4. Eisenstein w Meksyku (Eisenstein in Guanajuato, reż. Peter Greenaway, 2015) – 8/10 ♥
Zdążyłam zapomnieć już, że Greenaway jest przecież malarzem i jak nikt komponuje oszałamiające kadry – Peter, Ty łobuzie, zrobiłeś to znowu i po raz kolejny jestem zakochana. Inspirowany autentyczną historią, najnowszy film jednego z moich najulubieńszych reżyserów to opowieść o Siergieju Eisensteinie, radzieckim reżyserze, który – po sukcesie “Pancernika Potiomkina” – wyruszył do Meksyku z zamiarem nakręcenia (za pieniądze Uptona Sinclaira) prezentującego kraj i jego kulturę “¡Que Viva Mexico! – Da zdravstvuyet Meksika!”. Obraz ten, mający być opus magnum Eisensteina, nie został ukończony – dziś w sieci można odnaleźć wersję zrekonstruowaną w 1979 roku przez Grigorija Aleksandrowa.
“Eisenstein w Meksyku” to opowieść o żmudnym procesie twórczym i rzekomo napędzającej geniusz Eisensteina frustracji seksualnej. Ta podczas pobytu w Meksyku zostaje rozładowana za sprawą przystojnego Palomino, przewodnika reżysera nie tylko po mieście, ale przede wszystkim po urokach intymnego pożycia. Greenaway sugeruje dość jasno, że to właśnie nasycenie żądzy sprawiło, że Eisenstein utracił bezpowrotnie serce do projektu i skupił się na przyjemnościach nieco bardziej przyziemnych, chociaż te akurat przedstawione są tu w sposób niemalże mistyczny, wybiegając dalece poza standardy aktów seksualnych.
Greenaway jak zawsze przykłada ogromną wagę do strony wizualnej filmu: chociaż nie każdy zachwyci się przedstawioną w nim historią (tak po prawdzie, to reżyser ten miewał już lepsze wystąpienia), to trudno nie docenić pięknych zdjęć, spójnej kolorystyki, przemyślanej kompozycji scen i ujęć. W porównaniu do chociażby mojego ukochanego “Dzieciątka z Macon” jest to obrazek dość banalny i lekki w odbiorze, seans sprawił mi jednak sporo przyjemności. Nie da się jednak ukryć, że więcej tu zabawy formą niż samej treści, nie ma co dziwić się zatem, że film spotkał się z dość ostrą krytyką i mocno podzielił widownię.











