jestem zmęczona ironią.

Spotted: ASP.
Spotted: MPK
Spotted: kolejka do kibla w Pixelu
Spotted: podwórko w kamienicy przy Dietla 44, zaraz obok kontenerów.

On mówi mi: zajrzyj tam i zobacz. A ja patrzę i widzę, jak ludzie pod płaszczykiem niewinnej zabawy wykorzystują każdą możliwą sytuację, żeby wykazać się ironicznym poczuciem humoru. Bo z jednej strony staliśmy się tak strasznie samotni i oddaleni od drugiego człowieka, że potrzebujemy takich zabawek, żeby nawiązać kontakt. Bo nie jesteśmy już w stanie podejść i powiedzieć: "cześć". Nie boimy się już nawet odmowy, ale jadu, którym możemy zostać opryskani, gdy zagadnięta osoba wycedzi przez wykrzywione usta szyderczą odpowiedź. Bo przez internet jest wygodniej, bo nie musimy mieć tej odwagi, bo tam będzie łatwiej odszczeknąć coś równie złośliwego lub po prostu to zignorować. 

"Przygłucha i piękna dziewczyna słuchająca głośno muzyki z iphona która jechała ze mną 116 spod ASP. Mi nie przeszkadza ,że jesteś głucha jak pień i masz kiepski gust muzyczny. Nie przeszkadza mi też ,że Twoje nadnaturalne paznokcie rysują ekrany w komórkach. Podobasz mi się i chętnie Cię poznam!" /Spotted: ASP/

I ostatecznie okazuje się, że Leibniz ma rację i każdy z nas jest zamkniętym, odrębnym kosmosem. I nie mamy ze sobą nic wspólnego i możemy jedynie mijać się, mamieni możliwością komunikacji. Chyba nie ma większej tragedii. Jesteśmy sami w świecie? Z jednej strony czujemy palącą potrzebę bliskości i są chwile, kiedy samotność pozbawia nas tchu, wywołuje panikę na myśl o ogromie przestrzeni za oknem, o tym, że rano znowu obudzimy się sami i przy śniadaniu będziemy w milczeniu czytać gazetę. Ale przez większość czasu jest przecież dobrze. Dusimy w sobie te krótkie napady lęku i wchodząc w jakąkolwiek interakcję z drugim człowiekiem, wyciągamy ironiczny pancerzyk ochronny. Żeby przypadkiem nikt nie znalazł się za blisko, żeby nikt nie dowiedział się zbyt wiele.

Nie chcemy ponosić niepotrzebnie ryzyka. Wolimy najpierw poznać drugiego człowieka, a potem dopuścić go do siebie, pozwolić mu na to samo. I okazuje się, że mamy z tym coraz większy problem, bo coraz trudniej znaleźć kogoś, kto będzie cierpliwie znosił naszą nieufność. Jak nieoswojone zwierzęta, ostrożnie krążymy dookoła, zachowując nieustanną czujność. Jesteśmy jak koty, co może wiele wyjaśniać w kwestii szaleńczej popularności tych zwierząt w ostatnich latach. 

Bez przerwy towarzyszy nam ironia. Nie żartujemy już w inny sposób. Bo rubaszne, jowialne poczucie humoru kojarzy nam się z prostactwem i podpitym wujkiem Zbyszkiem, który na pewno nie zaczytuje się współczesną literaturą. Bo człowiek inteligentny musi być złośliwy, nieco cyniczny i mieć dystans – zarówno do siebie jak i do świata. Nie wypada powiedzieć wprost i szczerze "to było przykre, bolało", nie wolno przyznać się do słabości.

Jestem zmęczona ironią.

Kiedy byłam dzieckiem, funkcjonowała ona jako pojęcie z zakresu literatury, a nie podstawowa forma komunikacji. Uciekłam w nią, starając się zachować zdrowy rozsądek, odciąć się od świata, który przytłaczał mnie wtedy i ranił. Miałam od czego uciekać. Kiedy chciałam wrócić do normalności, okazało się, że nie ma do czego wracać, że pod moją nieobecność świat zwariował i gra komedię. Że nic już nie jest na serio, że nie wypada angażować się emocjonalnie w życie, że inteligencję mierzy się obecnie nie poprzez zdolność do refleksji i umiejętność logicznego myślenia, ale przez cięty język i znajomość "Erystyki" Schopenhauera. Poddałam się temu. Nie widziałam wtedy innego wyjścia.

Trzeba mieć do siebie dystans. Nie pokazywać nigdy, że coś nas zraniło czy uraziło, co daje nam prawo mówić w ten sam sposób do innych. Każdego można zmieszać z błotem, nie ma żadnych świętości, żadnego tabu – warunkiem jest tylko odpowiednia dawka ironii. Jesteśmy zblazowani i cyniczni, przyznajemy się do tego bez wstydu, czasami nawet z trudno ukrywaną dumą. Jako nieodrodne dzieci naszych czasów wiemy, jak ważny jest publiczny wizerunek. Świadomie deklarujemy, że nie obchodzi nas zdanie innych, wpasowując się tym samym w najmodniejszy obecnie model. 

Jesteśmy boleśnie identyczni względem siebie. Jednakowo popieprzeni, biegamy jak chomiki w kółku, starając się utrzymać w systemie, nie stracić swojej pozycji w łańcuchu pokarmowym. Mimo, że na t-shirtach piszemy sobie "fuck the system" i "I don't care", przejmujemy się jak nigdy dotąd. Bo to, jak jesteśmy postrzegani, jest nierzadko wszystkim, co posiadamy. Bo w oderwaniu od ludzi nie mamy przecież aż tak wielkiej wartości. Potrzebujemy tej wartości nadanej, niezależnie od tego, jak wiele ironicznych uwag z siebie wyplujemy. 

A ja mam tego dość. Nie będę cool za cenę rozmieniania swojej inteligencji na drobne złośliwostki względem ludzi, których sprawy w ogóle mnie nie dotyczą. Wierzę w to, że mimo obłędu, jaki dotknął świat, wciąż można mówić o nim wprost, tonem pełnym zaangażowania i emocji. Chcę być idealistką, chociaż czasami brakuje mi wiary w to, że mogę cokolwiek zmienić – ale wciąż nie jest to powód, żeby osunąć się w wygodny, bezpieczny cynizm, żeby zostać ironicznym konformistą, dla którego jedyną formą reakcji na świat jest gorzki śmiech. I wewnętrzna, z coraz większym trudem ukrywana rozpacz lub frustracja. 

Ironia niech pozostanie dla mnie cechą literackiego stylu. Konwencją mojego sposobu pisania, który nie musi wcale przekładać się na moją osobowość. To, że dostrzegam absurdy codziennego życia, nie oznacza, że muszę brać udział w tym przedstawieniu i dołączać do innych smutnych klaunów, śmiejących się przez łzy i starannie wykonany makijaż. Nie chcę, żeby cynizm wrósł na dobre w moją osobowość. Zastanawiam się tylko, jakie mam wyjście – rezygnując ze złośliwości i słownych przepychanek dobrowolnie wejdę w pułapkę braku dystansu i nadmiernej powagi.

Koniec końców najbardziej boli mnie to, że mam coraz silniejsze wrażenie, że ironia, która obecnie wydaje mi się przesadnie eksploatowana, staje się praktycznie jedyną formą dotarcia do ludzi. 

Jestem zmęczona ironią. Chciałabym, żeby wreszcie przestała być modna.

Wampir z krainy róż
Pseudofilozoficzny manifest o tolerancji i wierze