8. Chevalier (reż. Athina Rachel Tsangari, 2015) – 6/10
Moja miłość do greckiej Nowej Fali umacnia się z filmu na film, ale “Chevalier” przełamuje nieco moją dobrą passę: to film zaledwie niezły, przyzwoity, który poza rozrywką nie oferuje w zasadzie nic. Ot, prosta historia o grupie mężczyzn mierzących sobie penisy za pomocą opartej na skrajnej rywalizacji zabawy: uczestnicy wymyślają kolejne zadania, porównując się wzajemnie i przyznając sobie punkty. Na wyboistej drodze do tytułu “najlepszego we wszystkim” konkurują nie tylko na zarobki i osiągnięcia wędkarskie, ale także na poziom cholesterolu oraz cechy charakteru.
Być może ta absurdalna zabawa przemówi bardziej to mężczyzn, bardziej wiarygodna wydaje się jednak teoria, według której Tsangari posłużyła się zbyt prostą metaforą i spłyciła przez to wydźwięk całego obrazu. Wałkowany przez Nową Falę stereotyp greckiego mężczyzny wrac z jego słabości i kryzysem dotyczących go ról społecznych pojawia się tu w odsłonie zaskakująco banalnej, która nie ma do zaoferowania w zasadzie nic poza wywaleniem kawa na ławę, że co jak co, ale z facetami dzieje się coś niedobrego.
Chociaż warsztat Tsangari pozostaje bez zarzutu, “Chevalier” nie ma w sobie ostrości “Attenberga” i rozczarowuje uproszczeniami, podaniem na tacy gotowych rozwiązań. Można doszukiwać się w filmie satyry na wyższą klasy średniej i jednostki uprzywilejowane, oderwanych od realnych problemów palących współczesną Grecję, można twierdzić, że jest tu ukryta metafora systemów ekonomicznych wraz z odpowiadającą im krytyką. Nie ma to jednak większego sensu: niezależnie od obranej ścieżki, “Chevalier” nie kryje w sobie głębi, których nie można byłoby dostrzec na pierwszy rzut oka.
Wniosek z seansu płynie tylko jeden: nigdy, pod żadnym pozorem, nie umawiaj się z Grekiem.





