Szorty kulturalne vol. 13, czyli rzeczy dobre i dziwne
Torii nr 16. - maneki neko i erotyka po japońsku

Kilka dni temu Kamila wrzuciła tekst o swoich rówieśnikach. Jako, że są to też moi rówieśnicy, nie mogę zmilczeć. Przy okazji zachęcam do obserwowania i czytania Archiwum Chaosu, chociaż mam wrażenie, że radząc Wam to, strzelam sobie w stopę. Kamila jest dobra. Za dobra.

Nie będę polemizować, bo zgadzam się z główną myślą. Powiem wiem coś od siebie, ciągnąc ten wątek. Zbieram się do tego już od kilku dni, ale dopiero dzisiaj czuję się na tyle wypoczęta, żeby coś z tym zrobić. Zróbmy zatem tak: ja skoczę machnąć sobie kawę, a Wy w tym czasie przeczytajcie podlinkowany tekst. Zgoda?

 

Już? To do dzieła. Nie uważam się za osobę specjalnie inteligentną czy oczytaną, pisze Kamila. Kamila, weź się. Zdrowa megalomania nikomu nie zaszkodziła. Znam dziesiątki, całe stada osób mądrzejszych ode mnie i kocham ich towarzystwo, nawet wtedy, kiedy sprowadzają mnie do parteru – ale wiem, że jestem oczytana i wiem, że jestem bystra. Nie znaczy to, że nie widzę dla siebie perspektyw rozwoju, bo osiągnęłam już wszystko – skąd. Pamiętacie metaforę lejka? Im więcej wiedzy zdobywam, tym silniej czuję, jak bardzo scio me nihil scire. Ale powiem spokojnie: jestem inteligentna. Nie czuję fałszywego wstydu, przyznając się do tego. Znam własną wartość i czuję zobowiązanie płynące z tej nadprogramowej ilości szarych komórek – przecież nie mogę tego zmarnować. Przecież to może być moja szansa.

Ludzie są głupi. Pojedynczy człowiek może być mądry, nawet bardzo mądry – ale ludzie, jako bezwolne stado, zawsze postępują jak krowy. Nie wybiorą tego, co lepsze, ale co łatwiejsze, bardziej kolorowe, tańsze, wygodniejsze. Iloraz inteligencji tłumu równy jest IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników, napisał Pratchett. Do stada trzeba umieć mówić w odpowiedni sposób, podsycać jego żądze i zaspokajać potrzeby. Kto to potrafi, może zmieniać rzeczywistość.

Ostatnie lata i pewne przykre doświadczenia nauczyły mnie jednak, że inteligencja nie jest jedyną ważną cechą. Kiedy potrzebowałam wsparcia, nie miała dla mnie znaczenia – chciałam tylko, żeby ktoś złapał mnie w siatkę, kiedy leciałam z hukiem na dno, że się tak metaforycznie wyrażę. Mimo lekkiej amortyzacji, uderzyłam o wspomniane dno dość mocno i nigdy nie pozbierałabym się, gdyby nie ludzie, którzy byli obok. Nie ze wszystkimi mogłam porozmawiać o książkach, pójść na wystawę sztuki współczesnej, wymienić się poglądami na temat dychotomii dobra i zła. Ale każdy z nich dał mi coś innego i zawsze odnajdywałam jakąś płaszczyznę porozumienia – czy to w muzyce, czy w dzielonej miłości do zwierząt, czy też w innych rozrywkach, których z powodu szeroko pojętej przyzwoitości nie chcę tu omawiać. I chyba to właśnie wtedy dotarło do mnie, że mogę świetnie bawić się z kimś, kto – mając świadomość tego, że nie jest intelektualnym orłem – nadrabia to poczuciem humoru, empatią, pasją.

Ale właśnie – trzeba mieć to czym nadrobić. Problem polega na tym, że niektóre fantastyczne cechy ujawniają się dopiero wtedy, kiedy jesteśmy z kimś naprawdę blisko. Trudno sprawdzić czyjąś lojalność czy odwagę w momencie względnego pokoju i stabilności, a zwykle spotykamy jednak ludzi wtedy, kiedy niczego od nich nie potrzebujemy. Do niektórych trzeba po prostu dotrzeć. Tylko – czy zawsze mamy na to czas? Nie zachęcam do tego, żeby dawać każdemu szansę i próbować nawiązać więź. To nie ma sensu. Nie o to w tym przecież chodzi. Pewne rzeczy muszą narodzić się spontanicznie.

Jednego nie potrafię wybaczyć: braku pasji. Niezależnie od tego, czy jest to dzierganie makatek, wspinaczka wysokogórska, czy poezja francuska – każdy powinien mieć coś, co go pochłania. W czym chce być coraz lepszy – nie po to, żeby konkurować z innymi, ale po to, żeby się rozwijać, iść wciąż do przodu. Ludzie, którzy mają pasję, wiedzą, czym jest zaangażowanie, potrafią zrozumieć, co to znaczy: pragnąć czegoś. To jest coś, czego nie da się wyjaśnić na suchych przykładach. To, o czym mówi Kamila, to dla mnie w mniejszym stopniu mały iloraz inteligencji, a w większym właśnie brak pasji – bo sama nie mam problemu z porozumieniem się z kimś, kto nie słyszał nigdy o filmach i książkach, które uwielbiam, o ile ten ktoś potrafi sprzedać mi w przekonujący sposób kawałek swojego świata, zarazić mnie swoim zainteresowaniem do tego stopnia, że przynajmniej przez chwilę poczuję ochotę, żeby złapać plecak i jechać w góry czy chwycić za druty i wełnę. Nawet, jeśli mówi o tym prosto, nie używając wyrafinowanych słów, wystarczy, że spod niezgrabnych zdań przebija szczerość i żywe zaangażowanie.

Nie wiem, czy dzisiejsza młodzież jest głupsza – prawdopodobnie każde pokolenie jest w jakiś sposób mądrzejsze i głupsze jednocześnie niż poprzednie. Świat się zmienia, a my zmieniamy się razem z nim, coś się rodzi, i coś umiera. Ale coraz częściej widzę ludzi bez pasji – i to boli. Być może to po części wpływ transformacji ustrojowej – my, pierwsze pokolenie wychowane w demokratycznej Polsce, zostaliśmy pozbawieni kompasu: wszystkie poglądy stały się równe, nie ma już tego (poza skrajną patologią), co jednoznacznie złe i niewłaściwe. Nie da się ocenić wartości człowieka na podstawie jego politycznych poglądów. Sama mam poglądy lewicowe w zakresie etyki, a prawicowe – w kwestii gospodarki. Czy to mówi coś o tym, jakim jestem człowiekiem? Ludzie, z którymi spędzam czas, nie zgadzają się ze mną w wielu kwestiach – ale kiedy słyszymy o tym, jak ktoś zakatował zwierzę albo gdy komuś dzieje się ewidentna krzywda, reagujemy podobnie. Koniec końców chyba to ma największe znaczenie.

Co przeraża, to brak zainteresowania światem. Pozwolenie sobie na zamknięcie się w małej, ciasnej puszce rzeczywistości, którą znamy – rodzinnego miasta, bezpiecznego kręgu znajomych. To dlatego słuchamy wciąż tego samego gatunku muzyki i mówimy nie lubię techno / rocka / hip hopu. Jednocześnie boimy się i nie chce nam się próbować – bo nie warto, bo szkoda czasu, bo po co. Bo przecież to mogłoby wszystko zmienić, a zmiany są trudne, łatwiej zostać w swoim małym grajdołku. Bo le mieux est l’ennemi du bien, chociaż Voltaire miał na myśli coś innego. Bo po co traktor, skoro koniem też opędzisz pole. To nie kwestia głupoty, a strachu – to po prostu różnica między reformatorami, a tymi, którzy palą reformatorów na stosie. Hamulcowi postępu zawsze dołączają ostatni. Zwlekają z tym, żeby przełączyć widok portalu internetowego na „nowy”, adaptują się trudno i okraszają tę adaptację narzekaniami. Twierdzą, że DVD jest równie dobre, co Blu-Ray, nie sięgną po książkę nieznanego pisarza, nie pójdą na koncert muzyka reprezentującego gatunek, który znają pobieżnie i który do tej pory ich nie zainteresował. Szczytem awangardy jest dla nich zrobienie w niedzielę schabowego bez panierki. Jak Kaziuk z Konopielki, który ze wszystkiego, co mogła zaoferować mu nauczycielka, przyswoił jedynie pozycję „na jeźdźca”. Koniec końców i armia Kaziuków dołączy do tego nowego świata – zrobią to ostatni, z wielkimi oporami, wtedy, kiedy już nie będą mieli wyjścia. Kiedy Facebook brutalnie wyłączy stary interfejs, kiedy spali się ostatni odtwarzacz DVD i nie będą mieli wyjścia, kiedy okaże się, że ten pensjonat, do którego jeździli na wczasy od 20 lat, spalił się do gołej ziemi. Wrzuceni na głęboką wodę, będą musieli zaryzykować – ale dopiero wtedy.

Patrząc na moich rodziców, jestem w stanie zrozumieć ich opór przed gorącymi nowinkami technologicznymi, chociaż kiedy pojechali do Australii, nie zamawiali sobie znanych potraw, a kotlet z kangura. Są niezmordowanymi eksploratorami świata i nie przepuszczają zbyt wielu okazji, żeby pojechać w nowe miejsce, zjeść coś, czego nie kosztowali, polecieć balonem czy wejść na jakąś dziwną wieżę. Gdybym wysłała ich na kurs nurkowania na rafie koralowej, byliby prawdopodobnie spakowani w ciągu godziny, mimo, że moja mama wciąż twierdzi, że „żabka” z głową wyciągniętą jak peryskop na powierzchnią wody liczy się jako prawdziwe pływanie. Nic to. Chociaż mają wciąż pocztę na Onecie i korzystają z kineskopowego monitora, który waży jakieś 20 kilo, bo „lepszy im niepotrzebny”, nie mogę powiedzieć, że nie mają w sobie ciekawości. To o wiele więcej, niż mogę stwierdzić na temat niektórych moich rówieśnikach, zblazowanych i znudzonych życiem, które – w ich wykonaniu – faktycznie nie jest zbyt emocjonujące. 

Prawda jest taka, moi kochani, że życie nie jest nudne. To co najwyżej Wy możecie być nudni. Pozostaje kwestia tego, co z tą świadomością zrobicie. Ja proszę tylko o jedno – nie zapraszajcie mnie na piwo, jeśli macie zamiar rozmawiać przez cały czas o pogodzie i pytać co u ciebie. Nie marnujcie mojego czasu, jeśli nie uważacie, że to, co robicie i co Was kręci, jest ciekawe i warte uwagi. 

passion-based-learning-v2

Szorty kulturalne vol. 13, czyli rzeczy dobre i dziwne
Torii nr 16. - maneki neko i erotyka po japońsku