2. Młodość (Youth, reż. Paolo Sorrentino, 2015) – 8/10
Do obejrzenia “Młodości” zbierałam się bardzo długo, pomna gorzkiej lekcji, jaką wyniosłam z seansu “Wielkiego piękna”: zbrodnią jest oglądać niektóre filmy na małym ekranie. Ponieważ przegapiłam kinową premierę w ubiegłym roku, skorzystałam z okazji nadrobienia zaległości podczas seansu plenerowego na festiwalu i muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę: “Młodość” to właśnie taki film, jaki ogląda się z przyjemnością w letnią, ciepłą noc pod gołym niebem.
Niestety, sprawę skomplikowały wysokie oczekiwania – poprzedni fim Sorrentino to moja wielka miłość od pierwszego obejrzenia. I tak, zdaję sobie sprawę z tego, że “Fellini w kolorze”, że to było, że nic wielkiego i w ogóle, ale ten rzymski obrazek złamał mi serce i wywindował się na pierwszą pozycję na mojej liście rzeczy ukochanych. Gdybym na bezludną wyspę mogła zabrać tylko jedno pudełko z DVD, byłoby to właśnie “Wielkie piękno”, które następnie oglądałabym codziennie od nowa. Że niby znudziłoby mi się? Cóż, jak na razie zaliczyłam – w całości i fragmentach – około 30 seansów i wciąż mi się nie nudzi.
Być może właśnie dlatego “Młodość” nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia. Mam z nią podobny problem, co z “Lobsterem” Lanthimosa: zmiana języka na – odarty nieco z tożsamości kulturowej z powodu swojej międzynarodowej kariery – angielski i sięgnięcie po hollywoodzkie sławy w obydwu przypadkach były zabiegami bardziej marketingowymi niż artystycznymi i cele marketingowe zostały osiągnięty. Obydwa tytuły dotarły do leniwego amerykańskiego i brytyjskiego widza, który nie czuje potrzeby nauki języków obcych, a na filmy z napisami patrzy spod byka. To oczywiście krzywdzące uproszczenie, jednak odebranie “Lobsterowi” i “Młodości” językowego osadzenia w danej kulturze na rzecz uniwersalnego wydźwięku sprawiło, że wyrafinowane, eleganckie dania zamieniły się w pyszny obiad dla całej rodziny. Jest łatwiej, przystępniej i tak, żeby wszyscy zrozumieli, żeby przypadkiem nikt nie wyszedł z kina zdenerwowany, że coś mu umknęło. Tak jak metaforę społeczeństwa napisał Lanthimos w “Lobsterze” łopatą, tak Sorrentino stworzył bohaterów wypowiadających przemyślne i trafne, ale jednak (trafiające w każde spragnione mądrości serduszko) bon moty.
Rozumiem zarzuty widzów, którzy nie zachwycili się “Wielkim pięknem” – postawa bohatera i jego sytuacja, nastawienie do życia i wartości, które wyznaje, nie dla każdego są podstawą do utożsamienia się. Dla większości zapewne nie są. Ponadto ta powtarzalność, kalki z Felliniego – wiadomo, wszystko to prawda. “Młodość” popełnia jednak inny grzech: mówi banałem (chociaż robi to z ujmującym wdziękiem) i za wszelką cenę stara się być dla wszystkich. Wybacza się jej to dzięki pięknym zdjęciom i wybornym kreacjom aktorów, którym przewodzi pełen ironicznego dystansu do świata i samego siebie Michael Caine. Forma dominuje jednak nad treścią: Sorrentino stara się jak może, żeby nie przedobrzyć, każdy podniosły moment kontrapunktując dialogami o trudnościach z oddawaniem moczu. Wysokie miesza się tu bezustannie z niskim i chciałoby się krzyczeć, że to jak w życiu przecież i że jak pięknie, ale właśnie trochę za pięknie tu jest i za grzecznie, zdania jakieś zbyt okrągłe i wszystko to sprawia wrażenie, jakby oglądało się przy świetle nocnej lampki efektowny album ze wspaniale skomponowanymi kadrami, okalanymi przez wysmarowane pisanym fontem złote myśli.
Cóż mogę więc powiedzieć – śliczne jest to kino, ale nie bolało mnie ni nie przejęło ani trochę. Obejrzałam z przyjemnością i ten jeden raz mi wystarczy.
































