Wymień książki na fajniejsze
Nie jesteś sama

Zbigniew Herbert to od lat mój drugi ulubiony Zbigniew. Pierwsze miejsce zajmuje nieodwołalnie pracownik moich rodziców, którego pamiętam z dzieciństwa – wyglądał jak Cygan i potrafił wszędzie znaleźć grzyby. W sensie, takie jadalne grzyby. Kanie na przykład, a ja lubię kanie. W każdym razie to był bardzo ważny Zbigniew w moim życiu, ale dzisiaj będę pisać jednak o Herbercie.

***

Poezja Herberta nie jest, odnoszę wrażenie, modna. Mamy w Polsce takich poetów, którzy są uznani za klasyków (Mickiewicz, Miłosz), takich, którzy budzą kontrowersje i są zasadniczo trudni w odbiorze (Różewicz, Szymborska) i tych, którzy są super modni, bo tacy – wiecie – offowi. Wyklęci. Bursa. Wojaczek. Nazwiska, które zna każdy szanujący się hipster. Nie żeby była to zła poezja, w życiu. Ale jednak wolę Herberta.

Mój ojciec bardzo lubił France’a
i palił Przedni Macedoński
w niebieskich chmurach aromatu
smakował uśmiech w wargach wąskich
i wtedy w tych odległych czasach
gdy pochylony siedział z książką
mówiłem: ojciec jest Sindbadem
i jest mu z nami czasem gorzko

/Zbigniew Herbert – Mój ojciec, fragment/

Nie powiedziałabym, że obecnie jest niedoceniany. Ale stał się „klasykiem szkolnym”, za często odkrywanym naprawdę dopiero po latach. Może dlatego, że nie jest jawnie kontrowersyjny? Dlatego, że nie epatuje okrucieństwem, brzydotą, że wydaje się (chociaż pozory mylą) zachowawczy i politycznie poprawny? Pamiętam, jak moja polonistka w LO twierdziła, że „do Herberta trzeba dojrzeć” – być może to racja. W gimnazjum nudziłam się, czytając jego wiersze, fascynował mnie wtedy pokręcony świat Białoszewskiego i jego zabawy słowem. Dzisiaj (a właściwie od czasów ogólniaka), chociaż Rozmowa Mistrza Mirona ze śmiercią wryła się w moją psychikę już na stałe, wolę eleganckie metafory Trenu Fortynbrasa.

Z czasów przed-facebookowych pamiętam, że razem z kumplem, Mateuszem, mieliśmy zawsze na Gadu-Gadu ten sam status: Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach / A ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę. Kiedy myślę o tym dzisiaj, wydaje mi się to urocze i niepokojące jednocześnie – dwoje zagubionych dzieciaków (chociaż wcale nie byliśmy już dziećmi) z wielką traumą z przeszłości, zepsuci gdzieś w środku, ciągnęliśmy się nawzajem na dno. Herbert brzmiał wówczas gorzko.

Wszystkie próby oddalenia
tak zwanego kielicha goryczy –
przez refleksję
opętańczą akcję na rzecz bezdomnych kotów
głęboki oddech
religię –
zawiodły

należy zgodzić się
pochylić łagodnie głowę
nie załamywać rąk
posługiwać się cierpieniem w miarę łagodnie (…)

pić wyciąg gorzkich ziół
ale nie do dna
zostawić przezornie
parę łyków na przyszłość

przyjąć
ale równocześnie
wyodrębnić w sobie
i jeśli to możliwe
stworzyć z materii cierpienia
rzecz albo osobę

/Zbigniew Herbert – Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu, fragment/

W dużej mierze to właśnie dzięki Herbertowi zostałam humanistką – nie z powodu zainteresowania naukami określanymi tym mianem, ale w związku ze zrozumieniem faktu, że człowiekowi należny jest szacunek. Że moralność, etyka, uznanie godności drugiej istoty ludzkiej są tym, co definiuje nas jako gatunek rozumny. Pomimo, że nieodmiennie fascynują mnie oszalałe z rozpaczy wersy Różewicza, jego kryzys wiary i nadziei, to nie jemu zawdzięczam bezsenne noce spędzone na rozmyślaniach nad kondycją człowieka jako takiego.

Twórczość Zbigniewa Herberta – bo przecież mowa tu nie tylko o poezji – odnosi się w dużej mierze do wyidealizowanej kultury antyku, opartej na pielęgnowaniu areté oraz utożsamieniu zła z głupotą i szpetotą. Ta idealizacja jest chyba najczęściej wykorzystywanym przeciwko poecie argumentem: jego krytycy twierdzą, że myśl twórcy Pana Cogito nie brzmi aktualnie w dzisiejszym świecie (zwłaszcza w kontekście rzeczywistości współczesnej autorowi, targanej niepokojami i pogrążonej w politycznym oraz moralnym chaosie), że odnosi się się do sztucznie wygładzonego, utopijnego świata, którego mroczne strony zupełnie pomija, że stawia przed człowiekiem współczesnym nierealne wymagania niepasujące do realiów, w jakich przyszło nam żyć. Bzdura.

współczesny Jonasz
idzie jak kamień w wodę
jeśli trafi na wieloryba
nie ma czasu westchnąć

uratowany
postępuje chytrzej
niż biblijny kolega
drugi raz nie podejmuje się
niebezpiecznej misji
zapuszcza brodę
i z daleka od morza
z daleka od Niniwy
pod fałszywym nazwiskiem
handluje bydłem i antykami

agenci Lewiatana
dają się przekupić
nie mają zmysłu losu
są urzędnikami przypadku

/Zbigniew Herbert – Jonasz, fragment/

Jest twórcą pozornie tylko prostym w odbiorze – chociaż obcowanie z jego poezją i prozą nie wymaga aż takiego skupienia jak lektura Białoszewskiego, to dotarcie do ukrytych między wersami sensów zakłada konieczność posiadania punktów odniesienia. Znajomość podstaw filozofii, w ogóle kultury (zwłaszcza antycznej), wydaje się tu nieodzowna. Czytelnik Herberta musi wiedzieć, że nie bez powodu przywołuje się Katona i Utykę, Gilgamesza Hektora Rolanda, Mona Lisę, Jonasza, że dyskretne aluzje do wody wielkiej i czystej nie są nigdy przypadkowe. Obcowanie z tymi tomikami jest nieustającym intelektualnym zmaganiem, zaproszeniem do rozwikłania złożonej szarady, do której klucz trzeba odnaleźć wśród całego bogactwa kultury. Jest także wyzwaniem etycznym: przypomina archaiczne już nieco pojęcia honoru, odwagi, męstwa, poddaje je krytyce i każe weryfikować.

Herbert zmusza do spojrzenia w lustro – nie szybkiego, przelotnego kontaktu wzrokowego z samym sobą, ale do odszukania w sobie człowieka, z całą należną mu godnością i moralnością. Nieskończenie elegancki i wyrafinowany w formie, dla wielu nieco za mało radykalny i zbyt zachowawczy, jest jak dyplomatyczne, uprzejme sumienie, które nigdy nie wypomina błędów, ale zawstydza przeciwstawieniem wzoru do naśladowania.

Panie
dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny

a także za to że pozwoliłeś mi w niewysłowionej dobroci
Twojej być w miejscach które nie były miejscami mojej
codziennej udręki

– że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni i spiż
rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie

a mały osioł na wyspie Korkyra śpiewał mi ze swoich
niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu

i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych
i rozumnych

natura powtarzała swoje mądre tautologie: las był lasem
morze morzem skała skałą

/Zbigniew Herbert – Modlitwa Pana Cogito – podróżnika, fragment/

 

(grafika: groupspaces.com)

 

Wymień książki na fajniejsze
Nie jesteś sama