3. Modyfikowany węgiel (The Altered Carbon, S01)

Zacznę może od tego, że przeczytałam książkę. Nawet wszystkie trzy części. Pierwsza jest nawet spoko, druga robi się interesująca w połowie (albo i dalej), trzecią męczyłam chyba z 1,5 miesiąca, bo szła mi jak krew z nosa i była zdecydowanie kiepska. Wszystkie łączy jedno: regularnie pojawiające się malownicze opisy morning wood głównego bohatera oraz rozbudowane sceny seksu, których autor prawdopodobnie zna tę czynność głównie z wyobraźni. Albo z PornHuba. Ale być może to po prostu taka konwencja, w końcu to jest science-fiction, a seks, który uprawia Takeshi Kovacs, jest zdecydowanie czymś z zakresu fantastyki. Niekoniecznie naukowej.
Serial oparty jest na fabule pierwszej części powieści. Przynajmniej teoretycznie, bo robi z nią takie rzeczy, że człowiek w zasadzie nie jest już pewien. Jeśli czytaliście książkę i do tego jeszcze ją polubiliście, trzymajcie się od tej produkcji jak najdalej, bo wykończy was psychicznie. Jeśli nie czytaliście, to też dajcie sobie spokój, bo to zwyczajnie słaby serial jest. Netflixowy “Modyfikowany węgiel” to mdła, rozlazła telenowela z żenującymi dialogami, przy których ręka sama się wyrywa do facepalma. Jakimś cudem historia, która w oryginale kręciła się wokół rozwiązania zagadki kryminalnej (oraz wokół seksu, bo zajmuje on całkiem sporo miejsca), stała się ckliwym romansidłem, w którym facet rozmawia ze swoją zmarłą dziewczyną. Dlaczego? Po co? Quellcrista Falconer, która w powieści była poległą przed wieloma, wieloma laty (na długo przed narodzinami Kovacsa) historyczną rewolucjonistką, w serialu została nagle włączona do fabuły w postaci wspomnienia, które nie opuszcza bohatera ani na krok. A jakby tego było mało, twórcy ubzdurali sobie, że zakończenie tej opowieści potrzebuje jeszcze więcej dramatyzmu i jeszcze więcej okazji do nadmiernej egzaltacji, dorzucili więc jeszcze gratis zaginioną rodzinę, modyfikując tożsamość jednej z bohaterek kluczowych dla rozwiązania zagadki.

To jest, proszę państwa, dramat. Tego się nie da oglądać na trzeźwo. Dawno nie byłam tak zażenowana poziomem dialogów w jakiejkolwiek produkcji i nie pamiętam już, kiedy tak mocno przewracałam oczami podczas seansu, mam wrażenie, że mi się coś urwało w oku od tego. Jak można było tak brawurowo zmarnować potencjał przeniesienia na ekran tak wdzięcznego materiału? “Modyfikowany węgiel” jak na tacy daje odbiorcy świat, w który z dziką frajdą można się zanurzyć i który zachęca do eksplorowania: w tę cyberpunkową rzeczywistość (trochę kojarzącą mi się z bardzo, ale to bardzo uproszczonym “Neuromancerem” w wersji dla mniej wymagającego czytelnika) z całkiem zgrabnym filozoficzno-religijnym kontekstem i solidnymi przemyśleniami na temat sensu egzystencji Morgan wrzucił kryminał w stylu neo-noir. Czy to nie brzmi jak zajawka wybornego i obłędnego wizualnie serialu z kadrami jak z “Blade Runnera”? No brzmi. Ale z jakiegoś – sobie tylko znaneg0 – twórcy netflixowej ekranizacji postanowili nie wykorzystać żadnego z tych smaczków, zrezygnowali z relacji Kovacsa z kobietami pojawiających się w oryginale i na kolanie napisali sobie inne relacje z innymi kobietami. I wyłącznie na tym postanowili się skupić.
Drugi sezon serialu (nie do wiary, że postanowili w to brnąć dalej) pojawi się na Netflixie 27 lutego. Z doniesień nie wynika jednoznacznie, czy będzie eksplorował wątki z drugiego tomu powieści, której akcja toczy się 30 lat po wydarzeniach z “Modyfikowanego węgla”. Wiemy jednak, że będzie kręcił się wokół życia uczuciowego Kovacsa z doklejoną do fabuły Quellcristą Falconer. Możemy zatem spodziewać się jeszcze więcej cringe’owych dialogów, trzymania za rączki, patrzenia sobie w oczy i zapewne jakiejś dramy z rozstaniem i powrotem. Biorąc pod uwagę, że “Upadłe anioły” nie są z pierwszą częścią trylogii powiązane fabularnie niczym poza nazwiskiem i (do pewnego stopnia) osobowością głównego bohatera, a fabuła powieści skupia się na wojaczce, odkrywaniu artefaktów, portalach międzygwiezdnych i Pierwszym Kontakcie (czy czymś do niego podobnym), nie jest wykluczone, że i Quell się tu upchnie. Jak nie po dobroci to po złości.

Bardziej prawdopodobne jest jednak, że fabuła drugiego sezonu będzie raczej podejmować wątki z trzeciej części trylogii, czyli “Mrocznych Furii”, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się to bez sensu, bo wymagałoby poważnej ingerencji w historię. Ale hej, nie takie rzeczy twórcy tego serialu robili, skoro udało im się zamienić kryminał w telenowelę, to teraz też dadzą sobie radę.
PS – nie chciałabym, żebyście odnieśli wrażenie, że ja te książki polecam. Nie są może fatalne, ale nie ma w nich nic, o czym chciałabym jakoś szczególnie rozmawiać. Jeśli się jednak uprzecie, to zapewniam, pierwsza część wam wystarczy.