2. Marazm (Inertia, reż. Idan Haguel, 2015) – 6/10
Chociaż nie jest wolny od pewnych błędów logicznych, “Marazm” wygrywa mocnym zakończeniem. Zanim jednak do niego dojdzie, widz zmierzyć się musi z brakiem absolutnej pewności co do motywów postępowania głównej bohaterki: gdy Mira zgłasza zaginięcie swojego męża, Benny’ego, można założyć, że ona sama nie miała z jego zniknięciem nic wspólnego. Reżyser jednak zdaje się sugerować – poprzez m.in. nieco niepokojące rozmowy kobiety z jej matką – że w tej historii kryje się być może coś więcej.
“Marazm” jest historią o… marazmie właśnie. Życie Miry to nie festyn i wszelkie próby przełamania impasu są tu niezwykle subtelne, zmiany dokonują się w przestrzeni niedostrzegalnej dla widza. Być może dlatego właśnie całość broni się od strony emocjonalnej: chociaż niełatwo empatyzować z bohaterką, to im dalej w las, tym bardziej zrozumiałe jest jej zachowanie i przestaje dziwić reakcja podczas konfrontacji w kulminacyjnym punkcie historii. Nie jest to pozycja obowiązkowa i o “Marazmie” łatwo zapomnieć, jednak czas poświęcony na seans nie jest straconym: Haguel sprezentował widzom obrazek niezwykle efemeryczny, portretujący jeden z setek tysięcy codziennych, niedostrzegalnych ludzkich dramatów, które zmieniają przecież tak wiele, mimo iż nie piszą o nich popularne dzienniki.


