Jack the Ripper strikes again
Proza życia

Łatwo ulegam wpływom. W kwestii poglądów staram się mieć otwartą głowę i chętnie konfrontuję swój punkt widzenia z cudzymi, próbuję zrozumieć odmienne racje i argumenty. Raz zrozumiane, naprawdę zrozumiane – niełatwo je odrzucić bez namysłu. Jednocześnie, co jest dość zabawne, szybko przejmuję sposób mówienia ludzi, z którymi spędzam dużo czasu – wiele językowych nawyków zostaje mi już na stałe. I tak nauczyłam się mówić na imprezę melanż od sąsiada i wixa od przyjaciela. Przejęłam no chyba Cię Bóg opuścił od znajomego, zacnie od koleżanki z podstawówki, biere toumrzyj od siostry, a po ostatnim byłym chłopaku pozostał mi cały pakiet lingwistycznych dziwactw, których specyfiki nie jestem w stanie oddać w piśmie. Nie próbuję nawet z tym walczyć – chłonę takie bzdurki jak gąbka i w efekcie mówię językami, mieszanką wielu polskich slangów i gwar, używając neologizmów, kalek językowych i archaizmów, zaczynając od skowyrnych cycków, kończąc na kobuchu. Jeśli więc melanż, to hardy lub zacny, jeśli biforkozacki, a napotkany po drodze nawalony dresik może być łotrem, łobuzem lub hultajem (zależnie od okoliczności).

Lubię to zderzenie starego z nowym, realnego – z wymyślonym na poczekaniu. Zdania są wówczas jak dźwiękowa plastelina w neonowych kolorach, którą mogę dowolnie ugniatać i która razi uszy. Mój język nie musi być piękny, bo piękno interesuje mnie tylko jako konstrukt teoretyczny, zagadnienie filozoficzne, nie zaś jako rzeczywista cecha przedmiotu badania. I chociaż potrafię pisać i mówić pięknie, świadomie wybieram nie robić tego. Napisałam wiele poważnych tekstów: prace naukowe na studiach, eseje, recenzje, reportaże, analityczne artykuły i nawet opowiadania. Problem polega na tym, że pisząc według wytycznych – nudzę się. Bo jeśli chodzi o to, żeby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, to mnie ten język ojczysty nie wystarcza, nie w formie słownikowej, nawet z całym bogactwem frazeologii i deklinacją. Dlatego może wolę Gombrowicza niż Mickiewicza i chociaż uwielbiam Madame Libery, nie jestem w stanie nie docenić Wojny polsko-ruskiej.

Język nie musi być piękny. Ostatecznie służy przede wszystkim komunikacji lub symbolizacji, zależnie od tego, którą teorię wybierzemy – funkcja estetyczna przychodzi później i okazuje się nie mieć znaczenia na skalę problemu egzystencjalnego to be or not to be. Język winien być za to swój, naznaczony indywidualnością i osobowością. Noszący znamiona doświadczeń życiowych, ślady spotkań i interakcji z otoczeniem, powinien być świadectwem życia. Nie jest wcale źle, gdy słychać w języku akcenty dalekich podróży, gdy czuć w nim zapach prawdziwego espresso, smak teriyakicroissantów. Nie jest źle, kiedy nasze pochodzenie zdradza, co mamy na myśli mówiąc kluski, kluski śląskie, czarne kluskipyzy lub czy znajdujemy się na dworze, na polu, czy też może na dworzu.

Bo koniec końców język polski, ten, którym pisane są regułki gramatyczne i polecenia w podręcznikach, to język martwy i sztuczny, a my przecież żyjemy. To jak mówimy, mówi także coś o nas – kim jesteśmy, skąd pochodzimy i do czego chcemy aspirować. A dla mnie precyzja będzie zawsze ważniejsza niż estetyka i jeśli czuję się zajebiście, to nie wspaniale ani świetnie, a kiedy miota mną furia, to nie poprzestanę na opanowanym wynoś się. Język, mimo jego pozornego bogactwa, nigdy nie odda wszystkich stanów ducha – chociaż dla mnie samej słowo, brzmienie i dusza słowiańska są tym, co najmocniej trzyma mnie na tej ziemi i wiem, że nie da się przełożyć Mickiewicza czy Tuwima, tak jak nie da się naprawdę zagrać Chopina na gitarze. Ale nie znajduję słowa na Schadenfreude i wiem, że agápē to nie érōs, nie philía i nie storgē i muszę się dookreślać, stając przez wyborem: tłumaczyć i szukać równoważników za cenę tego ledwo uchwytnego sensu, czy poświęcić czystość języka dla precyzji i znaczenia?

Popadając nieco w patos, przyznaję po prostu za Janem, że spiritus flat ubi vult i jeśli zna on jakieś granice, to na pewno nie powinien wyznaczać ich język. I naprawdę wierzę to, że mówić o danej kulturze tak naprawdę da się tylko w jej ojczystej mowie. Chociaż musimy iść na ustępstwa, chcąc rozumieć więcej, czy naprawdę powinniśmy mówić Mickiewiczem zamiast mówić sobą?

 

(grafika: djifro.deviantart.com)

Jack the Ripper strikes again
Proza życia